Fantastyka · 20 min czytania
Dwa Serca
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Na odległym krańcu kosmosu i czasu. Za gromadami najdalszych gwiazd, wśród kolorowych całunów mgławic skryło się życie dwóch serc.
Zanim jednak miłość z dwojga ustanowiła jedno, oba ciała dryfowały po okrągłych torach młodej gwiazdy, tak daleko od siebie, jak szybko tylko promienie i kosmiczne wiatry mogły mknąc przez otwarte pustki międzygwiezdnych dolin, niosąc pełne tęsknoty pozdrowienia z jednego serca do drugiego.
Kabu był potężnym Gaią, osamotnionym olbrzymem na ostatnim pasie okrągłych szlaków, wskutek czego całe jego ciało pokryło się grubym na setki kilometrów lodowym pancerzem. Kabu, jak pozostali w tej części czarnej sfery, nie posiadał własnych dzieci zdolnych ożywić jego ducha. Choć w głębokich ciemnościach, gdzie lód ustępował nikłej sile gorącym westchnieniom wnętrza jego serca, krył się jedyny w tej części galaktyki zalążek formy istnienia, niewidoczny dla zwykłego oka pyłek życia, jedyny skarb głębin olbrzymiego ciała osamotnionego Gai, niezdolne jednak do tworzenia, kochania i czy choćby myślenia.
Kabu nie był jednak jedyny. Bliżej młodej gwiazdy z dala od jego mroźnych połaci lodu, wśród nie złączonych do końca jeszcze kosmicznych tworzyw, narodziła się kolejna Gaia, ostatnia w tym systemie. Była jeszcze bardzo młoda, o czym świadczyły rozszalałe oceany palącej magmy. Tak, serce Xelu wrzało młodością i nieposkromioną jeszcze przez niewidzialne pola młodej gwiazdy energią. Xelu była wtedy jeszcze zbyt niedojrzała by stanowić bezpieczny dom dla swoich przyszłych dzieci, ale wszystko szło ku dobremu i choć bardzo mała, Xelu zapowiadała się na istny gejzer życia.
Kabu obserwował z wielkim zainteresowaniem bliższe orbity, nie mogąc oderwać uwagi od oszałamiającego pokazu ognistych ramion strzelających daleko w przestrzeń i fantastycznych eksplozji nacierających na siebie rozgrzanych do czerwoności skał. W najskrytszych marzeniach wyobrażał sobie jak mała Xelu swoim żarem zawstydza nawet ogromne gwiazdy, jak jej płomienne aury dobiegają jego zlodowaciałej powłoki, wyłamując go z zamkniętej czeluści, czyniąc go wspaniałą życiodajną, dumną Gaią. Któż wie czyż właśnie tak nie miało się stać. Xelu z równym zainteresowaniem spoglądała na Kabu, nie mogąc odgadnąć jego natury, tak innej od jej ognistego wnętrza, a jednak tak mocno na nią oddziałującej. Zainteresowanie wkrótce przeszło w pragnienie i w tęsknotę, za każdym razem gdy okrągłe pola orbit odsuwały ich od siebie na długie lata. Kabu stawał się jakby bardziej mroźny, a Xelu mniej żarliwa. A potem jakby oba ciała budziły się na nowo z samotnego snu, gdy znów mogły przez kolejne wieki dryfować niemal że tuż obok siebie. W końcu, podczas jednego z wielu takich zbliżeń, pod wpływem niesłabnącego ciepła Xelu, lodowe mury rozniosło coraz silniej bijące serce Kabu. Nie całkiem, jedynie niewielką nic nieznaczącą część, ale był to dzień wielkiego wzruszenia i spełnienia marzeń samotnego olbrzyma, symbol nowego życia dla opuszczonej dotychczas w tej części przestrzeni Gai, ale przede wszystkim, początek wielkiej miłości.
Przez kolejne nieskończone rzeki czasu, Xelu utraciła nieco na swej burzliwości, ale zyskiwała na urodzie i kształcie z każdym nowym wschodem młodej gwiazdy na swych horyzontach. Kabu zaś coraz częściej buchał całymi chmurami gęstej pary, a wkrótce jego ciało otoczyły majestatyczne mgły nad zlodowaciałymi morzami. I tylko kolejne okresy nieugiętego cyklu wędrówek na chwile przywracały jego dawną niewzruszoną naturę. Kabu jednak nie przejmował się tym, wiedząc że z czasem za sprawą miłości do Xelu jego serce rozbłyśnie swoim własnym żarem, choć nawet najpiękniejsze sny i marzenia, nie mogły ukoić tęsknoty jaką mogła ugasić jedynie znów ponowna bliskość z Xelu.
Każda miłosna historia, kryje jednak w swoim cieniu nieoczekiwaną groźbę tragedii. Sprawdzianu dla zakochanych serc i siły wytrzymałości, jakby się mogło zdawać nierozerwalnych więzi. Był to akurat czas kiedy obie Gaie żegnały się ponownie na kolejne setki lat rozdzielenia. Kabu obserwował delikatnie gasnące światło oddalającej się Xelu. Patrzył na to z pewnym przerażeniem, jakby nigdy już miał nie zobaczyć swojej jedynej towarzyszki bezkresnych przestrzeni, nawet nie miał pojęcia, jak blisko wtedy był tragicznej prawdy.
Część 22 / 2
Coś go bardzo niepokoiło. Z każdym rokiem był coraz dalej od Xelu, jej ciepło już go nie dosięgało. Mimo to, mgły opadały jakby wolniej, podmuchy gęstej pary rozłamujące mroźny płaszcz wciąż się zdarzały. Wciąż czuł na sobie ciepło, które nie pozwalało mu ponownie usnąć w zimowym śnie. Sam nie mógł być tego przyczyną, nie dałby rady, możliwość więc była tylko jedna.
Kabu drżał na samą myśl spoglądając na młodą gwiazdę, czuł jej wibracje, wielokrotnie wzmożone. Prawie odczuwał jej wijącą się w cierpieniach młodą duszę, widział napęczniałe plamy od rozmiarów gotującej się w gwieździe energii. Wiedział już co nastąpi, młoda gwiazda budziła się do kolejnej przemiany. Przemiana gwiazdy, to ważny epizod dla każdego systemu we wszechświecie. To był czas, kiedy gwiazda zyskiwała nową świadomość, nową silę i potęgę. Jednocześnie jednak, czas ten był niezwykle destruktywny dla okrążających ją dzieci, wiele z nich nie miało prawa przetrwać. Kabu jednak nie był jak inne Gaie. Należał do tych niezwykle rzadkich skalnych olbrzymów, na tyle potężnych że mógł swym sercem zachwiać samą gwiazdą. Dodatkowo jego ciało wciąż chroniły grube warstwy lodu, nie dające się tak łatwo płomiennym wybrykom gwiazd. Wiedział że przetrwa, co najwyżej destruktywna fala przemiany zepchnie go na dalszą orbitę. Xelu jednak była inna, za słaba, za mała i za młoda by przeciwstawić się takiej sile, nie była jeszcze gotowa.
Kabu nie zmierzał bezczynnie czekać. Rzucił swojej ojczystej gwieździe wyzwanie, rzucił wyzwanie nieubłagalnemu losowi i powracającym wspomnieniom samotnej przeszłości.
Skoncentrował się w sobie na tyle ile tylko mógł. Jego serce zabrzmiało grzmotem tysiąca wzburzonych galaktyk. Cały się zadrżał, na jego obliczu wyrysowały się ogromne pęknięcia, a za nimi całe chmury pary eksplodowały niesłychaną mocą daleko w czarną przestrzeń. Ruszył. Zrobił coś, czego sama nie potrafiła żadna z planet, nigdy z własnej woli i z własnej tylko siły serca, opuścił własną orbitę.
Na chwile, cała przestrzeń jakby przyciemniała, ucichła i wstrzymała oddech. Mrok zgęstniał jak jeszcze nigdy dotąd, odległe gwiazdy znikły ze swoich nieboskłonów jakby strącone nagłą ciemnością. Przycichły nawet rozjuszone przemianą wibracje młodej gwiazdy jak i ona sama po prostu się rozpłynęła. Kabu poczuł jak pędzi w nieokreślonym kierunku nicości. Niczego nie dostrzegał na swej drodze, tylko on i odległy cel jego własne myśli wirujące wokół ponurych wizji. To był kluczowy moment przemiany, wiele miliardów lat temu odbyło się to dokładnie tak samo. Skupił się teraz najmocniej jak tylko potrafił, zebrał wszystkie myśli i energie wokół swego serca, spiął cały płaszcz tektonicznych płyt do granic niewyobrażalnego naprężenia. W niewielkim punkcie gdzie wcześniej mieściła się młoda gwiazda, na tle czarnej powłoki na ułamek sekundy zabłysło malutkie światło, niespokojnie zamrugało i zgasło. Nagle cała czerń znikła pod oślepiającym spektrum białego blasku, rozległ się niewyobrażalny huk. W najgłębsze czeluście Kabu dotarły potężne wstrząsy, chwiejąc spiętymi posadami. Cały kosmos zdawał się trząść i chwiać jakby się miał zaraz rozpaść. Światło zaraz nieco zelżało, i wokół na swoje miejsce powróciły błyszczące gwiazdozbiory. Blask skupił się w centralnym punkcie, gdzie młoda gwiazda przeistaczała się w kolosalnego olbrzyma rozlanego po całej swej geometrycznej płaszczyźnie. Czuł jak jego Gaia wije się w narastającym niepokoju, chcąc przełamać lody i uciec z tego oślepiającego piekła jak najdalej. Kabu trzymał się jednak mocno i nie ustępował nasilającym się wstrząsom. Wiedział że to i tak dopiero wstęp, który zapowiadał pędzącą w jego kierunku z prędkością milionów lat świetlnych fale uderzeniową.
Siła uderzenia objęła go jak niszczycielskie ramiona niewidzialnego monstrum. Ryk i syk rozpuszczanych lodów zmieszał się w nieustający gniew destrukcji. O ile Xelu zazwyczaj ledwo muskała go swoimi ciepłymi podmuchami, teraz miał wrażenie że dosłownie całe jego ciało zagotowało się. Nie zwracał jednak na to dłużej uwagi, ale pędził dalej pod prąd morderczej fali. Zebrał w sobie na chwile zdezorientowane siły i pchnął je w całe swoje dymiące parą ciało. Prędkość i moc tarcia poderwały w każdej przestrzeni powierzchni Kabu kłęby pary pod którą niemal on sam zniknął z widoku, z których zaraz za nim ukształtował się gigantyczny warkocz jak u wielokrotnie większej komety. Fala uderzeniowa nieco zelżała gdy przebił się przez jej pierwszy front, gdy tylko to nastąpiło gorączkowo zaczął obserwować okolice do jakiej dotarł. Badał każdy kawałek przestrzeni, sięgając swoim ponadzmysłowym postrzeganiem aż do samej transformującej się gwiazdy. Jego strach rósł z każdą chwilą, Xelu nigdzie nie było. W końcu jego uwagę przykuł rozproszony rój pędzących na uderzeniowej fali skał, niektóre z nich zderzyły się z jego powierzchnią. Zamarł we własnych myślach, serce na jedną chwile zatrzymało się w paraliżującej wszystko jednej makabrycznej myśli. Obserwował dalej coraz to mniejsze lub większe skalne odłamki w odrętwiałym przerażeniu. Nie chciał nic myśleć, nie chciał nic wnioskować, nie słuchał tego co podpowiadała logika. Przybył za późno, o jeden ułamek sekundy za późno. Xelu już nie było, rozpadła się, nie przetrwała. Krzyczał jej imię, krzyczał tak głośno jakby sam zaraz miał się rozpaść. Nie wierzył, nie mógł, nie chciał. Pragnął wybuchnąć,