Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Historia · 13 min czytania

Dwa Słowa

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Zatem... Jakem żywy, twoja stopa po drugiej stronie nie postanie! Ar’toor pokręcił głową, przyjrzał się dobrze czubkom swych butów, po czym spojrzał się pytająco na ponurą postać, broniącą mu dostępu do mostu. Raz jeszcze. - Czyś taki naiwny? Oczom nie ufam! Osiemnaście koron albo inna droga. - Już mówiłem. Nie mam. - To drałuj pokątnymi ścieżynkami! Dziewięć mil na zachód masz inny most. - Czasu brak. - A to już nie moje interesa. Tędyż cię nie puszczę. - A jeśli spróbuję? - Tedy urżnąć cię będem zmuszon. - Gdzie? Tutaj? - A gdzieżbyś chciał? Tak, tutaj. Tfu! Obfity dzionek dziś, coś widzę. Faktycznie, obfity. Ar’toor dopiero teraz zauważył szkarłatną plamę na środku małej polanki. Obok leżały resztki czegoś, co mogło być puklerzem. Kiedyś. - To jak bedzie, panie pospieszny? Spacerek czy zejście? - Zejście – westchnął. Oby nie moje – dodał w myślach. - Doskonale. Z wyraźnym zapałem przytruchtał ku niemu. Niedbałym ruchem zrzucił z siebie niewygodny, znoszony płaszcz. Dopiero teraz oczom Ar’toora ukazała się zbroja strażnika, lśniąca w promieniach zachodzącego słońca niczym onyks skąpany w refleksach księżyca. Nie wyglądała na zbytnio poharataną. To nie rokowało dobrze na najbliższą przyszłość. - Dobra. Jedna polanka, nas dwóch. Nim słoneczko skryje się za tym drzewkiem, jedna polanka, ale już tylko jeden. Honorowyś? - Śluby złożyłem. - To świetnie. Jeśli jednak memoria zawiodła, przypomnieć zasady raczę. Nic poza mieczem. Masz? – łypnął okiem z troską. - Bardzo śmieszne. - Dobrze... Chwila! Nigdzie nie odchodź. Pobiegł na drugą stronę mostu, wrócił po chwili ze skórzaną tubą. Wyciągnął z niej brudny pergamin, pióro i inkaust. Przygryzł pisadło i spojrzał się pytająco na Ar’toora. - Jak twa godność? Pytam, bom ciekaw i ku potomności zawsze cosik się skrobnie, coby dzieciarnia wiedziała... - ...kogo tatuś swym instrumentem położył? - Widzę, żeś pojętny jednak! Tak. Zatem? - Co? - Godność gadaj! - Mamusia. - Ee? - Nieważne. Ar’toor, błędny. Nie tak! Źle piszesz. No, teraz dobrze. - Herbu? - Tego wyjawić nie mogę. - Czemuż to? - Nikt żywy nie pozna mej heraldyki. Śluby. - Hmm. Jednym słowem: przesrane. Ale imię wystarczy, ładne, pasuje do bajek. Nic nie odpowiedział. Przyglądał się tylko, jak strażnik gryzmoli koślawe litery. Ten nie spieszył się zbytnio. Wreszcie wstał, wsunął pergamin do tuby, i odłożył instrumenty na bok. - Gotowyś? - Jeszcze jedno. - Co znowu? - Jak zwą ciebie? - Bómtrah, herbu Brunatny Buhaj, rycerz wielkiej Barbary Bams, na dworze Bajmsmerii. - Bómtrah... Brunatny Buhaj? Ciekawie. - Nie przeczę. Ale uprzejmości zostawmy na później. - Bardzo śmieszne. - Marsz na drugi koniec polanki, dobywaj miecza! Ależ mnie kłykcie swędzą. Ar’toor podreptał posłusznie po zielonej trawce. Stanął, westchnął głęboko, spojrzał się w niebo. Było na swoim miejscu. Spojrzał na Słońce. Te również. I Bómtrah zdawał się hasać we właściwym otoczeniu. Zerknął na czubki swych butów. Tak, to on tu nie pasował. - Cóż począć – mruknął do siebie. - Co tam gadasz pod nosem? - Zaczynajmy! - Ha! Bómtrah rzucił się na niego z łoskotem godnym stada dzików pędzących za lochą w rui. Zamachnął się soczyście masywną klingą, lecz Ar’toor błysnął mieczem w zręcznie zamarkowanej paradzie i znalazł się za jego plecami. Strażnik obrócił się natychmiast, a na jego twarzy wykwitł obleśny uśmiech. - No proszę, proszę. Nie spodziewałem się – i zaczął go obchodzić dookoła. Ar’toor nie spuszczał wzroku z jego przekrwionych oczu. Krążyli oboje, na ugiętych kolanach, zwarci i sprężeni do skoku. Ktoś musiał go wreszcie wykonać. Strażnik ryknął, zwiódł końcówką miecza i walnął na odlew, celując w prawy bark. Ar’toor zablokował ostrze nasadą klingi i mocnym kopniakiem odrzucił napastnika od siebie. W ten wyuczony odruch włożył naprawdę dużo siły. Przełknął ślinę. Bómtrah nie upadł. A wszyscy do tej pory padali. Strażnik zachwiał się jednak, a to wystarczyło. Lekkim, wręcz subtelnym cięciem uderzył w lewe udo. Przynajmniej taki miał zamiar. Cokolwiek nie wyszło. Ten przejął energię ciosu, wywinął się zręcznym obrotem przez lewe ramię i w jednej sekundzie znalazł się przy jego prawym boku. Ar’toor jednym susem odskoczył w przeciwną stronę, i bardzo dobrze, bo w przeciwnym wypadku ostrze przeszyłoby go na wylot. - Zręcznyś. Kto cię uczył? - Życie. - Ha! Skoczył.

***

Tym razem nie poprzestali na krótkiej wymianie ciosów, ich ostrza zwarły się z głuchym zgrzytem, aby po chwili rozpocząć roziskrzony taniec. Bómtrah walił z podziwu godną zawziętością, Ar’toor spokojnie, acz z widocznym wysiłkiem parował ciosy, od czasu do czasu samemu wyprowadzając ofensywne cięcia. Pot lał się strumieniami, a krew nadal krążyła w żyłach obu wojaków, najwyraźniej zamierzając pozostać w obrębie ich ciał jeszcze przez jakiś czas. - Uff. Zmachałżem się. Dobryś – stwierdził Bómtrah, który sparowawszy kolejny cios odskoczył na kilka kroków. - Mhm. - Ciekawym, z czyjej ręki terminu żeś nabył. Mam ideę. - Mhm? - Ja cię puszczę wolno, a ty mi powiesz, jakiegoś herbu. - Nie. - Kurzy owoc! Zasrane śluby? - Mhm. Ar’toor sprężył się i wygiął w akrobatycznym wypadzie. Bómtrah, zaskoczony, ledwie zdążył koniuszkiem klingi odwrócić jego ostrze. Zapłacił jednak straszną cenę. Ar’toor wykorzystał jego zachwianie, zamarkował cięcie od prawej, a gdy strażnik ostatnim wysiłkiem przeniósł środek ciężkości na lewą nogę i wycofał się krótkim krokiem, bezlitośnie zamachnął się z półobrotu. Bómtrah jęknął. Nie było głuchego odgłosu padania. Z wyjątkową gracją opadł na kolana, wpatrując się w karminowy wykwit zdobiący okolice jego pasa. Plama rosła z każdą chwilą. - O tyy... – wycharczał. Ar’toor zbliżył się, ostrożnie, powoli. - Przepraszam. Nie dałeś mi wyboru. Naprawdę przepraszam. - Przestań pieprzyć. Aaaa! Teraz stać ci tu wypada. Bo ja, tak się kurwa składa, chyba umieram. - Ee? - Stój tu i pilnuj, do ciężkiej cholery, coby nikt nie przekroczył bez myta uiii... Aaaa! Szczenia. Uuch. - Nic nie mów. - Ryja zawrzyj. I słuchajta mnie uważnie. Pojutrze przyjdzie tu mój replikant. Powiesz mu co i jak... - Nie! Muszę iść na północ.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dwa Słowa — czytnik · opowiadania