Romans · 1 godz. 54 min czytania
dwie bajki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Kraków.
12 Maj 1364r.
"My, Kazimierz z Bożej łaski król Polski..."
Takimi słowami w dzień Zielonych Świątek Kazimierz Wielki powołał po wieczne czasy Akademie Krakowską, wtedy będącą jeszcze w niełasce papieża i z dala od fortuny. Kilkaset lat później...
Dla najlepszych uczelni w tym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, koniec roku akademickiego jest wydarzeniem medialnym nie tylko w skali kraju, ale i całego świata spragnionego młodej krwi. Ale zanim fanfary i togi wyjdą obwieszczać światu wejście na arenę intelektualnych herosów, każdy z nich musi być wypalony, wyczyszczony w ognistym piecu, musi poddać się zwycięskiej próbie udowodnienia światu, że jest wart tych kilku tysięcy godzin zainwestowanych przez uczelnię.
Jarek Woźniak, młody student stał się objawieniem w dziejach uczelni. Na wydziale historycznym specjalizując się w archeologii dzięki swej charyzmie i z szalenie pragmatycznemu umysłowi, wprawił w zakłopotanie monopolistów wiedzy. Prowadził badania wraz ze znakomitymi autorytetami w dziedzinie filologii, historii, archeologii itp. a także tłumaczył wiele tysiącletnich przekazów. Teraz, przecinając swoim wysłużonym jeepem gładki asfalt autostrady, po raz kolejny uświadomił sobie, że fakt, iż stał w czołówce młodych odkrywców zawdzięczał w ogromnej mierze nie tylko własnej zaciętości i uporowi w dążeniu do celu, ale przede wszystkim rodzicom. Gdy miał prawie osiem lat Joanna i Stanisław zabrali synka, na wycieczkę do Grecji. Obowiązkowym punktem był oczywiście Akropol. I zaczęło się!!! Jakiś zabłąkany grecki duch musiał zawładnąć bez reszty umysłem chłopca. Nie interesowała go plaża, szukanie muszli czy nurkowanie. Chciał chodzić 64tylko tam gdzie są ruiny, pomniki, zabytki. Żadne lody, żadne zabawy ani inne atrakcje nie były wstanie odciągnąć go od pragnienia oglądania znamion przeszłości. Gdy po dniu pełnym wrażeń rodzice położyli się spać, późną nocą zakradł się do ich pokoju i zwinął mapę Grecji, gdzie figurowały oznaczone trójkątem zabytki. Żółtym flamastrem zaznaczył wszystkie te punkty, które koniecznie chciał zobaczyć. Rano, gdy jeszcze oczy rodziców były pogrążone w błogim śnie, brzdąc stał u progu ich pokoju gotowy do akcji chwytania czasu za rogi. Stał obwieszony aparatem z czapką z daszkiem na głowie i wypchanym po brzegi plecakiem. Czekał, aż rodzice wezmą się w garść i wygramolą się z łóżka.
- Tato!!! Kiedy wstaniecie? Zobacz...Zaznaczyłem tu miejsca, do których dziś pójdziemy, prawda? - Odparł z nadzieją w głosie podsuwając zaspanemu ojcu mapę Grecji
Stanisław usiadł na krawędzi łóżka, ziewnął jak lew i przecierając oczy spojrzał na wiszący nad łóżkiem zegar.
Część 22 / 5
- Boże, toż to dopiero piąta rano!!!!- Wykrzyknął, jednak widząc determinację synka i jego wytrzeszczone oczka złagodniał i wziął do ręki mapę. - No, zobaczymy, co nam na dzisiaj zaplanowałeś. Gdy tylko ujrzał całą mapą Grecji wykropkowaną dziesiątkami plamek żółtego koloru, rzekł do budzącej się Joanny - Wiesz, co kochanie, chyba mamy z głowy wakacje....
Stanisław dobrze wiedział, co mówi. Na pierwszy ogień poszły Ateny potem Teby, Korynt, Sparta. Gdziekolwiek lub cokolwiek miało znamiona kultury starożytnej, to Jarek musiał wszystko o tym wiedzieć, więc nie pozostało rodzicom nic innego jak wyposażyć się w leksykony. Było to bardzo męczące, więc postanowili pójść na łatwiznę i gdy tylko było to możliwe przyłączali się do grup zorganizowanych, gdzie przewodnicy opowiadali o miejscach i kulturze minionej epoki. Jednak szybko ten pomysł okazał się niewypałem. Opowiadania przewodników chyba nie zaspakajały potrzeb dziecka, bo gdy tylko przewodnik kończył jakieś zdanie, zaraz potem Jarek wtrącał: a dlaczego...A dlaczego...? Może nie byłoby to takie złe, gdyby te pytania były na poziomie grupy, w której się znajdowali. Jednak z reguły wskazując na greckie rzeźby z dziecięcą szczerością Jarek pytał przewodnika - a dlaczego ten pan nie ma majtek? - Albo, gdy zatrzymali się przy posągu "Dyskobolisty"- a dlaczego ten pan rzuca talerzami? Te i inne ciekawe pytania sprawiały, że ich rodzinka szybko stawała się wrogiem społecznym numer jeden. Jarek uśmiechnął się do siebie na samo wspomnienie tych chwil. Miał wspaniałych rodziców. Przypomniał sobie jeszcze, że to mama wpadła na zbawienny dla nich pomysł. Otóż Jarek miał za zadanie malować wszystko, to, co mu się spodobało. Z charakterystycznym dla siebie zaangażowaniem wczuwał się w rolę artysty malarza. To nic, że rysowani przez niego bogowie wyglądali jak trole. Najważniejsze, że on wiedział, że jest to Atena...czy gnom Zeus. Dzięki temu zajęciu przewodnicy wycieczek mogli odetchnąć z ulgą. Najbardziej podobały mu się monety, bo wyglądały jak osobiste pieczęcie, jakby przed chwilą były odciśnięte na kawałku blachy. Od czasu, gdy wyszli z muzeum, gdzie było pełno gablot z monetami, Jarek chodził z pochyloną głową, jakby czegoś szukał. Dopiero po kilku dniach ojciec zwrócił uwagę na jego zachowanie i wytłumaczył, że takich monet nie znajdzie na ulicy czy chodniku. Takie skarby wykopuje się na wykopaliskach.
Czternastodniowa wycieczka minęła stanowczo za szybko. Nie trzeba przy tym dodawać, że Jarek nie chciał wracać, bo jednak trudno było takiemu malcowi zrozumieć, że wakacje rodziców trwają krócej niż dwa miesiące...
Jednak rodzice Jarka byliby w wielkim błędzie sądząc, iż zaszczepione przez te kilkanaście dni pragnienie odkrywania tajemnic starożytnej kultury zniknie równie szybko jak się pojawiło. Pewnego popołudnia z rozpaczą odkryli, że ich syn rozkopał saperką połowę ogródka z kwiatami ozdobnymi w poszukiwaniu starych monet. Znalazł ich chyba z pół kilograma, tzn.... starych gwoździ i kapsli...
Po jakimś czasie, gdy czytanie książek sprawiało mu już przyjemność, dowiedział się, że cywilizacja rzymska była następcą spuścizny greckiej. I znowu się zaczęło...Od tego czasu udawał, że jest Rzymianinem. Udawał cesarzy. Niezwykle szybko przechodził metamorfozy. Najkrócej był Neronem, dopóki nie doczytał, że ów władca spalił Rzym. Gdy udawał Cesarza Kommodousa, który w czasach swej władzy walczył na arenie z gladiatorami, to zamienił swój pokój w salę ćwiczeń. Urządzał sobie igrzyska, walczył namiętnie z poduszkami i od czasu do czasu z meblami, gdy za bardzo się jakimś drewnianym mieczem zamachnął. Zawsze wygrywał. Tylko rodzice z rozpaczą patrzyli potem na odrapane sprzęty...
Mijały lata, Stanisław zastanawiał się jak długo Jarek będzie miał bzika na punkcie zamierzchłych cywilizacji. Syn niedługo kończył podstawówkę. Zastanawiał się jak go ukierunkować. Kim ma być w przyszłości? Oboje z Joanną zastanawiali się, w którym kierunku popchnąć koło fortuny swego jedynaka. W zasadzie jego widocznym talentem było zamiłowanie do historii. Czy ma zostać pedagogiem, pisarzem, archeologiem? Postanowili spróbować wybadać, kim może i najważniejsze, kim chce być w przyszłości.
Ojciec Jarka jest pilotem oblatywaczem. Gdy otrzymał zaproszenie - rozkaz, aby pojechać do Francji na targi i pokazy lotnicze na tydzień, to zabrał syna. Wcześniej ze swymi przyjaciółmi z branży ustalił, gdzie można odwiedzić funkcjonujące wykopaliska archeologiczne. I tak się zaczęło... Jarek od piętnastego roku życia każde wakacje spędzał tylko w jeden sposób. Był aktywnym uczestnikiem na wielu stanowiskach archeologicznych, w Egipcie, Iranie, Indiach, Mongolii. Poznał, czym jest zapach ziemi, nieustający ból pleców po dniu spędzonym w pozycji kopacza. Jego inwestycją były pęcherze na rękach i towarzystwo ludzi, którzy wiele dziesięcioleci spędzili schyleni, i wpatrzeni w wynurzające się całuny zbielałych kości, i skruszonych fundamentów miast - państw. Młodość swoją spędził wśród ludzi mających średnią wieku powyżej 40 lat. Szybko stał się mężczyzną, który wie, czego chce od życia. Jedyną przeszkodą zniewalającą jego radość grzebania w przeszłości była szkoła średnia a potem studia. Całe szczęście, że jego hobby wymagało ogromnego wysiłku umysłowego, dlatego też nie miał większych kłopotów z nadrabianiem zaległości. Największym zadaniem, przed jakim stanął kończąc studia na wydziale archeologii była oczywiście obrona pracy magisterskiej. Nie chciał iść na łatwiznę i opisywać życie codzienne mieszkańców grodu w Biskupinie. Świadomie podjął się arcytrudnego zadania. Chciał udowodnić, że potęga Rzymu dotarła nad Bałtyk. Powszechnie wiadomo, że udało im się dotrzeć do Czech. A ich stała granica była jeszcze dalej... Jarek solidnie opracował swą pracę. Pod wrażeniem profesjonalnego podejścia do tematu była cała uczelnia. Wszyscy wiedzieli, że przed Jarkiem roztacza się świetlana przyszłość. Ale nikt, a najmniej on sam nie spodziewał, się, że... Zahamował z piskiem opon. Tak się zamyślił, że nie zauważył nadjeżdżającego z prawej strony Forda Mondeo, którego kierowca znacząco popukał się w czoło. Minąwszy skrzyżowanie Jarek zjechał na pobocze, przekręcił kluczyk w stacyjce i położył głowę na kierownicy. To był ciężki dzień. Po raz setny zadawał sobie pytanie jak to się mogło stać? Przygotował się najlepiej jak potrafił. Od miesięcy zbierał materiały, konsultował się z największymi znanymi sobie autorytetami w dziedzinie historii i archeologii. Mimo ich sceptycyzmu całymi godzinami analizował mapy i przesiadywał w muzeum. Był pewien, że ma rację, że odkrył coś, czego jeszcze nikt przed nim nie brał pod uwagę. Tak, to doskonały materiał na obronę pracy. Wprawdzie nie miał zbyt wielu namacalnych dowodów obecności Rzymian na Pomorzu, ale miał zamiar je zdobyć. Był pewien, że nie może się mylić. Starał się tak sformułować swoją pracę, jak gdyby sam był świadkiem przemarszu wojsk rzymskich w tamtym rejonie. Mówił czystym zdecydowanym głosem, posługując się mapą szczegółowo opisał przed komisją egzaminacyjną swoje założenia i wnioski, do jakich doszedł. To miało być zwięczenie wielu lat jego pracy, furtka do sukcesu, ostateczny triumf. Cóż...może nawet przekonałby podstarzałych profesorów, którzy już dawno zapomnieli jak pachnie wysuszona na słońcu ziemia, że ma rację i warto zainteresować się bliżej przedstawionym przez niego tematem. Przekonałby wszystkich, ale nie ją. Nie, osobę, na której uznaniu zależało mu najbardziej. Nie panią profesor, Milenię Śniadecką. Jakoś to miękkie w wydźwięku imię, nijak nie pasowało mu do osoby, która je nosiła. Uśmiechnął się do siebie na samą myśl o tym dziwnym dysonansie. Jarek wiedział doskonale, że Milenia mimo swojego młodego wieku jest autorytetem w dziedzinie Rzymu w okresie jego świetności. Jej rodzice byli i są znanymi historykami. Od dziecka dorastała pośród ruin minionych cywilizacji. W jej zielonych oczach gościł smutek jakby patrzyła na świat, który zaraz przeminie, a jednocześnie w jej spojrzeniu było widać ponadczasowość. Jej nazwisko wymieniano jednym, tchem obok nazwisk światowych autorytetów. Była typową kobietą, ładną brunetką średniego wzrostu o nienagannej figurze i włosach spiętych w kok, niemal doskonały. Najmniejsze pasemko jej włosów nie miało szans na wyrwanie się z morderczego uścisku klamry. Milenia bardzo dbała o ubiór. Spódnica zawsze sięgała za kolana, a spodnie miały nieskazitelne kanty. Jedyną ozdobą, na jaką sobie pozwalała były kolczyki w kształcie półksiężyca i gładka srebrna bransoletka. Stojąc przy niej czuło się respekt, lecz, gdy ktoś zaczął z nią rozmawiać o jej pasji żar płynący z jej oczu i sposób wypowiadania słów wprawiał człowieka w dziwne odrętwienie nieomal w trans. Właśnie wtedy, gdy Jarek kończył swoją obronę i do szczęścia brakowało mu dosłownie pięciu minut spytała nagle: - A jakie właściwie ma Pan dowody na uzasadnienie swoich założeń?- To jedno zdanie skąd inąd logiczne i jak najbardziej na miejscu, zupełnie wytrąciło go z równowagi. Jej oczy dosłownie przygwoździły go do miejsca, w którym stał. Poczuł się jak drobny złodziejaszek, który przed majestatem sądu próbuje nieudolnie wytłumaczyć się skąd ma na ręce złotego Rolexa. To, co stało się później pamięta jak przez mgłę. Został przytłoczony, wręcz zmiażdżony wiedzą, która obróciła w proch i pył jego starania. Nie miał szans na obronę. Nie miał w ręku tabliczki wykopanej na plaży z napisem: Tu byliśmy -.Rzymianie. Nie miał nic. Jarek był człowiekiem sukcesów, był pewny wygranej. Ten kamień potknięcia wprawdzie boleśnie go zranił, ale nie rozłożył na łopatki. Włączył stacyjkę, odetchnął głęboko i ruszył przed siebie. Wracając do domu wiedział, że rzuca studia na dobre. Obejdzie się bez dyplomu. Jednak pasja do historii i to, co sobą reprezentował na tym etapie, zadecydowało o tym, że miesiąc później odpowiedział pozytywnie na zaproszenie archeologów z National badających nowo odkrytą osadę na Pomorzu. To była szansa, na którą czekał.
Rok później...
Część 33 / 5
Dźwięk nowo otrzymanej wiadomości wyrwał Milenię z zadumy, w jaką popadła. Patrzyła tępo na monitor próbując wrócić do rzeczywistości. Od dłuższego czasu czuła, że życie przecieka jej miedzy palcami. Praca, którą kochała zmieniła się w całonocne ślęczenie nad wypocinami studentów. Zamiast odkrywać coś nowego po raz setny odgrzewała stare kawałki tłumacząc znudzonym uczniom jak ważna jest spuścizna po naszych przodkach i jak wiele można się z niej nauczyć. Kliknęła od nie chcenia na migającą kopertę.
Miałem rację. Procuratores annonae Car Nuntum Wnetum vistulus Monti Fagismus Jarek - wykopaliska, Mechowo 0601-340-346 [e-mail]
Jeszcze raz z niedowierzaniem przeczytała treść maila. Jarek? Jaki znów Jarek? Gorączkowo szukała w myślach, komu przypisać tą intrygującą treść. Zaraz, zaraz... teraz sobie przypomniała! To ten student, którego oblała w zeszłym roku. Niesamowite, jakie samozaparcie ma ten chłopak. Może rzeczywiście coś odkrył, chociaż to przecież niemożliwe - przełknęła nerwowo ślinę i jeszcze raz przeczytała treść wiadomości. Doskonale wiedziała, że napis dotyczył Fagismusa zaopatrzeniowca, który podlegał bezpośrednio Rzymowi i był odpowiedzialny za dostawy od Car Nuntum po krainę zamieszkiwaną przez Wenetów. Tyle, że Fagismusa w ogóle nie powinno tam być! Jarek wiedział, co napisać by wywołać natychmiastowy efekt. Kliknęła zakładkę "odpowiedz" i napisała tylko jedno słowo: jadę!
Wykopaliska w Mechowie
Było piątkowe przedpołudnie Milenia miała dziś tylko 2 godz. zajęć od 14:15 do 16:10 i cały weekend dla siebie. Jej partner - sportowiec wyjechał na kolejny turniej i miał wrócić dopiero w niedzielę wieczorem. Szybko spakowała torbę. Sprawdziła w internecie rozkład jazdy pociągów. Jeśli się pośpieszy zdąży na pociąg o 18:47. Rano powinna być na miejscu. Dopiła kawę i zrobiła sobie parę kanapek. Do pracy miała pół godziny drogi piechotą. Spojrzała na zegarek. Było dziesięć po dwunastej. Miała ponad godzinę czasu z którym nie widziała co zrobić. Postanowiła się czymś zająć. Od dawna planowała zrobić porządek ze zdjęciami a teraz nadarzyła się okazja. Wysypała zawartość tekturowego pudełka na podłogę. Uwielbiała fotografie. Zatrzymane chwile, wyrwane z odmętów niepamięci w których niechybnie by zatonęły. Podniosła jedną z nich. Przedstawiała małą dziewczynka siedząca na kolanach przystojnego mężczyzny. Aż trudno uwierzyć że to była ona . Na innym zdjęciu również razem z ojcem z zachwytem dotyka trąby ogromnego słonia. Ech, beztroskie lata kiedy jedynym problemem był zepsuty zameczek w jej sekretnym pamiętniku. Pamięta jak bała się by nikt nie przeczytał jej skrywanych przed całym światem dziecięcych tajemnic. Uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Wydawało jej się ze od czasu minęły wieki. Rozłożyła wszystkie zdjęcia i postanowiła, że ułoży je w miarę chronologicznie. Zajęcie to okazało się bardzo czasochłonne uporała się mniej więcej z połową zdjęć gdy zegar wybił 13:30. Wsypała pośpiesznie resztę fotografii do pudełka i przyrzekając sobie że kiedyś na pewno dokończy ich układanie wyszła na uczelnię. Godziny w pracy wlokły się niemiłosiernie, więc z ogromną ulgą przyjęła do wiadomości, że minęła godzina szesnasta. Pozbierała swoje notatki oddała klucze z sali wykładowej woźnemu i o 16:30 opuściła Uniwersytet. Majowe słońce zmusiło ją do zmrużenia oczu. Zapowiadała się piękna pogoda. Zresztą to bez znaczenia pojechałaby nawet gdyby była burza z piorunami. Była w domu parę minut po siedemnastej. W prawdzie wybierała się tylko na dwudniową wycieczkę, ale prawdziwa kobieta musi pamiętać o wszystkim. Wyciągnęła ogromną podróżną torbę z napisem Sport Trawel i zaczęła pakować wszystko co mogłoby się jej przydać. Po dwudziestu minutach torba pękała w szwach. Po chwili zastanowienia postanowiła zrezygnować z depilatora i suszarki do włosów. Gdy i to nie pomogło w zasunięciu zamka z żalem musiała wyciągnąć pękaty kuferek z kosmetykami. Do środka bagażu wrzuciła tylko krem i tusz do rzęs. Nareszcie torba dała się przeprosić i zamknęła swoja czeluść. Gorzej było z jej udźwignięciem. Postanowiła podjechać na dworzec PKP autem. Wróci również pociągiem i wtedy odbierze je z parkingu. Wzięła jeszcze szybki prysznic włosy spięła gumką i punktualnie o 18:00 zamknęła za sobą drzwi. Podróż na dworzec minęła bez problemów. Odstawiła auto i z niemałym trudem dowlokła się na peron. Pociąg podjechał punktualnie. Jakiś życzliwy człowiek pomógł jej wejść do przedziału i z błogim spokojem zajęła miejsce przy oknie. Większą część podróży przespała nadrabiając tym samym zaległości w tej dziedzinie życia. Gdy pociąg dojechał wreszcie do celu był rześki sobotni poranek. Postanowiła zostawić ciężki bagaż w przechowalni. Wróci po niego popołudniu. Spakowała do torebki parę drobiazgów, cienki sweterek, rozprostowała kości i postanowiła zamówić taksówkę, która zawiozła ją wprost do celu jej podróży.
To co zobaczyła zaskoczyło ją. Zaskoczyła jej skala wykopalisk. Zaskoczenie to złe słowo. Poczuła się jak w Egipcie jej rodzice odkrywali świątynię w Karnaku. Ciężki sprzęt, setka ludzi. Nikt na nią nie zwracał uwagi, każdy był pochłonięty wykopaliskami i tym co odkrywali....raz za razem słyszała znajome z dawien dawna słowa kopaczy: to nie możliwe, zobaczcie co znalazłem.....ludzie zobaczcie to.... W skrzyniach obitych aksamitnym materiałem ujrzała terra sigillata naczynia odciskane w matrycach dekoracją relefową, posiadającą czerwoną polewę. Podeszła bliżej i zamarła ze zdziwienia. Ale co tu robi żniwiarka i radło koleśne? Tylko Rzymianie tak uprawiali ziemie Co tu robi ascia (siekierka z młotem) To niemożliwe - co tu robi aureus? Ta złota moneta przecież nie był to powszechnym środkiem płatniczym nawet w Rzymie a co dopiero tutaj. W myślach tłumaczyła sobie, że to jeszcze nie jest żaden dowód na istnienie na Pomorzu osady rzymskiej... przecież każdy kupiec mógłby sobie coś przywieść..... Szła przez teren wykopalisk już jakieś 15 minut gdy zobaczyła na wzniesieniu pośród tłumu ludzi prowizoryczny barak. Z zadyszką wdrapała się na dość strome wzniesienie. To co ujrzała sprawiło że jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki a usta opadły w charakterystyczny sposób. Nogi ugięły się pod nią do złudzenia przypominając konstrukcję z waty. Boże, pomyślała on miał rację..... to wzniesienie było niczym innym jak fosą obozowiska, które było charakterystyczne tylko i wyłącznie dla jednej formacji ...dla legionu rzymskiego.
Stojąc jak słup soli dobre kilkanaście minut dopiero teraz zauważyła, że wszyscy gapią się na nią i śmieją się niemo od ucha do ucha jakby chcieli powiedzieć zgodnie - i co myliła się pani!
- Witaj w 14 legionie scytyjskim. Czy wiesz, że w tym miejscu przebywanie kobiet było zabronione? - obejrzała się za siebie nie bardzo wiedząc czy słowa te były skierowane do niej. Tuż za nią stał Jarek. Uśmiechał się od ucha do ucha wyraźnie zadowolony z tego, że przyjechała. Wydał jej się dużo dojrzalszy niż wtedy w sali egzaminacyjnej. Wyraźnie zmężniał przez ten rok - pomyślała. A może to przez tę opaleniznę? - Praefektus castrorum? - odpowiedziała przytomnie zupełnie nie zwracając uwagi na to że odezwał się do niej jak do koleżanki. - Tak. Dokładnie tutaj spotykali się oficerowie. Tylko oficerowie - zaznaczył - Ale jak to możliwe? Czy to jest jakiś głupi kawał? - nie mogła uwierzyć nawet widząc fakty na własne oczy. - Chcesz wiedzieć jak to się zaczęło? Jarek spojrzał jej prosto w oczy ... opowiem Ci to w drodze.
Część 44 / 5
Pomnik przyrody
Z niemałym trudem zbiegli ze stromej skarpy. Milenia z trudem nadążała za Jarkiem zarówno pod względem fizycznym jak i emocjonalnym. Jej mózg pracował na najwyższych obrotach a mimo to nie mogła dojść do siebie po tym co ujrzała. Rzymianie na Pomorzu? Ta myśl za nic nie chciała zaistnieć w jej świadomości. Czyżby cała reszta szacownego grona znamienitych historyków myliła się aż tak bardzo? Czyżby myliła się ona sam? Stanęła niezdecydowanie nie wiedząc czy jechać w nieznane miejsce czy zostać i próbować ogarnąć rozumem to co zobaczyła. - Wskakuj do środka, to niedaleko - zachęcił ją Jarek otwierając drzwi zabłoconego jeepa - na pewno nie będziesz żałować - dodał widząc że nadal się waha. Milenia wzięła głęboki oddech i wsiadła do samochodu modląc się w duchu żeby Jarek nie okazał się seryjnym mordercą. Podróż rzeczywiście nie trwała długo. Jechali w milczeniu. Milenia uparcie wpatrywała się w krajobraz za oknem bocznej szyby a Jarek wydawał się skupiony na prowadzeniu samochodu. Po 15 min zatrzymali się w środku lasu. - Musimy kawałek podejść - zarządził przekręcając kluczyki - samochodem się tam nie przedrzemy - dodał widząc jej nerwowy wzrok. Jarek sięgnął po tekturową teczkę i zamknął drzwi auta. Milenia wysiadła ostrożnie strzepując ze spodni niewidzialne pyłki. - Gdzie teraz? - spytała przybierając postawę osoby jak najbardziej pewnej siebie. - Przejdziemy tą ścieżką - powiedział wskazując niknącą w zaroślach ścieżynę - to jakieś 50m stąd. Ruszyli we wskazanym kierunku. Wiosenny las pięknie pachniał żywicą a promienie słońca leniwie przebijały się przez konary drzew. Milenia idąc za Jarkiem patrzyła pod nogi starając się skupić na tym aby się nie potknąć. - No jesteśmy na miejscu - stwierdził jej przewodnik i stanął pod ogromnym drzewem po czym poklepał je przyjacielsko po szorstkiej korze. Milenia patrzyła z podziwem na prawie dwumetrowej średnicy pień nie bardzo rozumiejąc po co ją tu przyprowadził. Olbrzymia rozłożysta korona drzewa rzucała nieprzenikniony cień na wszystko dokoła. - Wszystko zaczęło się od tego drzewa - powiedział Jarek patrząc na tysiącletni pomnik przyrody - jakieś pięć lat temu leśnik, który konserwował to drzewo przed szkodnikami zauważył, że w środku zniszczonego kawałka drzewa jest jakiś metaliczny przedmiot, pomyślał sobie, że jest to pocisk z czasów którejś wojny. Może drzewo to było świadkiem wielu egzekucji? Pomylił się. Trzy lata później gdy spróchniała część odpadła od pnia drzewo wymagało ponownej konserwacji przed dalszym niszczeniem. Wtedy to ten sam leśniczy zauważył, że ten metaliczny przedmiot, który już wtedy był dużo bardziej widoczny w żadnym wypadku nie przypominał pocisku. Pewnie to właśnie on był przyczyną niszczenia drzewa. - Czy wiesz co to było? - spytał retorycznie zdając sobie sprawę, że tego akurat pani profesor wiedzieć nie mogła.
Nic nie mówiąc błagalnym wzrokiem prosiła go by nie trzymał jej tak długo w napięciu - Czy nie zastanawia Cię - zaczęła widząc że Jarek nie wiedzieć czemu odwleka w nieskończoność wyjawienie tajemnicy - jak trafił tu legion skoro od południa granice Rzymskie był otoczone przez silne plemiona a.... - Tym przedmiotem był praefectus classis Dowódcy Floty - powiedział Jarek zupełnie ignorując jej pytanie. - Insygnia tutaj? Bredzisz!!!! - odrzekła nie kryjąc oburzenia. Dobrze wiedziała że nie ma żadnych dowodów historycznych na to by rzymianie zapuszczali się na inne wody niż wody basenu Morza . Śródziemnego. A to, że na Pomorzu znalazł się dowódca floty mogło oznaczać tylko jedno ...że mieli flotę na Bałtyku.......flotę tzn. od 3-10 okrętów. - Znamy nawet jego nazwisko, znamy jego imię.....miał czarne włosy - kontynuował Jarek nie kryjąc zadowolenia z efektu jakie wywierały na niej jego słowa. Milenia popatrzyła na niego z irytacją. - Posłuchaj, chyba zapomniałeś z kim rozmawiasz! Takie żarty możesz sobie zostawić dla.... - Nie jesteśmy w auli - przerwał jej ze stoickim spokojem - szczątki jego zachowały się w doskonałym stanie. W Nowym Jorku badają jego DNA, żeby mieć pewność, że jest z Italii. Poczuła się tak jakby to ona była jego uczennicą a on profesorem i wcale jej się to uczucie nie spodobało. - Czemu to drzewo jest ogrodzone? Tu też są prowadzone wykopaliska? - spytała chcąc odwrócić uwagę od swojego zmieszania. - Zastanowiło nas dlaczego to insygnia są trochę inne od pozostałych - odpowiedział otwierając teczkę - spójrz na zdjęcie tego przedmiotu - widzisz różnice? Zwróć uwagę na napis - dodał podając jej fotografię. - "rei publicae causa ... nie castra...- odczytała - dla dobra rzeczpospolitej...........legion.... - Pomyliłaś się castra to.. - wtrącił Jarek - Wiem stały obóz - odcięła z trudem kryjąc urażoną dumę - Właśnie .......castra corporis custodes! Czyli, straż przyboczna ze stałego obozu - ciagnął Jarek udając że nie widzi jej miny - dalej jest jego nazwa XIV Gemina. - Przecież on stacjonował w Germanii 3 tysiące km stąd! - Milenia nie kryła swojego zdziwienia. - Rozczytasz się dla kogo to jest? - spytał Jarek z miną niewiniątka - Classis.. dla dowódcy floty, wszystko jasne! - odparła wzruszając ramionami - Jestem ciekaw czy kumasz....przeczytaj jeszcze raz w całości ten tekst - Dla dobra rzeczpospolitej od straży przybocznej stałego legionu dla dowódcy floty. XIV legion Gemina. - odczytała posłusznie zadając sobie w myślach pytanie do czego ten facet właściwie zmierza. Jarek był wyraźnie podekscytowany. - Mniejsza o to, że jest tu mowa o stałym obozie legionu i mniejsza o to, że żaden dokument nic nie mówi o jego osiągnięciu, bo to jest oczywiste - ale chciałbym byś zauważyła, że te insygnia, to nie jest mianowanie na wyższe ranga stanowisko ani nagrodą za jakąś walkę! Czy ten tekst nie kojarzy Ci się z pożegnaniem jakby z pośmiertnym medalem? - O kurcze! - Milenia o mało nie wypuściła z rąk trzymanej fotografii .Że też na to nie wpadła - Właśnie! Znajdując insygnia w drzewie pomyśleliśmy, że ten do którego skierowano te słowa został właśnie pod tym drzewem pochowany. I mieliśmy cholerną rację. Jednego tylko nie wiemy dlaczego właśnie został pochowany pod ty drzewem a nie tam gdzie zwyczajowo grzebano wysokich rangą dowódców. Dlatego zadzwoniłem do Ciebie - mówiąc to spojrzał jej prosto w oczy - oczekuję, że mi pomożesz. Milenia popatrzyła na niego ze zdziwieniem. - Ja miałabym Ci pomóc? Niby jak? Do wszystkiego doszedłeś sam. Masz wokół siebie szacowne grono specjalistów. Nie wiem w czym miałabym Ci pomóc a przede wszystkim dlaczego? Jarek popatrzył na nią uważnie i odpowiedział z uśmiechem: - Bo mam u ciebie dług. Przez chwilę stali w milczeniu. Dopiero teraz docierało do niej to jak bardzo skrzywdziła Jarka. Wszystko wskazywało na to, że ma rację. Zaczęła się zastanawiać czy chowa do niej urazę. Nie wiedziała jak się zachować. - Wracajmy - zarządził Jarek - mam Ci do pokazania jeszcze wiele ciekawych rzeczy. Ale najpierw muszę coś zjeść. Co powiesz na kanapkę w Mc Donaldzie i gorącą kawę? - O niczym innym nie marzę - odpowiedziała z uśmiechem - ale ja stawiam. Po tym co zobaczyłam masz we mnie dłużnika do końca życia. Oboje roześmiali się i tą samą ścieżka wrócili do samochodu. Milenia czuła się dość niezręcznie, ale uspokoiło ja zupełnie swobodne zachowanie Jarka. Może jednak nie ma o niej najgorszego zdania. Postanowiła z nim o tym porozmawiać. Po 20 minutach podjechali na parking McDonalda. - No to co zamawiamy - zapytał Jarek gdy już dobrą chwilę stali wpatrzeni w spis potraw a kasjerka uśmiechała się do nich wymownie. - Nigdy nie mogę się zdecydować - westchnęła Milenia - na pewno poproszę kawę, dwie kawy - poprawiła się - i może pikantne skrzydełka, sałatkę szefa i małe frytki. A ty co weźmiesz - zwróciła się do Jarka. - Ja poproszę podwójnego Cheeseburgera, duże frytki i shaka - popatrzył na przerażoną takim zestawieniem Milenię i dodał - koniecznie waniliowego! Gdy już zjedli wszystkie zamówione specjały siedzieli w milczeniu popijając kawę i patrząc na tacki pełne plastikowych opakowań. Upiwszy spory łyk kawy Milenia zebrała się na odwagę i nieśmiało zaczęła: - Nigdy nie miałam okazji zapytać dlaczego wybrałeś akurat ten temat na obronę pracy? - Wiesz, nie lubię iść na łatwiznę. Poza tym byłem pewien, że mam rację. Nie sądziłem, że ... - nie mógł znaleźć słowa które oddałoby w pełni to jak wtedy się czuł. - Jarek - wiedziała że musi coś powiedzieć - przykro mi że tak wyszło, ale musisz zrozumieć że oblałam Cię bo nie potrafiłeś dowieść swej racji, miałeś za mało dowodów...... urwała zdając sobie sprawę że teraz dowodów ma pod dostatkiem. - Chciałaś powiedzieć, że nie miałem autorytetu, któryby opowiedział się za moją teorią - Wyjąłeś mi to z ust. Mam nadzieję, że mnie rozumiesz! Dzisiejsza nauka historyczna w dużej mierze opiera się o fasady nieżyjących już autorytetów, których nie wypada krytykować....Trzeba mieć argumenty w ręku... - Teraz je mam - Wiem....mam nadzieję, że masz. To będzie wielki przełom dla naszej kultury pomorskiej. Bo to będzie tłumaczyć wiele spraw. Upiła trochę kawy i spytała patrząc mu w oczy. - Chciałam wiedzieć czy żywisz do mnie urazę? Za to że cię oblałam? - To nie tak jak myślisz.....Właściwie.... Nie zależało mi na .......najbardziej zależało mi na twym uznaniu...zależało mi na... - Czy przypadkiem nie jesteś zbyt bezpośredni? Gotowa jestem pomyśleć, że zadurzyłeś się we mnie. - Ty to powiedziałaś........ - Co ja...., chciałeś......, co masz na myśli....co chcesz powiedzieć....czy możemy zmienić temat. Nie wiedzieć czemu oboje strzelili buraka.... Nie wiedziała co powiedzieć. Była równie zbita z tropu jak on gdy rok temu stanął naprzeciw niej. Robi się ciekawie - pomyślała....Jeszcze by tego brakowało by zakochał się w niej smarkacz młodszy o dobrych parę lat.... śmiała się duchu - Zadam Ci jeszcze raz pytanie - odezwała się chcąc przerwać niezręczną ciszę - czego ode mnie oczekujesz? Chcesz bym się przed tobą pokajała, przyznała że nie miałam racji? - Chcę byś mi pomogła w zrozumieniu postawy wobec pochówku dowódcy floty. Bardzo chciałbym poznać dlaczego akurat tam został pochowany? Dlaczego akurat tam a nie np. w Rzymie? I.... - Dlaczego jest to dla Ciebie takie ważne? Czyżby jakiś trup pod drzewem był ważniejszy niż odkrycie obozu legionu w Mechowie? - odparła ze zdziwieniem - Jeszcze Ci wszystkiego nie powiedziałem. Ten dowódca nazywał się Liviusz. I choć zaskoczyła nas forma pochówku, to najciekawsze było, to co przy nim znaleźliśmy. Była to kamienna skrzynia wielkością odpowiadająca dzisiejszym trumnom do której włożono zwłoki jakiejś kobiety a obok niej w oddzielnej komorze były zatkane zwoje, jakieś pisma. Ciało tej kobiety zachowało się lepiej niż same zapiski. Ale najważniejsze, że dają się one we fragmentach odczytać. Obecnie udało mi się przetłumaczyć połowę z nich. Mam problem z drugą. Dlatego liczę na twą pomoc i twe kontakty we Francji i Włoszech. Pomożesz mi? - Jasne, chciałabym jeszcze dzisiaj zobaczyć te materiały - powiedziała odkładając pusty kubek po kawie na tackę - Więc zapraszam. Pojedziemy do mnie tam dowiesz się o skali mojego przedsięwzięcia - Do Krakowa? - Nie, na Oksywie. Od Agencji Mienia Wojskowego udało mi się kupić kawałek górki. - Z tego co wiem, to oni nie sprzedają nieruchomości - Mało wiesz. - Zaczynasz mnie przerażać - Chodźmy, mamy dużo pracy
Przez chwilę jechali w milczeniu. Dopiero teraz do Mileni docierało, to jak bardzo skrzywdziła. Jarka. Wszystko wskazywało na to, że on ma rację. Miał ją już wtedy gdy ... ale skąd mogła o tym wiedzieć? Nie wiedziała jak się zachować więc siedziała sztywno i patrzyła przed siebie. Po kilku minutach wjechali na polskie drogi, więc Jarek chcąc, nie chcąc musiał skoncentrować się na prowadzeniu 2 tonowego samochodu. Chcąc przy tym zająć czymś umysł swojej towarzyszki wyjął ze schowka zdjęcia wykonane w wysokiej rozdzielczości z początkowej fazy wykopalisk. - Rzuć na to okiem - powiedział Jarek kładąc jej plik zdjęć na kolanach - powinny ci się spodobać. Musiały ją mocno zainteresować, bo w ogóle nie zwróciła uwagi na to, że zjechali z asfaltowej jezdni na leśną nie wyjeżdżoną drogę. Dopiero gdy Jarek przerzucił drążek na najniższy bieg a busola określająca położenie samochodu w pionie i poziomie zaczęła wskazywać nachylenie 30 stopni oderwała wzrok przykuty od czarno białych zdjęć. Samochód mimo iż miał napęd na cztery koła zaczął wydawać odgłosy jak czołg, który z najwyższym trudem wspinając się błotnistymi wyżłobieniami raz za razem rozbryzguje fontanny błota. Mając zdjęcia na kolanach, zacisnęła dłonie na oparciach jakby od tego zależało jej życie. Poczuła jak jej płuca wciskają się w skórzane siedzenie. Na busoli niebieski kolor powoli ustępował czerwonemu. Przechylenie rośnie: 35 pięć stopni. Miała wrażenie, że siedzi w wahadłowcu Chellenger pokonującego grawitację z I prędkością kosmiczną. 37stopni. Z trudem łapiąc powietrze spojrzała za okna obserwując jak z niezrozumiałą przyczepnością maszyna lawirując, pnąc się w górę, niemalże ocierała się o wątłe sosny. Spojrzała błagalno - przerażonym wzrokiem na Jarka, który dobrze się bawił a przy tym był najwyraźniej zadowolony z siebie. Szkoda tylko, że w jej umyśle częściej pojawiało się słowo nieodpowiedzialność niż podziw... Jarek mając oczy przykute do drogi, wjechał na małe pochylone pod 20 stopniowym kątem wzniesienie. Głośnym tryknięciem zgrzytnęła dźwignia ręcznego hamulca. - Jesteśmy na miejscu - Jarek był najwyraźniej z siebie dumny - Boże, gdzie ty mieszkasz? Tu jest potrzebna kotwica - stwierdziła otwierając drzwi auta. Milenia wyczołgała się z samochodu. Robiąc głęboki wdech, bardziej z potrzeby dotlenienia niż z potrzeby relaksu rozejrzała się próbując zrozumieć dlaczego przywiózł ją na to zadupie(ODLUDZIE). Dookoła roztaczał się panoramiczny widok Gdyni. Tętniący życiem port najeżony kadłubami zdezelowanych okrętów, dziesiątkami dźwigów walczących z kęsami tankowca budowanego w suchym doku. A na lewo port pasażerski gdzie wśród szarych statków i okrętów wojennych bielała sylwetka promu pasażerskiego z dobrze widoczną nazwą: "Princessa". Urzekający widok zakrzywił w umyśle poczucie czasu na chwilę przenosząc ją kilka tysięcy lat wstecz, gdzie w miejscu obecnego portu wśród zalesionych wzgórz morenowych moczary niepodzielnie rządziły nad bursztynowym brzegiem. - Tu jestem!!! - Jarek sprowadził za ziemie błądzącą w myślach Milenię Obracając głowę dostrzegła za kwadratowym obrysem samochodu nienaturalny kształt podobny do jakiegoś usypanego wału.- Co to jest? Czy Jarek mieszka w ziemiance? Co on wymyślił? Zadając sobie te pytania poszła za nim.
BUNKIER
- Toż, to... bunkier? - jęknęła ze zdziwieniem patrząc na kamienne ściany Jarek wzruszył ramionami. - Cóż, nie będę ci wmawiał, że to jest kaplica. Mówiąc to Jarek zniknął za nasypem w niszy, za którym ukryte było szerokie zejście do wnętrza bunkra. Zanim zdążyła podejść do niego usłyszała pikanie podobne do sygnału jej telefonu komórkowego gdy otrzymuje SMS-a. Był to sygnał zamku elektronicznego... Jarek nie oglądając się za siebie pchnął ciężkie stalowe drzwi, które otwierając się z sykiem słusznie dały jej do zrozumienia, że w środku są klimatyzowane pomieszczenia. Skąd on wziął kasę na takie bajery? Zaczęła podejrzewać, że jest handlarzem antyków, może przemytnikiem. Za nim ostatnia myśl zaczęła władać jej umysłem Jarek dodał: - Poczekaj momencik na zewnątrz muszę wyłączyć alarm. Trochę ją to zaskoczyło bo w pomieszczeniu o kubaturze kwadratowej do którego weszła w zasadzie nie było co chronić przed złodziejami. - Chcesz powiedzieć, że tutaj mieszkasz? - Milenie nie kryła rozczarowania - Tu? Nie - odparł z uśmiechem - Tu jest przed przedsionek a mieszkam 20 metrów w tamtym kierunku - wyjaśnił wskazując korytarz Dopiero teraz gdy nastawił oświetlenie na full dostrzegła, że w każdej ze ścian są wykute przejścia zasłonięte zmyślnymi drzwiami, których faktura i kolor doskonale imitują okalające je ściany. - Niestety wojsko zasypało większą część podziemnych bunkrów i łączących je tuneli a to co pozostało, to 400 metrów tuneli i 5 pomieszczeń, z których jedno jest tak wielkie, że swobodnie moglibyśmy zagrać w tenisa... - Chcesz powiedzieć, że to o czym teraz mówisz jest twoje? - W sumie to wydzierżawiłem te pomieszczenia na 20 lat. - A mówiłeś, że kupiłeś... Nie chcąc przyznać się do kłamstewka, bez odpowiedzi otworzył drzwi za którymi ciągnął się przydługi tunel na tyle duży, że bez trudu można było rozszerzyć ramiona nie dotykając przy tym ścian. - Musisz chyba znać na pamięć każdy cm kw.! - Nie, coś ty? A dlaczego miałbym znać? - Bo jak Ci nagle zgaśnie światło, gdy elektrownia nawali, to jak się stąd wydostajesz, liczysz siniaki na głowie? Wizja Jarka w roli kreteńskiego Minotaura - wydała jej się groteskowa a zarazem zabawna. - Chciałabym to zobaczyć jak obijasz się od ściany do ściany. Był byś pierwszą w Polsce śmiertelną ofiarą swego mieszkania - dodała ze śmiechem - Widzisz ten szeroki zielony pas pod twymi nogami? Jest on nasycony środkiem fluorescencyjnym, gdy światło nagle zgaśnie to ten pasek będzie świecił przez jakąś godzinę wskazując mi drogę do drzwi, które zresztą są też wyłożone tym materiałem. - Jak zwykle o wszystkim pomyślałeś - stwierdziła z przekąsem - Mam nadzieję, że nie umrę z głodu zanim dojdziemy do pierwszego ...pokoju ...lochu... pomieszczenia, czymkolwiek to jest... - Spokojnie nie uprawiam gigantomanii a tak poza konkursem: masz klaustrofobię? Mam wrażenie, że się czegoś boisz?! - Po prostu nie mogę się doczekać tych materiałów z którymi nie możesz sobie poradzić a obiecałeś mi je pokazać. A ty mnie prowadzisz po jakiś lochach. Wątpię, że tak ułożony człowiek jak ty, tu mieszka, więc o co tu chodzi? Zaczynam się nad tym gęsto zastanawiać - chcesz kobiecie pokazać dzieło inżynierii wojskowej? A może chcesz mnie tutaj uwięzić? - Właśnie o tym teraz sobie pomyślałem i wiesz co, to chyba dobry pomysł. - kończąc, stanął nagle i obrócił się do niej i z zimną miną dodał: - jesteśmy na miejscu! Jeszcze 25 metrów a zrobiłabyś ze mnie seryjnego gwałciciela a`la dr Lecter - dodał tym razem z żabim uśmiechem - Wystarczyłoby pięć metrów... Kolejne drzwi były odmienne od innych, lekkie z jakiejś sklejki pozwoliły jej zanurzać się coraz bardziej w atomowym mieszkaniu Jarka. Idąc ciemnym tunelem nagle weszła w mocno oświetlone pomieszczenie. Różnica luksów była na tyle silna, że musiała przez kilka sekund zatrzymać się by będąc oślepioną nie wpaść na jakiś przedmiot. Milenia przetarła oczy, ale już nie z oślepienia lecz z niedowierzania. Bo oto stała jakby zawieszona w próżni.... Rozległe, jakieś 30 merów szerokie i 10 długie pomieszczenie z tylko jedną ścianą, którą właśnie miała za swymi plecami. Sufit a w zasadzie dach, podobnie jak pozostałe ściany to, całkowicie oszklona bezszprosowa elewacja. Jedynie delikatny górny wieniec podtrzymujący całą konstrukcję łagodzi strach przed obawą, że to wszystko się zwali na głowę. Słońce mimo iż skryte za chmurami dawało tyle światła, że cień zdawał się wypalać znamię na beżowo-białej płaszczyźnie wykonanej z kararyjskiego trawertynu, precyzyjnie skomponowanego z nieregularnych układów. Przelatujące chmury gnane atlantyckim a czasem syberyjskim wiatrem sprawiały, że wibrująca o zmiennym natężeniu jasność wciskała się w oczodoły. A kadry panoramicznego widoku znad zatoki przygniatają umysł swą prostotą i powściągliwością: żadnego błędu, żadnego grzechu, absolutna harmonia. Po prostu 300 metrów kwadratowych marzeń, jakby gdzieś podświadomie przemykał cień rzymskich domów i świątyń z całych ich wyrafinowaniem i otwartością kompozycji przestrzennych. Wysunięta nienaturalnie ze stromej skarpy szklana forma, zawieszona była nad taflą aksamitnego akwenu. Po prawej stronie w oddali widać ledwo rozpoznawalne, majaczące konstrukcje stoczni gdańskiej. Gdzieś tam jest Westerplatte...Poniżej Gdynia... Po lewej widać ukryte za półwyspem. Helskim białe maszty wycieczkowca. Gdzieś tam za horyzontem jest Szwecja... Dopiero teraz dostrzegła będące w środku: dwa rozłożyste fotele kanapa i owalny, gruby na pięść blat z białego mahoniu. Poza tymi sprzętami nie było nic. Żadnego regału, komody czy szafy. Nic na pokaz, nic aby się wynosić albo zadziwić, jedynie pejzaż był ekstrawaganckim dodatkiem. Widok zachwycił ją bardziej niż dała po sobie poznać. Miała ochotę położyć się na kanapie i chłonąć atmosferę tego niesamowitego miejsca. - Jakiej muzyki słuchasz? - Jarek niespodziewanie wyrwał ją z zadumy - Dobrej, a co masz? - spytała - Mam wszystko.... - To poproszę "Dla Elizy" Beethovena - Hmm.. muzyka poważna, a myślałem że słuchasz hip-hopu - dodał z rozbawieniem nastawiając płytę. Po chwili rozległy się znajome dźwięki. - Rozumiem Twoje zamiłowanie do muzyki, ale chyba nie po to tu przyjechaliśmy - Milenię ogarnęło dziwne wrażenie, że jest na randce. Za wszelką cenę starała się utrzymać służbowy charakter swojej wizyty jednak przychodziło jej to z dużym trudem - Ale ty jesteś zasadnicza! Tego co mam zamiar ci pokazać jest dość sporo. Poczekaj chwilkę, zrobię kawę i zaraz coś przyniosę na dobry początek. A ty tymczasem rozgość się. - mówiąc to Jarek znikną za drzwiami.
Dziennik
Część 55 / 5
Milenia pozostawiona sama z urzekającym pięknem wdzierającym się do "bunkra" usiadła na kanapie powróciła do studiowania zdjęć które wcześniej dał jej Jarek. Były one bardzo intrygujące. Po chwili odłożyła je na bok zamknęła oczy napawając się muzyką oraz spokojem jaki ją ogarnął. Po kilkunastu minutach, usłyszała charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi. - A już myślałam, że się zgubiłeś - powiedziała unosząc głowę w jego stronę - Musiałem trochę pogrzebać w tych dokumentach. Wśród zwojów wetkniętych do trumny były dwa impregnowane dzienniki, dokładniej mówiąc przedstawię ci dzieło Naxoesa... służącego! - Co? - Milenia wstała na równe nogi - Aeulius Naxoes Aristides młodszy - służący Liviusza, naszego generała. Czyż nie jest to dziwne? - stwierdził Jarek stawiając na stole dwie kawy i kruche ciasteczka w czekoladzie. - Musiał być bardzo pokorny, skoro powierzono mu tak odpowiedzialne stanowisko. To zdumiewające że jednocześnie usługiwał - zauważyła biorąc ciasteczko Milenia - Ordo senatorius - dodał - nie dość że był skrybą to jeszcze należał do stanu senatorskiego - Zastanawiam się co powiesz gdy zobaczysz jego dzieło. Poczekaj zaraz je przyniosę - mówiąc to Jarek zniknął za drzwiami. Po chwili wrócił niosąc dwa opasłe tomy. - Robi się coraz ciekawiej.... zastanawia mnie dlaczego Liviusz otaczał się takimi ludźmi. - powiedziała Milenia delektując się kawą. - Ja też. Ale sama zobacz. Milenia odłożyła filiżankę i z iskrzącymi oczami oboje przyklękli na podłodze po czym założyli gumowe rękawiczki i z chirurgiczną delikatnością zaczęli przeglądać pociemniałe od czasu i wilgoci karty spisane przez służącego. Milenia widziała i badała wiele przekazów, lecz ten wyróżniał się od innych swą formą. Jeden z nich przypominał bardziej księgę podatkową z obszernymi komentarzami niż rocznik czy jakiś mniej lub bardziej ważne dokumenty człowieka, który jest służącym o rodowodzie senatorskim. Pełno tabel, spisów z dokładnymi nazwami i nawet gdy jakieś nazwisko wielokroć się powtarzało, to Naxoes z melancholijną dokładnością pisał je z całymi tytułami. Jarek zauważył zgodną numerację między jednym a drugim dokumentem stąd uznał, że drugi dziennik był dodatkiem do pierwszego. Milenia podniecona tym co miała przed sobą nawet nie zauważyła jak Jarek zmienił płytę w wieży na Allegro non molto... "The Four Seasons" Vivaldiego. - Jesteś wielkim pasjonatem - stwierdziła przeglądając zwoje - zastanawiam się tylko dlaczego akurat wybrałeś spuściznę rzymian, która jest tak bardzo znana a nie interesujesz się na przykład naszą polską historią. - Spójrz na te dwa dzienniki - zaczął opierając się o blat stołu - Na wiele stuleci przed Chrystusem kolegium kapłańskich pontyfików nadzorowało rzymski kalendarz ustalając dni pełnienia określonych funkcji przez władzę. Ich kalendarze stanowiły fundament nie tylko chronologii ale i annalistyki. Nawet nie wiesz jak ja kocham mieć pewność tego co badam. A w przypadku kultury polskiej, ściślej słowiańskiej, nawet tysiąc lat później mamy jedno wielkie zero. Jedna wielka niema kultura. Wręcz czuję w sobie pogardę dla tej kultury, gdy o tym mówię. A o nas samych więcej dowiadujemy się od obcych kronikarzy. Wczesna kultura Polska to dla mnie analfabetyzm i bezguście. - Oj przesadzasz - wtrąciła Milenia choć musiała przyznać że ma trochę racji - No to pomyśl - ciągnął dalej - Co z tego, że wykopano rzeźbę jakiegoś bóstwa pogańskiego. Czy dzięki temu wiemy coś o ceremoniach, o obrzędach, tańcach? Jedynie możemy się domyślać! Ja jestem jak pies, muszę czuć jakiś zapach. I to nie ważne, że jakiś pisarz starożytny był ahistoryczny, że uprawiał efekciarską retorykę. Najważniejsze jest to, by chwycić jakiś trop. By móc gdzie zatopić swe głodne szpony. Dlatego kocham Etrusków, Italian, Iberów...a Słowianie? O ich życiu najwięcej napisał Żeromski... tyle, że ze swej bujnej wyobraźni.
- A co to?- Milenia zwróciła uwagę na bardzo nieczytelny napis. Wyglądał tak jakby ktoś specjalnie chciał go zatrzeć - Corrector totius Lucaniae - odczytał Jarek, chcąc pokazać, że jest w temacie - Hmm... chyba się pomyliłeś Tu raczej jest napisane ....corrector totius ITALIAE a nie LUCANIAE. To oznacza, że właściciel tego pisma miał władzę na terenie całego imperium a nie tylko na prowincji. Mam nadzieję, że w swych badaniach będziesz równie dokładny co Naxoes!!! Milenia widząc jak twarz Jarka przybiera kolor purpury, zeszła z jego achillesowej pięty, którą była pycha. Jednak ucieszyła się w duchu, że udało jej się utrzeć mu nosa. - Kim jest ta osoba? Wiesz coś na ten temat?- wskazała palcem na wyraźnie wyłuszczoną czerwonym środkiem nazwę, lub imię jakiejś postaci. - Jest nazwana kilkoma imionami, pierwsza jest ciekawa..."wściekła wilczyca" - Dlaczego? - Spójrz na ten raport, otwórz na stronie gdzie jest zakładka i zwróć uwagę na czerwony symbol. - Na tą datę? - Tak. Zorientowali się że wilk który towarzyszył im od jakiegoś czasu, to był po prostu przebrany człowiek. Chcąc zachować w tajemnicy miejsce postoju zostali zmuszeni dorwać szpiega. Zobacz na kolejną datę. - To jest jakiś tydzień później. Ten przebieraniec wilk w dalszym ciągu deptał im po piętach. Musiał być sprytny skoro tacy wprawieni w boju nie mogli przez tydzień go złapać. - Pomyłka, to nie on.....to ona...posłuchaj co pisze dalej. Tego dnia...
Tego dnia nic nie zapowiadało tragedii....
Już dawno bogowie tak uroczyście nie witali dnia. Wychodzące za wzgórz jaskrawe słońce w mgnieniu oka stopiło poranną rosę na płowych pancerzach. Jedynie przenikliwie zimne powietrze wciąż przypominało, że ich obozowisko spoczywało w ramionach litych skał. Na oczach strażników bogowie zagrali miłosną scenę, zalewając swymi sokami zielone doliny mlecznym jestestwem ześlizgującym się po turniach. Mgła unikając władczego spojrzenia słońca; które jednym tchnieniem podnosi kurtynę ukrytych za nią górskich stworzeń; umyka bezradnie. Jednak słońce szybko wdrapując się na najwyższe szczyty niepokornie wchłania pozostałości boskich igraszek, paląc swym wzrokiem każdą rozpadlinę. Legioniści uwielbiają napawać się takimi scenami, gdyż rzadko kiedy północne zakątki ziemi ich rozpieszczają. Większość swego życia ich miecze odbijały promienie słonecznej Hiszpanii, Galatii, Macedonii, Mauretanii, a im bardziej imperium parło na północ tym częściej ich oblicza przeklinały bogów odpowiedzialnych za beznadziejną pogodę. Miało się wrażenie, że kształt granic imperium był naznaczony świetlistymi promieniami Zeusa. Dlatego będąc na terenie barbarzyńców, gdy tylko legioniści byli nagradzani takim porannym przywitaniem zapadali w trans przenosząc się nad tyberyjską stolicę, tak często skąpaną spojrzeniem mare tyrrhenum sive inferum. Nieprzespane oczy wartowników sklejone niemocą, dopiero teraz dostrzegają przejawy życia, które pragnie nadaremno się skryć w górskich gęstwinach, przed zdradzających ich słońcem. Słońce było szybsze niż budzący się letargu obóz. Nawet zwierzęta zdawały się nie mieć ochoty na poranną rozgrzewkę a nienaturalna cisza, niczym nie zmącona, szeptała spragnionym snu wartownikom miłe i ciepłe słówka wieńczące koniec psiej warty. Już zaraz wskoczą do namiotów w ogrzane ciepłem kompanów pledy. Już zaraz cisza panująca nad obozowiskiem zamieni się w senny lot nad dziecięcymi wspomnieniami..... już zaraz 120 strażników uzbrojonych po szyję strzegących od 6 godzin braci zrzuci zbroję, złoży swe ciała na ofiarę boga snu i odpoczynku.......już zaraz błoga niemoc ogarnie ich ciała....już zaraz....
.....zimne powietrze przeszył jakiś dziwny głuchy łoskot....12-u strażników przy północnej bramie przeszył niepokój....poczuli drżenie ziemi, które ....zanim zdążyli badawczo spojrzeć na siebie ujrzeli za sobą Gorana gnającego na koniu, z którego tryskała wściekła piana, zaskoczeni ledwo zdążyli uskoczyć przed pędzącym na oślep koniem. W ich umysłach tylko pustka i drżenie ziemi trawiła ich umysł, która mogła oznaczać .....nikt nie dopuszczał do siebie tej myśli.... Ścisnęli całe żelastwo jakie mieli pod ręką i pobiegli w kierunku Gorana - dowódcy który był odpowiedzialny za pełnioną służbę wartowniczą w obozie w czasie gdy Liviusz nie był dostępny lub zajęty. Czar marzeń o błogim śnie minął bezpowrotnie, gdy tylko ujrzeli jak Goran goni szpiega w wilczej skórze. Dopiero teraz uświadomili sobie, że dopuścili aby zmęczone ciała uśpiły ich czujność, ....uświadomili sobie, że szpieg niezauważenie przekroczył strefę bezpieczeństwa, uświadomili sobie, że..... - Przybył Liviuszu Goran - Dobrze wie, że odprawę zaczynamy dopiero za godzinę! Nie czekając na pozwolenie Goran wpadł z bladą twarzą. - Złapaliśmy szpiega!!!! - Znasz procedury!- zaprowadzić do aresztu, nakarmić a potem dajcie go do Antiasa, dowie się czego trzeba .... - Ale......nie mogę podjąć jednej decyzji...czy mogę prosić..... Goran znany z tego, że strach jest mu obcy teraz się jąka, trzęsie się - Chory jesteś? - Str...ażn...icy.... st....r....e.fa... X....... - Tagesdon.....w nadziei, że nie będzie musiał więcej nic mówić. I miał rację. Liviusz znieruchomiał, zbladł bardziej niż o sam - Wyjdź! Zanim się ubiorę wszyscy mają ..... Nim Liviusz dokończył Goran wybiegł, właściwie uciekł. Bał się jego reakcji...
Nagle.... Miłą atmosferę przerwała oszałamiająca, głośna muzyka. Najwidoczniej Jarek nie zauważył, że wieża jest ustawiona na odtwarzanie wszystkich krążków jakie miał w środku, przy czym druga kieszeń była ustawiona na high volumne. Mimo, iż w niej była melancholijna piosenka "Child In Time" Deep Purple, to jednak wysokość dźwięku daleko przekraczała próg bólu sprawiając, że oboje złapali się za uszy.. - Co to ma być? - krzyknęła Milenia, podczas gdy Jarek szybkim skokiem na pilota ujarzmił wieżę. Milenia spojrzała na zegarek i zerwała się na równe nogi. - O Boże! Jest już 21-wsza! Cholera jasna... miałam załatwić sobie jakiś nocleg. Szybko dopiła zimną kawę. - Muszę lecieć czy mógłbyś odwieźć mnie gdzieś....bliżej cywilizacji? - spytała szukając torebki. - Możesz nocować u mnie - stwierdził Jarek z miną niewiniątka - Jak to u Ciebie??? - To nie jest jedyne pomieszczenie które posiadam - dodał z uśmiechem - nie musisz się obawiać wyniosę się na drugi koniec labiryntu. - Ale wolałabym jednak... - Chcesz szukać noclegu w środku nocy? - spytał z niedowierzaniem - sam powrót do centrum zająłby nam pół godziny. Milenia gorączkowo oceniała swoją sytuację. Że też straciła poczucie czasu! Powinna stąd wyjść o wiele wcześniej. Teraz faktycznie była skazana na nocleg w bunkrze znajdującym się w środku lasu. Rozejrzała się niepewnie po pokoju i usiadła z rezygnacją na sofę. - Ok. masz rację - powiedziała spoglądając na Jarka - chyba zaryzykuje nocleg u ciebie. - Świetna decyzja - skwitował z szelmowskim uśmiechem - przygotować ci kąpiel? - Dzięki, wystarczy że pokażesz mi gdzie jest łazienka - powiedziała. Była podenerwowana sytuacją w jakiej się znalazła. Bezpośredniość z jaką zwracał się do niej Jarek peszyła ją a jednocześnie intrygowała. Wizja gorącej kąpieli przygotowanej specjalnie dla niej wydała jej się bardzo kusząca jednak nie chciała aby zorientował się jak bardzo brakuje jej kogoś kto okazywałby jej takie zainteresowanie. Jarek wydawał się zupełnie spokojny i opanowany. - Po lewej stronie na korytarzu masz wejście do toalety. Pokazać ci? - spytał - Poradzę sobie - odparła wstając energicznie. Chciała już zniknąć mu z oczu - Masz ciekawe mieszkanko, nie ma co - dodała chcąc ukryć zmieszanie. Szybkim krokiem podeszła do drzwi i otworzyła je z rozmachem. Jarek stał na środku pokoju z założonymi rękami wyraźnie rozbawiony. Uśmiechnęła się do niego i zniknęła za drzwiami. - Ech - pomyślał - niesamowita kobieta. Rozsiadł się wygodnie na sofie myśląc ile by dał żeby móc jej teraz towarzyszyć. Milenia wchodząc do łazienki od razu zauważyła że nie jest to tradycyjne urządzone wnętrze. Na ścianach było pełno fresków i malowideł, olbrzymią wannę, wciśnięto w półkolistą wnękę a podłoga została wyłożona czarno białymi płytkami poukładanymi na przemian. Od sali gdzie była wanna można było przejść do dwóch innych mniejszych sal. Podobnie jak w łaźni rzymskiej tu gdzie stała znajdowało się caldarium - gorąca kąpiel - tyle że w wannie a nie w betonowych wnękach, obok frigidarium - sala zimnej kąpieli, oraz tepidarium - sala ciepła. - Gdzie ja jestem? - pomyślała rozgladając się dookoła. Przyzwyczajona do plastykowej wanny i prysznica nie wiedziała co ze sobą zrobić. Czuła się jak neandertalczyk na Manhattanie. Dopiero po chwili dostrzegła kurki z zimną i ciepłą wodą i wnękę gdzie są na baczność poukładane szampony, płyn do kąpieli. - Czy mogę wejść? - za drzwiami odezwał się Jarek - przyniosłem ci czyste ręczniki , mogę? - Wejdź, jeszcze nawet nie zdążyłam napuścić wody - I jak ci się podoba moja łazienka? - Czy z tobą wszystko w porządku? Musiałeś chyba fortunę wydać na taką łaźnię!!! - Ale chyba ci się podoba?- powtórzył Jarek - Boże, jestem w szoku. Ale w dalszym ciągu twierdzę, że taki samotnik jak ty musi mieć coś nie po kolei skoro... - Poczekaj aż pokaże ci swój pokój - Myślałam, że ta... szklarnia to twój pokój - To był pokój gdzie podejmuje gości.- gdy to mówił odkręcił na full kurek z ciepłą wodą i włączył ogrzewanie podłogowe. Położył na marmurowym stołku biały gruby ręcznik. - Jak skończysz ubierz się ciepło bo w innych pomieszczeniach jest zdecydowanie chłodniej. Nie chciałbym byś się przeziębiła - dodał zamykając za sobą drzwi
Gorąca woda tłamsząc płyn do kąpieli osiągnęła apogeum. Nasłuchując czy Jarek przypadkiem nie jest w pobliżu, szybko pozbyła się ubrań i zanurzyła się w gorącej wodzie. Usypiający błogostan ogarniał jej ciało i gdyby nie ta zimna piana drażniąca jej zmysły, szybko by zasnęła. Rozejrzała się po "łazience". - Skubany zadbał o wszelkie szczegóły - pomyślała rozglądając się z podziwem. Nawet lusterka są wykonane z wypolerowanego brązu, a nad wanną stały na baczność gliniane fiolki. Dawniej trzymano w nich eteryczne olejki.- Ciekawe co w nich teraz jest?- sięgnęła po jeden z nich; coś zabulgotało; - O, jest tam coś!?- na korku zauważyła wygrawerowane napisy: róża damasceńska z Indii, na kolejnym jaśmin, tuberoza, mech z pnia cypryjskich dębów, ambra z kaszalota, cybat z etiopskiego dzikiego kota.- Coś mi tu nie gra!... Po co to wszystko facetowi?! Jednak kąpiel była zbyt przyjemna by zastanawiać się nad takimi szczegółami. Zanurzyła się w wodzie po szyję, oparła głową o wyżłobiony zagłówek i na chwilę zapomniała o bożym świecie. Przeciągając się leniwie pomyślała jak cudownie wyglądałoby jej Zycie gdyby nie... - Żyjesz? - raptem zawołał Jarek - Żyje, żyje, zaraz wychodzę - odpowiedziała pośpiesznie - Zniknęłaś za tymi drzwiami dobre pół godziny temu. Myślałem ze cos się stało. Mogę wejść?- dobiegł za drzwi jego głos Już chciała powiedzieć: wolne żarty!!!- lecz była strasznie ciekawa jak Jarek młodszy od niej o siedem lat poradzi sobie w takiej nie dwuznacznej sytuacji. - Wejdź - odparła, skrywając się za półmetrową warstwą piany Zaskoczony inną niż spodziewał się odpowiedzią, po chwili pokazał wpierw głowę oceniając jak wygląda sytuacja. Gdy zobaczył ją skrytą za śnieżnym puchem nabrał na tyle odwagi by wejść do środka. - Wejdź, wejdź, widzę że nie potrafisz zrozumieć jakim dobrodziejstwem jest kąpiel w wannie dla kogoś kto na co dzień bierze tylko szybki prysznic - zachichotała widząc jego zakłopotanie - ja nie gryzę boisz się mnie?- spytała z uśmiechem - Szczerze?! - mam miękkie nogi - nie często bywają w mojej wannie kobiety - piękne kobiety Przez chwilę patrzyli