pisarstwo · 7 min czytania
Dwie Marie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Czemu Maria? Czemu właśnie to imię?
Książę Myszkin, bohater „Idioty” Dostojewskiego lecząc się ze swojego idioctwa spotkał w Szwajcarii Marię. Ładną, biedną, dobrą dziewczynę, o gołębim sercu. O pokorze, skromności i prostocie, tak pięknej i czystej. Chorowała na gruźlicę. Po małej wpadce, podyktowanej porywami gorącego serca została odrzucona przez rodzoną matkę i całą tamtejszą społeczność.
Schorowana, nie leczona, głodna wędrowała zimą po pastwiskach, w śniegu pilnując stada owiec. Marzła, chorzała coraz bardziej, spała gdzie popadnie, jadła co popadnie. Jej los był obojętny każdemu, a pierwszym wyklinaczem jej niby złej postawy był ksiądz na ambonie w kościele. I głupi, ograniczony lud w ciemno wierzący jego przykazaniom i wywodom.
Jedynym wyjątkiem był książę Myszkin, niby idiota choć najmądrzejszy i najlepszy z nich wszystkich, i dzieci, które ukochał i które ukochały jego. Rozumiał je, rozmawiał z nimi jak z dorosłymi, tłumaczył i szanował ich potrzeby. One odwzajemniły mu z nawiązką całe jego oddanie.
On pierwszy pokochał Marię. Pierwszy ją pocałował, miłością czystą i jasną jak wiara w człowieka. W śpiewające ptaki, szemrzący górski potok, padający śnieg, czy światło księżyca w rozgwieżdżoną noc. Ukochał jej dobre serce, żałość, chorobę i wygnanie. Jej smutny los. W ślad za nim pokochały ją dzieci, ukradkiem przynosząc wykradzione z domów ubrania i resztki jedzenia. Ukradkiem, bo widzenia, nawet tylko zbliżanie się do Marii było we wsi zakazane.
Część 22 / 2
Maria umierała każdego dnia coraz bardziej. Kaszlała krwią. Nie miała siły już chodzić, więc tkwiła w półśnie na zimnym kamieniu, okryta tym co przyniosły jej dzieci. I książę. Śniła o lepszym, przyszłym świecie, w którym dobro wynagrodzi dobroć. W którym będzie szczęśliwsza. Uśmiech nie schodził z jej twarzy.
Książę Myszkin nie zdążył się z nią pożegnać. Tuż przed śmiercią trafiła z powrotem do domu i łóżka matki, ostatniego namaszczenia dokonały nieludzko wredne wiedzmy ze wsi. Za oknem stały kochające ją dzieci, patrząc i płacząc. Książę, gdy przyszedł zastał ją martwą. Nie dążył się pożegnać, spotkać po raz ostatni… Zapłakał tylko, pytając: „Dlaczego?”
***
Druga Maria, z „Komu bije dzwon” Hemingwaya pokochała i została pokochana. Natychmiast, w mgnieniu chwili, w ułamku nakładania potrawy na miskę wygłodniałego pracą Roberta. W kropli potu spływającej po szyi, w nieśmiałym uśmiechu, i wzroku który bezwiednie błądził za niespełnionym pragnieniem. Jej po nim, jego po niej. Oboje poczuli od razu, że ich świat zaczął się tego dnia, dnia pierwszego wejrzenia. Spotkania u wrót jaskini w czasach wojny partyzanckiej w górach Hiszpanii.
Maria Hemingwaya była szczupła, wysoka, drobna, jak młoda źróbka niepewna swej kobiecości i uroku jaki może roztaczać nad mężczyzną. Prawdziwym mężczyzną jakim był Robert. Wiele przeszła. Za młodu zabili jej rodziców, była maltretowana, brutalnie gwałcona i możliwe, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Ostrzyżono jej głowę, gdy poznała Roberta włosy zaczynały dopiero odrastać. Jej młoda skóra w majowym słońcu nabierała oliwkowej barwy. Przy nim piękniała, stawała się kobietą, której nikt inny nie mógł mieć. Tylko on. Tylko dla niego…