Aktualności · 7 min czytania
Dwie strony medalu - palenie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}Dwie strony medalu – palenie{/b}
Lubię zdrowy rozsądek. Może to naiwne z mojej strony, jednak z uporem godnym lepszej sprawy wypatruję jego przejawów w otaczającej rzeczywistości. Niestety nie odnoszę zbyt wielu sukcesów. Może nie patrzę wystarczająco uważnie? Sfrustrowała mnie przyjęta ostatnio ustawa dotycząca palenia w miejscach publicznych. Nie palę - wolę podkreślić to na samym początku - co nie zwalnia mnie z obowiązku spojrzenia krytycznym okiem na nową formę stygmatyzacji społecznej. Bo czym, jak nie oficjalnym naznaczeniem, jest zamknięcie człowieka w szklanym boksie po środku lotniska, biura lub urzędu? Oczywiście pojawią się głosy mówiące o dobrowolności palenia; zapytam więc inaczej: co złego było w „tradycyjnych” palarniach? Tych niedużych, nieogrzewanych, kameralnych, często umiejscowionych w piwnicy lub na zapleczu? Pomieszczenia, w których toczyło się odrębne życie towarzyskie, do których dostępu (w sensie symbolicznym) nie miały osoby postronne. To właśnie była ich nieoficjalna rola – ułatwiały kontakty międzyludzkie, dawały chwile wytchnienia od wścibskich oczu szefa czy niepalących współpracowników. Jak najłatwiej rozbić taka „dymiącą”, nieformalną społeczność? Zmienić palarnię na szklane podium, odgrodzone od świata przeźroczystą taflą, z wywietrznikiem umieszczonym nad głową śmierdzącego delikwenta. Z takiego pomieszczenia nie da się skorzystać niezauważonym, o prywatności można tylko pomarzyć. Ktoś powie: palarnia to nie toaleta. Ja jednak pozostanę przy swoim zdaniu; palarnia z założenia miała być miejscem służącym zebraniu myśli i odprężeniu. Szklana budka jest tego zaprzeczeniem. I jeszcze jedna dygresja: nic tak nie skłóca ludzi, jak stłoczenie na małej przestrzeni. {i}Dziel i rządź{/i}. Ideał menagera. Antynikotyniści zarzucają palaczom inne, potworne wykroczenia: nieładny zapach i zmienianie bliźnich w biernych palaczy. Zabawna sprawa. Gromadce wyperfumowanych do przesady kobiet, stłoczonych w ciasnej windzie, nikt nie powie złego słowa (mimo, że efekt jest powalający – kto go nie doświadczył, niech się cieszy), jednak zapach papierosów może wywołać krytyczne spojrzenia, głupie komentarze lub ostentacyjne pociąganie nosem. Problemem nie jest intensywność, lecz rodzaj zapachu. Kwestia gustu; dla wielu tanie perfumy są łatwiejsze do zniesienia od zapachu dobrego tytoniu. A jeśli chodzi o zjawisko biernego palenia; nie popadajmy w przesadę. Pomijając przypadki oczywiste, w rodzaju palenia w pokoju dziecinnym czy dmuchania rozmówcy w nos, palacze na pewno nie są dla przechodniów większym zagrożeniem od wyziewów autobusów lub taksówek, mijających nas każdego dnia. To ciekawe, że w im bardziej niezdrowym otoczeniu mieszkają ludzie, z tym większą zajadłością będą bronić rozwiązań dających im złudne poczucie dbania o siebie. Nagonka na palaczy – bo tak należy nazwać nową ustawę – jest wyjściem naprzeciw hipochondrycznym zapędom mieszkańców miast. Jest to populizm w najczystszej postaci i jestem głęboko zdumiona poparciem, jakim się cieszy. Nikt, kto mieszka w domu pokrytym azbestem, jeździ rupieciem bez katalizatora, obżera się jedzeniem typu fast food, czy dojeżdża do pracy starymi autobusami, nie powinien wypowiadać się na temat tego, co jest zdrowe (i powinno być dozwolone), a co nie. Przejdźmy jednak na drugą stronę barykady. Co mnie denerwuje w palaczach? Zapach…