Historia · 8 min czytania
Dwóch włodarzy i piękna pani
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
(Sprawdzona!) legenda z Jury Krakowsko – Częstochowskiej
Już jako dziecko wykazywałem się do większego zamiłowania wobec naszych, miejscowych, słowiańskich legend, a szczególnie w konfrontacji z legendami Nowego Świata. Pomyślcie sami: kto ma większy power i siłę przebicia: nasz ukochany Smok ze Smoczej Jamy („... a Wawelskiego znasz?...”), czy jakiś nadrozwinięty osiłek latający tu i ówdzie w pedalskim trykocie z literką S na nieowłosionej klacie? Przecież Forrest Gump, inny amerykański święty, i tak wysiada przy naszym Panu Twardowskim (Pierwszy Polak w Kosmosie, i to na 300 lat przed Gagarinem!), bo ten to od razu pokonał siły zła i przy okazji zbadał najbliższe nam ciało niebieskie. A Myszka Miki, ten mały gryzoń bez honoru? Wanda to przynajmniej Niemca nie chciała („... dzień dobry, Niemiec się nazywam. Zastałem pannę Wandzię?...”) i za to w polskiej leży ziemi, a to coś? No dobra, dość tej konfrontacji światów, bo i tak wolę ten nasz, obfitujący w absurdy polityczne, ale także wydarzenia na poły legendarne. Dlaczego legendarne? Bo nie zachowały się na ten temat żadne źródła pisane, natomiast nasza wiedza bazuje tylko i wyłącznie na przekazach ustnych.
Moja opowieść zaczyna się prozaicznie: zorganizowałem po raz kolejny wyprawę do jaskiń pobliskiej Jury Krakowsko – Częstochowskiej, rejon Mirowa i okolice. Teren łatwy, prawie żadnych niebezpieczeństw, cztery jaskinie, dwa zamki w ruinie. Jedyny mankament, to dojście do zamków, a właściwie do samego Mirowa z pobliskich Kotowic.
Gdy tak oczekiwaliśmy na autobus w Zawierciu, napatoczył się dziwny gość w rozpiętej marynarce i zagadał: Na skałki? Nie, w jaskinie. – odparłem i na tym chwilowo się rozmowa urwała. Gość zniknął, by nagle pojawić się już w autobusie. No chłopaki, napijcie się! – to rzekłszy wytargał z kieszeni butelkę coli. – Krzysiek jestem. Pogadaliśmy chwilę o niczym, gdy w końcu nasz nowy znajomek wyznał, że jest bardzo dumny, że jedziemy zwiedzać jego rodzinne strony, bo choć obecnie mieszka w Kotowicach, to dzieciństwo spędził w Mirowie. Owszem, opowiadał o licznych filmach historycznych, w których to grał jako statysta naprzemian chłopa, pana i plebana, ale najciekawsze zostawił na deser: w miejscowości Mirów zaczyna się pasmo skał biegnących przez 3 kilometry aż do wsi Bobolice, o czym wiedzieliśmy my, wie większość mieszkańców regionu i znaczna część miłośników gier RPG (obozy miłośników gier systemowych, nazywanych przez skałkerów „średniowiecznymi zboczeńcami”). We wsi Mirów pasmo skalne rozpoczynają ruiny średniowiecznego zamku w Mirowie, z drugiej strony zamknięte jest przez zbudowany na stromym wzniesieniu zamek w Bobolicach. W ruinie, oczywiście. Otóż według naszego nowego przyjaciela, pod pasmem skalnym wykuto pomiędzy zamkami stanowiącymi ważne ogniwo w systemie warowni obronnych (szlak Orlich Gniazd – polecam!), długi na 3 km tunel. Ów tajemniczy tunel miał biec około 20 metrów pod poziomem gruntu, przy czym mniej więcej w połowie drogi było zamaskowane wyjście ewakuacyjne dające możliwość ucieczki do lasu. Zamki wybudowano, tunel wykuto, wyjścia zamaskowano i... szybko zapomniano o całej sprawie. Minęły dziesięciolecia, na zamkach nastali nowi panowie: włodarz Bobola oraz włodarz Mirosław. Nie trudno odgadnąć, skąd obie miejscowości wzięły swoje nazwy, prawda? Bobola, człek starszy i majętniejszy, mógł sobie pozwolić na różne luksusy. Jednym z nich była młoda żona, której imienia się jednak nie wspomina, ale – jak się zaraz przekonacie, jej imię nie ma zbytniego znaczenia. Młody i przystojny włodarz Mirosław szybko wpadł w oko żonie pana na Bobolicach; a może było odwrotnie? Dość, że para bardzo szybko przypadła sobie do gustu. Nie trudno też zgadnąć, gdzie urządzali sobie schadzki…