Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 32 min czytania

Dwoje wyklętych

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Białe obłoczki o postrzępionych brzegach płynęły leniwie po wiosennym niebie, popychane łagodnymi podmuchami wiatru. Tam, w górze, panował idealny spokój. Podobny wypełnił umysł wysokiej postaci, opartej o balustradę białego mostku, przerzuconego przez strumień przecinający Minas Tirith. Mężczyzna z rasy Drowów uciekł od gwaru rozmów na Rynku, rozgorączkowanego szczebiotu wszelkich języków Śródziemia, podnieconych nawoływań wojowników na Arenie Walk. Jego myśli płynęły niespiesznie, biorąc przykład z wody pod jego stopami. Przeniósł wzrok na rozbłyski światła na powierzchni strumyka. Zimowe mrozy dawno już puściły, nurt niósł świeże, zielone liście zamiast okruchów lodu. Gdzieś z daleka, spoza jego pleców, dobiegł go szybki tupot stóp i głosy rozbawionych dzieci. Wiedział, że nikt nie ośmieli się go zaczepić, przeszkodzić w rozmyślaniach. Mimo że białe miasto Minas Tirith zaroiło się ostatnio od istot wszystkich rodzajów, mieszkańcy oraz wędrowcy trzymali się z dala od przedstawicieli jego rasy. "Zaplute Drowy, Upadłe Elfy - pobratymcy orków..."-mruczeli wśród przekleństw ponad kuflami piwa w mrokach karczm. Milkli natychmiast, gdy w pobliżu pojawiała się charakterystyczna ciemna sylwetka. Pogarda podszyta była lękiem, śmierdzącym strachem, który niemal fizycznie drażnił jego nozdrza, gdy pojawiał się między ludźmi.Jego trójkątne uszy, czarne jak zimowa noc włosy i ciemna karnacja powiedzą każdemu obcemu, kim jest, i choć niektórzy uznają jego obecność za splugawienie tego miejsca, nikt nie ośmieli się rzec choć słowa. Z nurtu strumienia wyszło tymczasem stworzenie, na które patrzono z równym obrzydzeniem. Szaro-oliwkowa, pokryta brodawkami i naroślami skóra nie zdołała ukryć ropuchy wśród soczystej zieleni młodej trawy. Mężczyzna obserwował ją, gdy podskoczyła do omszałego kamienia przy brzegu, przysiadła na nim i zmrużywszy czarne, wypukłe oczy, chłonęła ciepło wiosennego słońca. Płaz zarechotał z oburzeniem i odskoczył w bok, gdy padł na niego chłód cienia. Na mostku stanęła druga postać. -Nie trać czujności.-niski głos przybyłej wdarł się w ciszę przerywaną dotychczas tylko nieśmiałymi kwileniami ptaków. A jednak znalazł się ktoś, kto poważył się zburzyć spokój Drowa pogrążonego w zadumie. -Nigdy.-odrzekł lekko schrypniętym głosem Upadły Elf. Dla potwierdzenia klepnął się po biodrze - pod płaszczem szczęknął ukryty sztylet. Dopiero teraz odwrócił wzrok od przepływającej pod stopami wody i spojrzał na przybyłą. Niewiele ustępowała mu wzrostem, spomiędzy włosów wystawały szpiczaste elfie uszy a skóra miała nawet ciemniejszy odcień niż jego własna. Dziewczyna należała więc do jego rasy. Stwierdziwszy to, oddał się na powrót kontemplowaniu krajobrazu. Nie widział powodu, by nawiązywać konwersację. -Nie pamiętasz mnie?-Drowka nie dała się łatwo zbyć. Jej głos nie pozwolił mu słuchać spokojnie szemrzącego strumienia, choć nie brzmiał nieprzyjemnie.-Nie pamiętasz mojej twarzy, Sidrachto z Isengardu? Jeśli myślała, że zatrzęsie nim, nazywając go po imieniu, przeliczyła się. Znali go wojownicy Minas Tirith, magowie Isengardu, rozpoznawano go w Minas Morgul. Kto pyta, otrzyma odpowiedź. Jego imię także nie stanowiło tajemnicy. Niechętnie omiótł ją spojrzeniem. Pamiętał, że podeszła cicho, toteż zaskoczył go widok wysokich, ciężkich butów na jej stopach. Przez moment pomyślał z uznaniem o jej umiejętnościach bezszelestnego podkradania się - w takim obuwiu musiała to być trudna sztuka. Odziana była głównie w nie krępujące ruchów skóry. Przy pasie zwisał sztylet w pochwie, przez plecy przerzuciła żelazny puklerz - a więc miał przed sobą wędrowną wojowniczką. Twierdziła, że powinien pamiętać jej twarz, toteż przyjrzał się jej uważniej. Tatuaż na ciemnym policzku obudził jakieś wspomnienie, ale dopiero jej oczy, skrzące się złotem, naprowadziły myśli na właściwy tor. Tak, pamiętał jej twarz... Pamięć przeniosła go w czasie i przestrzeni. Oczami wyobraźni zobaczył przed sobą ruiny Amon Sul, pokryte miękką warstwą śniegu. Zimą świat, zawstydzony własną nikczemnością, pokrywa się kolorem niewinności, by choć na chwilę ukryć to, co nie powinno zostać dostrzeżone. Sidrachta, sam nie najczystszy, lubił pejzaże pokryte zimnym puchem. Opustoszałe Amon Sul tchnęło spokojem, toteż zatrzymał się w wędrówce, chcąc napełnić się mistyką miejsca. Jego długi płaszcz zamiatał białe płatki, wciąż sypiące się z nieba, niczym pierze z rozdartej poduszki bogacza. Śnieg skrzypiał z każdym krokiem. Przysiadł na kamieniu, będącym w odległej przeszłości częścią dumnej wieży, przymknął oczy i słuchał ciszy. Nie byłby w stanie powiedzieć, ile czasu minęło, zanim z medytacji nie wyrwał go ledwie wyczuwalny dotyk dłoni. Powolny, ostrożny, szukający... Badający zakamarki jego płaszcza w poszukiwaniu sakiewki lub innych kosztowności. Drobne palce poruszały się zręcznie. Kogo mogło przynieść pomiędzy zasypane śniegiem ruiny wieży, oddalone od traktów przemierzanych przez wędrowców? Goblin? Nie, skrzeczące potworki robiły więcej hałasu niż horda zarzynanych orków, tymczasem za jego plecami przez cały czas panowała idealna cisza. Wsłuchiwał się w nią z uwagą, tak że słyszał szelest padających z nieba płatków, ale istota, która była tu z nim, zdawała się nawet nie oddychać. Nie dając poznać po sobie, że zdaje sobie sprawę z wędrówki obcej dłoni po swoich kieszeniach, z wciąż przymkniętymi oczami, obliczył w myślach prawdopodobne ułożenie ciała tajemniczego złodzieja. Gdy był już pewien, że się nie omyli, jednym szybkim ruchem sięgnął do obcego przegubu, jednocześnie wysuwając z pochwy klingę sztyletu. Przez ułamek sekundy zaskoczyła go wiotkość schwyconego nadgarstka. Ludzki wyrostek? Cóż by na tym odludziu robiło młodziutkie chłopię? Moment później stał już naprzeciw obcego, odginając mu głowę w tył ostrzem przyciśniętym do tętnicy szyjnej. Dopiero teraz przyjrzał się temu, kto niefortunnie upatrzył sobie go na ofiarę. Jeden rzut oka wystarczył, by rozwiązać zagadkę. Złodziejaszek nie był goblinem, ani człowiekiem, ani nawet chłopięciem. Przed Sidrachtą, na odległość jego uzbrojonego ramienia, stała ubrana w skórzane spodnie i kurtkę młoda Drowka. Kaptur, okolony futrem białego lisa, zsunął się z jej głowy przy szarpnięciu, uwalniając niesforną grzywę czarnych włosów, które teraz prostymi promieniami rozsypały się wokół szczupłej twarzy. Chłodno pomyślał, że nie miałby nawet okazji tego zauważyć, gdyby spotkali się w innym miejscu. Wówczas dziewczyna leżałaby już dawno z poderżniętym gardłem. Teraz jednak wciąż pozostawał pod urokiem dostojnego Amon Sul. -Co tu robisz?-spytał, burząc ciszę, która towarzyszyła ich krótkiemu starciu. By zasugerować nie zwlekanie z odpowiedzią, docisnął sztylet do jej skóry. -Nie widzisz? Kradnę!-syknęła arogancko, a jej oczy cisnęły w jego kierunku błyskawice. Ignorując wrogość, która pobrzmiewała w jej głosie, obrzucił spojrzeniem odkrytą szyję nieznajomej. Dostrzegłszy misterny łańcuszek, podważył go końcówką ostrza, tak że spomiędzy futra wykańczającego kurtkę wysunął się okazały, drobno rzeźbiony wisiorek w kształcie półksiężyca. Drow mimowolnie gwizdnął z uznaniem - ozdoba w całości wykonana została z mithrilu, kruszcu uznawanego za najrzadszy skarb Gór Mglistych. -Kradniesz?-powtórzył, kołysząc wisiorek na brzegu klingi. Przez chwilę po jego twarzy przemknął pogardliwy uśmiech-I może jeszcze powiesz, że jesteś głodna, co? -Nie jestem.-odparła z godnością, której nie spodziewałby się po osobie w jej sytuacji. Czy ta głupia dziewczyna nie rozumie, że tylko jedno z nich opuści dzisiaj ruiny Amon Sul?-Nie jestem głodna. To gra. Chcę ryzyka, adrenaliny. Sprawdzam się. Tym razem naprawdę go zaintrygowała, tym bardziej że jej słowa zdawały się czymś więcej niż tylko dodawaniem sobie kurażu. W jej oczach, żółtych niczym rozgrzane serce płomienia, nie widział strachu przed śmiercią, której musiała oczekiwać. Patrzyła hardo, butnie krzyżowała z nim spojrzenie, jakby rzucając mu jeszcze wyzwanie. I to w chwili, gdy jego sztylet tańczył tuż nad jej tętnicą! Jedyną oznaką napięcia był przyspieszony oddech, poruszający skrzydełkami jej drobnego, zadartego nosa. Lekką bladość policzków tłumaczyła raczej mroźna aura. Gdy tak szukał w jej twarzy jakichś śladów podenerwowania, które świadczyłyby o blefie, jego uwagę przykuł dziwny wzór na skórze pod lewą skronią. Zmusił dziewczynę do uniesienia głowy, przyciskając ostrze sztyletu pod żuchwą. Nie spodobało jej się to. -Trzeba było poprosić.-burknęła, ale lodowate zimno klingi kazało jej się podporządkować. Zignorował mruknięcie, pochłonięty analizą rysunku. Ciemny policzek naznaczony był wzorem jakby gwiazdy o czterech ramionach, zakrzywionych na końcach niczym skrzydła dziecinnego wiatraczka. -Co to?-zainteresował się. Dziewczyna spojrzała na niego zmrużonymi oczami, w których złote skry na obwodzie źrenicy zdawały się pochłaniać ciepły brąz tęczówek. -Znamię, którym bogobojni, cnotliwi i praworządni naznaczyli pośród siebie cuchnącego Drowa. Wystarczy? -Tak. Aż nadto.-cofnął się o pół kroku, trzymając ją nadal w szachu przy pomocy sztyletu. Zaczynały mu już marznąć palce, zaciśnięte na rogowej rękojeści. Wciąż jednak coś powstrzymywało go przed zakończeniem tego spotkania i życia Upadłej Elfki stojącej przed nim. Jej aksamitnie czarne włosy opadły na ramiona, zbyt przemoczone śniegiem, by igrać z wiatrem. Oczy nie były wcale żółte, jak mu się zrazu wydawało, lecz barwy kasztanów, ze słoneczną obręczą wokół źrenicy. Nadal nie widział w nich ani śladu lęku i musiał przyznać przed sobą, że robiło to na nim wrażenie. Stalowe nerwy przeciwnika to być może najsilniejszy oręż. Białe płatki osiadały na jej uniesionej ostrzem twarzy. Rozpuszczały się szybko i przypominały odrobinę łzy, gdy spływały w dół ciemnych policzków. Sidrachta aż uśmiechnął się do tego skojarzenia - ta mała na pewno nie była beksą! -Nie boisz się?-spytał nieoczekiwanie ciepłym głosem-Czy nie zdajesz sobie sprawy, że twoja krew pozostanie dzisiaj na śniegu pokrywającym Amon Sul? -Postawiłam wiele na złą kartę. Podjęłam ryzyko i przegrałam.-wzruszyła ramionami- Mój strach nic już nie zmieni, a sprawiłby ci satysfakcję, którą nie chcę cię obdarowywać. -Więc nawet nie przymkniesz powiek przed śmiercią? -Jeśli masz być ostatnim widokiem w moim życiu, to chcę ci się dobrze przyjrzeć.-rzeczywiście niemal prześwietlała go jasnym wzrokiem, po czym dodała z uśmiechem-Nawet całkiem przyjemny obrazek zabiorę ze sobą. Cieszę się wobec tego, że nie ginę z ręki orka o pół-zgniłej gębie! Drow parsknął krótkim śmiechem. Naprawdę trudno było mu nie okazać podziwu dla opanowania tej młodziutkiej dziewczyny. Odjął ostrze od jej szyi i wsunął sztylet do skórzanej pochwy przy biodrze. -Ta gra jeszcze się dla ciebie nie skończyła.-rzucił w odpowiedzi na jej zdumione spojrzenie-Odejdź i żyj dalej, Drowko. Idź już, daj mi się napawać ciszą Amon Sul i moją własną dobrodusznością. Zaskoczona, zrobiła kilka kroków, rzucając za siebie podejrzliwe spojrzenia w oczekiwaniu zasadzki. Sidrachta usiadł jednak na powrót na kamieniu -Nie obawiaj się, nie zwykłem wbijać nikomu ostrza w plecy. Ale pamiętaj, jeśli chcesz dalej prowadzić swoją ryzykowną grę - nie trać czujności. Nigdy! - Nie stracę...-jej słowa były jak tchnienie wiatru. Odeszła, nie zwlekając. ...Tak, pamiętał jej twarz. Ponad rok temu pożegnał ją słowami, którymi ona dzisiaj się przywitała. Westchnął, opierając łokcie o balustradę mostku -Nikt jeszcze nie nauczył cię pokory?-spytał zmęczonym głosem. -Jak widzisz, nadal żyję.-uśmiechnęła się, przekrzywiając zadziornie głowę.-Widać zwyciężam w swoich ryzykownych grach. Oparła się o mostek, stając blisko niego. Zignorował tę próbę zmniejszenia dystansu, choć w pierwszej chwili miał zamiar się odsunąć. -Czego chcesz?-miał nadzieję szybko pozbyć się niechcianej rozmówczyni -Chciałam cię jeszcze raz zobaczyć-odpowiedziała po prostu. Opuściła głowę, wpatrując się w grę kolorów na błyszczącej powierzchni strumienia. Czarna grzywka opadła swobodnie na czoło-Po naszym spotkaniu, kiedy dotarłam do Minas Tirith, popytałam trochę o Drowa-samotnika, w płaszczu o barwie nocnego nieba, o spojrzeniu niczym studnia bez dna. Niektórzy mówili, że lepiej w ogóle nie wspominać tego, o którego pytam. Sidrachta z Isengardu... Wypowiedziała jego imię z namaszczeniem, wypuściła z tchnieniem spomiędzy lekko uśmiechniętych warg. Uniosła głowę do słońca, jakby w rozmarzeniu. Złote promienie roziskrzyły podobny sobie blask na jej tęczówkach. -Sidrachta z Isengardu, szeptali w przestrachu, ten, któremu obce są i ludzkie, i elfie uczucia. Noszący w swoim klanie przydomek Maga Śmierci. Wiedziałeś, że w karczmach prześcigają się w opowieściach o twoim okrucieństwie?-przechyliła się znowu przez balustradę, zamachała stopą w ciężkim, brązowym bucie-Wszystkie są prawdziwe? -Pewnie nie wszystkie.-uśmiechnął się pod nosem. Ta Drowka go autentycznie bawiła. -Słyszałam też, że wszyscy, którzy mogą mi powiedzieć coś bliższego, dawno gryzą ziemię. Że ten, który napotka twoje spojrzenie, musi zginąć.-zrobiła krótką pauzę-Przyszłam spytać, dlaczego ja wobec tego żyję? -Niedopatrzenie. Błąd w sztuce.-spojrzał na dziewczynę i uśmiechnął się, rozbawiony-Mam go naprawić? -Dziękuję, nie trzeba.-założyła ręce za głowę, popatrzyła na chmury- Przejdziesz się ze mną na Arenę Walk? Zaskoczony nagłą zmianą tematyki rozmowy, nie odpowiedział od razu. -Po co?-spytał w końcu, raczej niemądrze. Na Arenie rozgrywały się widowiskowe walki - pomiędzy wojownikami, którzy mieli życzenie się zmierzyć, lub treningi z potworami. Dziewczyna również zdawała się raczej zdziwiona pytaniem. Po chwili milczenia parsknęła krótkim śmiechem -Jak to "po co"? Pójdziemy nakopać jakimś brzydkim stworom. Wiem, że treningi należą do twoich ulubionych rozrywek. Strażnik Areny pierwszy powiedział mi, kim jest ten, którego szukam. Poza tym-zawiesiła na chwilę głos, odwróciła się do niego bokiem i spojrzała z ukosa, figlarnie-nie widziałam jeszcze zdolnego maga w akcji. Większość tych, z którymi się spotkałam, przegrała w grze. Jesteś magiem, znanym z umiejętności. Pokaż mi waszą sztukę! Ruszyła alejką prowadzącą na pagórki wokół białego miasta , odwracając się znacząco. Nie zwalniała jednak kroku, dając mu do zrozumienia, że wybór pozostawia w jego rękach. Gdyby naciskała, prawdopodobnie uparłby się przy swoim. Jako, że rzuciła tylko luźną propozycję... poszedł za nią. Właściwie i tak nie miał nic ciekawszego w planach. Dość szybko wyrównał z nią krok. Pod budynkiem z szarego kamienia stanęli razem. Arena Walk. Miejsce dla tych, którzy kpią sobie ze śmierci w żywe oczy. Tu nie walczyło się do pierwszej, lecz zawsze do ostatniej kropli krwi. Rdzawo - żółty piasek pokrywający dno areny czuł na sobie niejedno ostatnie tchnienie - ludzkie, elfie, krasnoludzkie czy przedstawicieli mieszańców. W obliczu kresu dni, nagle wszyscy oni stawali się podobni. Dziewczyna poszła przodem. Krokiem osoby znającej dobrze to miejsce podeszła do strażnika. Sidrachta podążył za nią, obserwując, jak rozwiną się wydarzenia. -Witaj.-odezwała się swoim mocnym, niskim głosem. Jakże inaczej brzmiał stłumiony przez wysokie kamienne mury-Chcę trenować z potworami. Wystaw dla mnie czterech Uruk-hai. To oświadczenie wywołało konsternację, zarówno ze strony strażnika, jak i jej milczącego towarzysza. -Nie wyglądasz na doświadczoną wojowniczkę, pani.-zająknął się strażnik-Czy nie lepiej będzie wybrać słabsze kreatury? Uruk-hai to nie przelewki! -Wyglądać inaczej nie zamierzam.-jej głos rozległ się tym razem donośnie, jakby wołała, stojąc na górskim stoku-Ale, jeśli obawiasz się o moje bezpieczeństwo, wiedz, że mam…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%