Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 15 min czytania

Dwór Starzyńskich

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dwór przypominał opuszczone zamczyska z tych nocnych seansów, gdy zaczytany w powieści grozy z naciągniętą na grzbiet kołdrą i snopem światła sączącym się z latarki, spędzał całe noce. Ściany wyglądały jak zepsuty ser – tysiące dziur i zielona narośl na każdym centymetrze. Chrobotliwe deski pod nogami uginające się pod ciężarem ciał sprawiały wrażenie rzuconych na poprzeczne belki, bez większego ładu. Aby przejść z jednego pokoju do drugiego trzeba się było nieźle namęczyć, stawiając ostrożnie stopy i łapiąc równowagę uderzając wyciągniętymi rękoma w powietrze. Chłód wślizgiwał się pod koszule i kurtki, powodując szczękanie zębów i drżenie kończyn. Robert pomyślał, że mógł się ubrać cieplej, ale odrzucił tę myśl na wspomnienie, że gdyby matka go zobaczyła na pewno zaczęłaby coś podejrzewać. Przecież Robert nigdy się jej nie słuchał. A co powiedziałby później kolegom? To miała być wyprawa ich życia, pamiętne doświadczenie, które miało ich związać na lata. Jeśli jego matka by coś zwęszyła od razu sięgnęłaby za telefon i zadzwoniła do matek pozostałych. Z pewnością przypłaci to przeziębieniem. Ale podniecenie było silniejsze i popychało go do nieznanego. Tym nieznanym był rzekomy duch panujący w opuszczonym starym dworze. Z mebli wypełniających wnętrze pomieszczenia już niewiele zostało. Ledwie zachowane kształty, wypłowiałe kolory, uszczerbione kanty powierzchni – czysty dorobek ducha, przyznał niemo Hubert, przeciągając palcem po stoliku, który chwilę później runął zginając swoje zwilgotniałe nogi w pół. Wszyscy trzej cofnęli się o krok w przerażeniu. - Ciiiii! – Karol rzucił gniewne spojrzenie w stronę Huberta i przyłożył wskazujący palec do ust. Karol był najbardziej opanowanym i inteligentnym z nich. Nie dość, że miał najlepsze oceny i był pupilkiem nauczycieli w szkole, to jeszcze brał dodatkowe lekcje nauki gry na fortepianie, przez co Hubert i Robert nierzadko naśmiewali się z niego, przedrzeźniająco postukując w powietrzu palcami oraz zamykając przy tym oczy. Ale Karola to nie wzruszało. Sceptycznie odnosił się do każdego, ale nie drwiąco. Razem – we trójkę – tworzyli zespół, uzupełniający swoje własne luki, niedociągnięcia. Teraz, po latach, Robert mógł śmiało stwierdzić, że Karol był również najodważniejszy, bowiem to, co zrobił tego pamiętnego dnia pozostawiło to ckliwe coś w jego wnętrzu. Coś, co nie pozwalało o sobie zapomnieć, a na pewno przywoływało mu obraz z 14 listopada 1984 roku. Hubert ze zdenerwowania naciągał rękawy swojej przydługiej kraciastej koszuli i rozglądał się pustymi oczami dookoła, pilnując by nie oddalać się od kroczącego przed nim Roberta. Próbował zachować odległość mniej więcej na wyciągnięcie ręki, tak by nie ograniczać Roberta w ewentualnej ucieczce, co do której Hubert nie miał wątpliwości. Od samego początku nie podobał mu się ten pomysł „wycieczki” do nawiedzonego dworu. Byli teraz prawdopodobnie w salonie. Obfitym i przepysznym pomieszczeniu z ledwie trzymającym się żyrandolem pełnym pokruszonych świec. Słońce sączyło się skromnie przez podziurawiony jak sito dach. Wokół, tuż przy złączeniu ścian z resztkami podłogi, a także miejscami w ziemistych przerwach między klepkami, wyrastały dzikie kwiaty, chwasty, pokrzywy (to te, których Hubert tak bardzo nie lubił, odkąd wpakował się w nie w ogródku pana Trackiego, tylko po to, aby wyciągnąć piłkę) i najzwyklejsza trawa. Szli gęsiego, trzymając się kurczowo, jeden drugiego, koszuli kolegi z przodu. - Ja tu żadnego ducha nie widzę – odezwał się szeptem Robert, bardziej bojąc się spojrzenia Karola, niż samej strzygi. - Głupku, przecież duchy są niewidzialne. Nie możesz ich zobaczyć – ze szczerym zażenowaniem odezwał się Hubert, ściskając co raz mocniej spód koszuli Roberta. - Wiem. Ale chodziło mi o to, że chyba w ogóle ich tutaj nie ma – dodał, poklepawszy Karola w ramię – prawda? Karol wiedział, że Robert oczekuje odpowiedzi, by tylko uciec z tego strasznego dworu. Jednak Karol miał inne plany. Ten dwór roztaczał dziwną aurę. Przyciągał go silniej niż zapach świeżo upieczonego ciasta marchewkowego mamusi. Skoro już tutaj był chciał zgłębić tę tajemnicę, poznać nieznane i wreszcie powiedzieć swojemu starszemu bratu, że jego bzdurne opowiastki o duchach w posiadłości Starzyńskich są wyssane z palca, a on sam przekonał się o tym na własnej skórze. Tak. To będzie wyczyn. - Nie wiem. Może są, może ich nie ma. W każdym bądź razie – chcę się przekonać. – Ostatnie zdanie wypowiedział z wyrafinowaniem, sylabizując słowo po słowie. Niemal z nabożną ostrożnością stawiali kolejne kroki. Milczący teraz korowód dwóch bojaźliwych duszyczek za Karolem nie odstępował go. Wreszcie, minąwszy salon, stanęli pod wielkimi hebanowymi drzwiami z wyciosanym wzorowanym herbem rodziny Starzyńskich. Karol wyciągnął rękę, aby uchwycić klamkę. Gdy zacisnął dłoń okazało się, że jej nie było. Przepuścił jedynie powietrze między palcami. Mógłby przysiąc, że ona tu była, podyktował w myślach. - Co się stało, Karol? – Robert wychynął zza jego ramienia. - Nic – odparł spokojnie z udawanym uśmieszkiem – masz scyzoryk? - Pewnie. Wyciągnął z kieszeni ciężki, srebrzysty scyzoryk i podał go Karolowi. - Tylko pamiętaj, to prezent od mojego dziadka – jęknął z troską w głosie. - Spokojnie. Ale Robert wcale nie był spokojny. Chwilę później po ciężkiej bitwie z zamkiem bez klamki Karol zwrócił sprzęt jego właścicielowi. Wystarczyło przekręcić zasuwkę, pociągając za odpowiedni bolec, oparty na sprężynie. Bułka z masłem, jakby to powiedział jego tata. Pchnięte lekko drzwi ustąpiły z piskiem tak przeraźliwym, że Robert poczuł wrzynające się w jego ciało szwy koszuli trzymanej z tyłu przez przerażonego Huberta. Tuż za kolosalnymi drzwiami rozciągały się szerokie schody, prowadzące na górę. Robertowi skojarzyły się one ze schodami na wierzy, z tych opowiastek, którymi często raczył ich brat Karola. Nie podzielił się jednak tym spostrzeżeniem z dwojgiem przyjaciół. Lepiej nie przypominać im o tych historiach, wystarczy nam ten straszny dwór, pomyślał rozsądnie. Po dłuższym momencie, w którym dokładnie zdążyli się przyjrzeć ścieżce prowadzącej na piętro, ruszyli niepewnie. Szczękanie znów się rozległo. - Hubert! – syknął Karol, oglądając się na skulonego chłopca. - Przepraszam. Nie mogę nad tym zapanować – przyznał szczerze. - Jak nie przestaniesz… to ci zwiążę tę twarz! Jeszcze kilka sekund Hubert walczył z mimowolnym odruchem postukiwania zębami, aż wreszcie wróciły mu władze nad własnym ciałem. Mogli iść dalej. - Tylko uważajcie… - Na co? Karol i Robert spotkali się wzrokiem. W ich wzajemnym niemym i głuchym telepatycznym języku można było wyczytać wszystko. Strach, ból, chłód, podniecenie. Nie padło już ani jedno słowo. Spróchniałe dechy marnej konstrukcji schodów zdawały się być bardziej przerażone niż ich użytkownicy. Jęczały, stękały, a niekiedy nawet uciekały, zapadając się pod następnym krokiem. Robert kurczowo trzymał się nieheblowanej poręczy, podnosząc dłoń co jakiś czas w obawie przed drzazgą. Widocznie poręcz musiała być tu przymocowana po śmierci właścicieli, skoro nawet nikomu nie przyszło do głowy, aby uczynić trochę bardziej wygodnym i przejechać heblarką te kilka metrów drewna. Ten pomysł Robertowi wydał się niedorzeczny. Hubert stawiał stopy mniej więcej tam, gdzie poprzednio pojawiały się odciski butów Roberta. Nie było to trudne, ponieważ warstwa kurzy okazała się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dwór Starzyńskich — czytnik · opowiadania