Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 25 min czytania

Dwudziesty trzeci

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ryk karabinów rozrywa mi głowę. Ściskam broń tak mocno, że aż bieleją kłykcie. Wciągam powietrze. Gryzący dym wżera się w gardło i przedostaje do płuc. Pali żywym ogniem. Zupełny chaos. Nie mam pojęcia, do czego strzelam, dopóki z mroku nie wyłonią się stalowe sylwetki. Karmazynowe oczy ich kamer błyszczą złowróżbnie i beznamiętnie. Spoglądam na licznik amunicji. Cyfry lecą w dół niczym w urwanej kabinie windy. Podnoszę głowę. Stalowe kształty są coraz bliżej. Czuć od nich maszynowy chłód. Słychać powarkiwania silników. Cofam się. Ziemia jest miękka, ale to nie błoto. Ziemia usłana jest setkami ciał. Porozrywanych. Zmasakrowanych. Przesiąkniętych krwią. Przy każdym kroku słyszę wilgotny, ssący odgłos. Maszyny osaczają mnie. Są na wyciągnięcie ręki. A ja strzelam. Strzelam, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Coś uderza w mój but. Jeszcze raz. Przez huk kanonady przedziera się do mnie dźwięk mojego imienia. Łukasz. Łukasz. Ł u k a s z. Otwieram oczy, gwałtownie podnosząc głowę. Siedzę na brudnym kamieniu. Wokół błoto i wilgoć. W ramionach tulę karabin. Nade mną pochyla się młody chłopak w mundurze. Kopie mnie w nogę i powtarza moje imię. — Łukasz! Wstawaj! Spoglądam na niego. Mój wyraz twarzy jest chyba na tyle przytomny, że chłopak kontynuuje: — Dowództwo cię wzywa. Masz iść do bunkra. Rozglądam się niepewnie. Sprawdzam czy w pobliżu nie ma innych żołnierzy, których obecność wskazywałaby na to, że chłopak mnie podpuszcza. Chociaż ostatnio jakoś nikt nie robi sobie ze mnie żartów. — Dowództwo? — pytam z niedowierzaniem. — Po co? Chłopak wzrusza ramionami. — Masz się zgłosić do sierżanta. — palcem wskazuje mi drogę, którą mam iść. Podnoszę leżący obok hełm i wstaję. Karabin zarzucam na ramię. — Gdzie jest sierżant? — pytam. — Na Drugiej Linii. Ruszam przed siebie. Jeszcze na moment odwracam się, by zobaczyć, co robi chłopak. Zajął moje miejsce na kamieniu. Teraz on będzie śnił o maszynach. Tomek. Tak ma na imię. Przenieśli go tu sześć dni temu. A to znaczy, że chłopak ma szczęście. Sześć dni. Mało który tyle wytrzymuje. Trzecia Linia okopów służy do odpoczynku. Żeby raz na jakiś czas każdy mógł zaznać kilku godzin niespokojnego snu. Okopy są głębokie na dwa metry. Ponad ich linią jeszcze metr betonowego zbrojenia, uzupełnianego workami z piaskiem w miejscach, które przebiły pociski rakietowe. Idąc miękką, błotnistą drogą, mijam drzemiących towarzyszy broni. Większości twarzy w ogóle nie rozpoznaję. Tutaj wszystko szybko się zmienia. Zwłaszcza ludzie. Niemal codziennie przyjeżdżają transporty, z rekrutami. Trzy tygodnie szkolenia i do okopu. Większość nie wytrzymuje czterdziestu ośmiu godzin. Na szkoleniu uczą tylko strzelania i kopania dołów. Rekruci nie rozróżniają, jaki dźwięk wydaje lecący granat, a jaki pocisk rakietowy. Nie wiedzą jak się chować przed spadającymi bombami. Jesteśmy wszyscy głupi i niedouczeni. Skręcam w prawo i tunelem łączącym idę do Drugiej Linii okopów. Z naprzeciwka sunie wolno Jarek. Mundur ma cały poplamiony krwią. Głowę oplata mu czarny bandaż. Z białych zrezygnowano. Za bardzo rzucały się w oczy. Jarek ma ponurą minę. Podczas nocnych walk zginęło kilku naszych kumpli. Na mój widok uśmiecha się smętnie. — Jak się czujesz? — pytam. Dostał odłamkiem podczas walki. Stracił dużo krwi. — Bauer powiedział, że to nic poważnego. Po prostu głębokie rozcięcie. Nawet nie doszło do czaszki. — Masz szczęście. — Ano. — spogląda na zegarek. — Nie powinieneś jeszcze spać? Myślałem, że masz jeszcze godzinę wolnego. — Też tak myślałem. Mam się zgłosić do sierżanta. Podobno dowództwo mnie wzywa. — Po cholerę? Odpowiadam tak, jak Tomek, gdy ja zapytałem. Jarek klepie mnie po ramieniu. — Powodzenia. Nie daj się w nic wrobić. — Jasne. — uśmiecham się. Jarek odchodzi. Wchodzę do Drugiej Linii. Tutaj ludzi jest znacznie więcej. Ludzi... Nie, nie ludzi. Zombie w mundurach. Skrajnie wyczerpanych, przerażonych. Pozbawionych nadziei. Spoglądam w blade twarze, przekrwione oczy. Siedzą skuleni pod ścianami. Przemarznięci. Niektórzy siedzą ściśnięci w grupkach, by było im choć trochę cieplej. Mija mnie jakiś żołnierz. Zatrzymuję go. — Szukam sierżanta. Wiesz gdzie jest? — Was? Ich verstehe es nich. — Where is your sergeant? Wskazuje ręką kierunek. Są tu Niemcy, Francuzi, Polacy, kilku Anglików. Wczoraj widziałem dwóch Czechów, ale nie wiem czy przeżyli noc. Najłatwiej dogadać się po angielsku, ale nie każdy rozumie. Znajduję sierżanta w chwili, gdy rozdziela obowiązki. Trzeba wzmocnić Pierwszą Linię i zastąpić poległych na ich stanowiskach. Stojący wokół żołnierze kiwają głowami posłusznie, ale bez przekonania. Czekam aż się rozejdą i podchodzę. Mamy zakaz salutowania, więc od razu przechodzę do rzeczy. — Sir, did you call for me, sir? — Private Maruga? Potwierdzam skinieniem. — HQ wants to see you, so let’s go. Ruszam za nim. Mijamy grupkę żołnierzy idących z łopatami. — The new ones. — wyjaśnia — They’ve just arrived. They are going to dig new graves. Nowi zawsze kopią groby. Ja też kopałem. Chyba chcą nas w ten sposób bardziej zachęcić do zachowania życia i do walki. Idziemy w milczeniu dłuższą chwilę. Skręcamy w lewo. To przejście nie prowadzi do Trzeciej Linii. Trzecia nie sięga tak daleko. Tunel jest wąski i prowadzi łagodnie w dół. Prosto do stalowych drzwi bunkra. Sierżant uderza w nie trzy razy. Drzwi otwierają się. Wchodzimy do środka. Wąski korytarz ma dwie odnogi prowadzące do stanowisk ogniowych. Sierżant wiedzie mnie do małej sali. Jest tam metalowy stół, kilka krzeseł. Pod ścianą stoją stalowe skrzynie z bronią, taśmy z amunicją. Z tyłu, pod ścianą, drabinka prowadząca do stanowisk obrony przeciwlotniczej i pancerna szafa. Na metalowym stole trzy notebooki i trójwymiarowa mapa terenu. Przy komputerach kilku młodszych oficerów i jeden, jedyny tutaj, major. Nasz dowódca. Sierżant po niemiecku powiadamia o moim przybyciu. Major odrywa wzrok od ekranu komputera. Przygląda mi się uważnie. — To wy jesteście Lukas Maruga? — major jest Niemcem, ale jego polski jest całkiem niezły. — Tak, panie majorze. — Słyszałem, że wykazaliście się w nocy dużą odwagą. Podobno wciągnęliście Pająka na pole minowe. — Tak, panie majorze. Patrzy na mnie uważnie. Być może zaskoczył go mój beznamiętny ton, gdy przyznawałem się do mojego „bohaterstwa”. — Nie jesteście z siebie dumni? Wzruszam ramionami. — To był przypadek, panie majorze. Gdy kontratak się załamał wycofałem się na pole minowe, bo wiem, jak przez nie przebiec. — Skąd to wiecie? — Kładłem te miny, panie majorze. Dowódca marszczy brwi. — Jak długo tu jesteście? {i}Dobre pytanie... {/i} Spoglądam w sufit i zaczynam liczyć w myślach. — Dwadzieścia dwa dni, panie majorze. W bunkrze nagle zatrzymuje się czas. Twarze wszystkich obecnych zwracają się w moją stronę. — Dwadzieścia dwa dni? — Tak, panie majorze. Odwraca się i sięga do szafy. Przerzuca jakieś papiery. — Niesamowite... — major obchodzi stół. Przysiada na blacie. — Miałem was odznaczyć. — mówi spokojnie. — Ale zmieniłem zdanie. Awansuje was. Ostrzeżenie Jarka wraca do mnie z miażdżącą siłą. {i}No to się wpakowałem... {/i} — Mianowałem dziś pięciu kaprali. — kontynuuje dowódca. — Wy jesteście szeregowym, ale jednego mi brakuje. Więc to wy dostaniecie awans. — Dziękuję, panie majorze. — Myślicie, że uda wam się powtórzyć ten wyczyn z wczorajszej nocy? — Panie majorze... Tak jak mówiłem... to był przypadek. — Więc zróbcie wszystko, żeby się powtórzył. — spojrzał na mnie krytycznie. — To wszystko. Odmaszerować. Kiwam głową i odwracam się. Ruszam do wyjścia. Zatrzymuję się dopiero przed wejściem do bunkra. Z nieba sączy się deszcz. {i}Kurwa mać... W co ja się wpakowałem? {/i} Za sobą słyszę kroki. Z bunkra wychodzi sierżant. —You can take five man. — podaje mi kopertę z rozkazami. — Thank you, sergeant. Ruszam z powrotem do Trzeciej Linii. Błotniste dno okopów powoli wypełnia się wodą. Jeśli deszcz nie ustanie, to do wieczora będziemy brodzić po kolana. W Trzeciej Linii żołnierze śpią, chroniąc się przed deszczem pod pałatkami. Znajduję swój plecak tam, gdzie go zostawiłem. Siadam obok Tomka. Zamykam oczy. {i}Więc zróbcie wszystko, żeby się powtórzył. Jasne, kurwa, będę biegał po polu minowym... {/i} — Hej... Łukasz... Śpisz? Głos Tomka drży. Nie wiem, z zimna czy ze strachu. — Nie, nie śpię. — Co chciało dowództwo? — Wpakować mnie w gówno. — I jak? Wyciągam z kieszeni kopertę. Podaję mu. Bierze ją w drżące ręce i wyciąga dokument. Czyta. — O kurwa... — Noo... Mam powtórzyć nocny numer. — Chcą żebyś biegał po polu minowym? — Bądźcie, kurwa, cicho... — To Jarek. Siedzi po drugiej stronie Tomka. — Co ci zrobili, że tak się wydzierasz? — Nic. — odpowiadam mechanicznie. — Zrobili go kapralem. — Współczuję. Uśmiecham się, nie otwierając oczu. Wiedziałem, że tak zareaguje. Właśnie za to go lubię. — Mam wziąć pięciu ludzi i zrobić wszystko, żeby powtórzyć wczorajszy numer. — Na mnie nie licz. — Żartujesz? Wezmę nowych. Was szkoda. Już i tak za długo tu siedzicie. — „Weterani” i tak by się nie zgodzili. — Ja chcę pójść... — Nie rżnij głupa, Tomek. Myślisz, że jak przeżyłeś sześć dni, to jesteś dobry? Wstaję. Zarzucam na ramię plecak. Odchodzę. Idę na Pierwszą Linię. Woda chlupocze przy każdym kroku. Tutaj nikt nie śpi. Wszyscy stoją w pogotowiu, choć maszyny prawie nigdy nie atakują w dzień. Tutaj ściany okopu są wzmocnione stalowymi zbrojeniami. Podchodzę do stanowiska peryskopu. Pokazuję stojącemu przy nim żołnierzowi dokument i każę się odsunąć. Spoglądam przez wyświetlacz. Jak okiem sięgnąć pustkowie. Podziurawione przez bomby, pełne gnijących fragmentów ciał. Wodzę wzrokiem po obszarze pola minowego. Maszyny są inteligentne. Uczą się. Jeśli raz popełnią błąd, nie powtórzą go. Nie ma szansy, żeby Pająk wszedł po raz drugi na pole minowe. Prawdopodobnie wyślą Latawce. Latawce mogą przelecieć ponad polem minowym. Chyba, że... Biorę plecak i idę do bunkra. Po drodze mijam grupkę rekrutów. W dwójkach dźwigają czarne, plastykowe worki. Idą z nimi na cmentarz. Jeden z nich, bez pary, niesie na plecach mniejszy worek. Szczątki. Wrzuci je potem do zbiorowej mogiły. Widzę, jak chłopakiem raz za razem wstrząsają dreszcze. Gdy go mijam, słyszę, jak cicho modli się po francusku. Skąd wiem, że akurat się modli? Bo francuskie przekleństwa znam, a przy takiej robocie albo, klniesz, albo się modlisz. Bunkier. Przedstawiam majorowi mój pomysł. Zgadza się. Wracam do Trzeciej Linii i idę dalej - na cmentarz. Dziesięciu rekrutów pod okiem sierżanta kopie groby. Na razie pozostaną puste. Położą się w nich dopiero jutro. Na horyzoncie widać miasto. Jesteśmy tu, by go bronić. Kiedyś pamiętałem jego nazwę, ale teraz... czy ma to jakieś znaczenie? Z boku stoją Tomek i Jarek. Palą. Podchodzę do nich. Jarek częstuje mnie papierosem. Zapalam. — Co tu robicie? Macie wolne. — Niemieckiego nie znasz, a twój angielski jest do dupy. — wyjaśnia Tomek. — A ty? — pytam Jarka. — Jestem tu prawie tak długo jak ty. Nie będę się tłumaczyć. — rzuca niedopałek w kałużę. — Więc? Jaki jest plan? Streszczam im mój pomysł. — No, to dawaj! Idziemy do tego sierżanta. — Jarek wskazuje pilnującego rekrutów. Podchodzimy. Tomek wyjaśnia, o co chodzi. Niemieckiego nie zna, ale angielski ma świetny. Zdaje się, że studiował filologię. Pokazuję dokument. Sierżant nie ma żadnych obiekcji. — Zapytaj się, który z nich umie po angielsku. — wydaję polecenie Tomkowi. Dziwnie się czuję. Co innego machać papierkiem komuś, kogo widzę pierwszy (i zapewne ostatni) raz w życiu, a co innego rozkazywać kumplowi. Zgłasza się sześciu. Nieźle. Wybieram trzech dobrze zbudowanych. Czeka nas dużo pracy, nie chcę, żeby mi który wysiadł w trakcie. Zabieram ich do Pierwszej Linii, prowadzę do wyjścia na pole minowe. — Na górę. — wskazuję drabinę prowadzącą na pole. Nowi patrzą po sobie. — That’s an order!! Jarek i Tomek uśmiechają się. — Ładnie ci to dowodzenie wychodzi. — Jarek powstrzymuje śmiech. — Gadane już masz jak oficer. Uśmiecham się. — Tomek, powiedz im, że jak będą się zastanawiać, wyniosą ich stąd w workach. Chłopak tłumaczy, dodając, że jestem ich jedyną szansą na przeżycie. Ale bzdura. Jeszcze przez chwilę się wahają i w końcu wychodzą na górę.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dwudziesty trzeci — czytnik · opowiadania