Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 26 min czytania

Dyrandia - rozdział 1.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Sierociniec przy ulicy Karmelowej 12 był starym budynkiem w którym mieszkało siedemnastu chłopców i trzynaście dziewcząt, opiekowały się nimi Pani Barbara, Pani Anna, Pani Katarzyna oraz Pani Luiza. Ta ostatnia była dyrektorką ośrodka jak i zarówno jego wychowankom. Za czasów gdy wychowywała się ona w tym przytułku panował powszechny strach, dzieci były karane za byle co, nie mogły się bawić i opuszczać sierocińca po powrocie ze szkoły. Luiza za swój życiowy cel obrała sobie zmianę tego ośrodka na lepsze, a po pewnym czasie udało zostać jej się jego dyrektorką, wyrzucić stare wychowawczynie, a na ich miejsce zatrudnić kobiety, które będą dbały o dobro wychowanków od tego czasu wszystko się zmieniło w przytułku panowała przyjazna atmosfera dzieci czuły się kochane i szczęśliwe z jednym wyjątkiem. Na drugim piętrze w pokoju opatrzonego białą metalową tabliczką z wygrawerowaną czarną ósemką spał młody chłopak. Pomieszczenie nie było zbyt duże lecz było w nim wszystko czego potrzebował łózko które stało po lewej stronie pokoju przy drzwiach, mała szafka nocna która stała po jego lewej stronie na której była lampka i budzik elektryczny, naprzeciw szafki stałą wyniszczała komoda z niewielką zawartością ubrań, a po jej lewej stronie znajdowało się niewielkie okno. Po lewej stronie pokoju stało stare biurko z krzesłem dosuniętym do niego, a po jego prawej stronie były drzwi do łazienki, którą osobną miał tylko on, ponieważ dostał pokój po jednej z pięciu byłych opiekunek (teraz już są cztery). Śpiący chłopak to Arvid, którego pani Luiza podczas swojego pierwszego dnia jako dyrektorka znalazła płaczącego przed drzwiami sierocińca, dziecko było w niewielkim koszyku z dziwnymi namalowanymi znakami, a przy nim były tylko dwie rzeczy medalion, który był przewieszony przez jego małą główkę oraz kartka z napisem "Ma na imię Arvid, jutro kończy roczek". Arvida obudził dźwięk budzika ustawionego na siódmą rano chłopak otworzył oczy, podniósł się na łóżku, wyłączył budzik i przysiadł na jego skraju przecierając zaspane oczy, wstał z łóżka i poszedł do toalety, stanął nad umywalką odkręcił zimą wodę i przemył nią twarz, następnie spojrzał w swoje odbicie w lustrze na przeciw niego, i wpatrywał się w siebie. Chłopak był bardzo szczupły choć przy tym mocno umięśniony, miał czarne włosy i oczy, jego nos był prosty, średnich rozmiarów. był bardzo przystojny, chodź miał niską samoocenę i nie zdawał sobie z tego sprawy. Młodzieniec opuścił wzrok na wiszący na jego nagim torsie medalion, zawsze gdy na niego patrzył przepełniał go gniew, kojarzył on mu się z rodzicami, którzy go porzucili oraz dziećmi ze szkoły, które często wyśmiewały go za to, że go nosi chodź nie tylko z tego powodu. Arvid mimo wszystko nie rozstawał się z nim na krok, był on dla niego czymś więcej niż tylko medalionem, był jedyną rzeczą jaka do niego należała, był symbolem tego aby nigdy się nie poddawać, że trudna sytuacja w szkole jest niczym w porównaniu z tym, że porzucili go rodzice, że nigdy go nie kochali. Chłopak wyszedł z łazienki i ubrał się w byle jakie ubrania Arvid nigdy nie przywiązywał wagi do swojego wyglądu oraz do rzeczy materialnych przez co często padał ofiarą innych uczniów, którzy wyśmiewali go za wygląd. Młodzieniec zszedł na parter gdzie znajdowała się jadalnia -Dzień dobry Arvid! - krzyknęła Pani Luiza z drugiego końca pomieszczenia, gdy tylko zauważyła chłopaka, wchodzącego do jadalni Luiza była bardzo piękną panną, miała około 25 lat, długie włosy w kolorze ciemnego blondu, mały nos i pociągła twarz i zawsze chodziła w długich sukniach w kwiatowe wzory. -Dzień dobry Arvid - powtórzyła gdy ten przechodził obok niej po śniadanie, nie odpowiadając na jej pierwsze słowa. -Dzień dobry. - mruknął chłopak pod nosem z obojętnym wyrazem twarzy i poszedł po talerz, chleb i jajecznicę. -Jutro ostatni dzień szkoły, uśmiechnij się, wczoraj odebrałam twój dyplom, jak prosiłeś - powiedziała Luiza do Arvida, który usiadł niedaleko niej, po drugiej stronie długiego stołu. Młodzieniec nic nie odpowiedział, a na jego twarzy była jak zawsze obojętność. Arvid nigdy nie chodził na zakończenie roku szkolnego, ponieważ pójście tam oznaczało jeden dzień wysłuchiwania obelg i przemocy fizycznej w jego kierunku, albowiem nad Arvidem znęcali się inni uczniowie, fizycznie jak i psychicznie powodem ich zachowania było jego nietypowe imię, niechlujny sposób ubierania, brak telefonu komórkowego, drogich ubrań czy jakikolwiek inny powód jaki sobie wymyślili. Dla chłopaka szkoła nie była przyjaznym miejscem, była torturami, chodź dzięki temu odkrył, że dzieciaki ze szkoły mają rację i naprawdę jest dziwny, albowiem chłopak gdy po raz pierwszy poszedł do szkoły 6 lat temu, został specjalnie popchnięty przez uczniów; którzy już pierwszego dnia szkoły zaczęli go wyśmiewać, upadł on niefortunnie na rękę z której wydobył się nieprzyjemny dźwięk łamanej kości, dzieci od razu uciekły, a Arvid powoli się podniósł, spojrzał na zwisające przedramię, drugą ręką przycisnął złamaną do klatki piersiowej i puścił się biegiem z ogromnym strachem do sierocińca, gdy do niego dotarł zauważył, że ręka jest już w stu procentach sprawna, gdy się nad tym zastanowił doszedł do wniosku, że nie odczuwał również żadnego bólu i postanowił o tym nikomu nie mówić. Od tego czasu, Arvid zrozumiał, że nie odczuwa bólu tak jak powinien, postanowił, że będzie go udawać, aby nie wzbudzać podejrzeń, wiele razy gdy chłopak udawał ból za słabo, zdarzyło się, że ktoś złamał mu nos lub wybił zęba, lecz wszystkie rany, siniaki, złamania znikały w przeciągu około trzydziestu minut, więc nikt nigdy nie zauważył jak Arvid jest traktowany w szkole. Dla chłopaka to, że ktoś go uderzy, było niczym, lecz wyzwiska, żarty i ciągłe wyśmiewanie, było dla niego istnym koszmarem. Młodzieniec popadł przez to w depresję mimo tego, że zawsze wolał być sam to przez trwające tak długie nękanie, zamknął się w sobie i z nikim nie rozmawiał. Arvid zjadł śniadanie, ubrał stare trampki, przy których podeszwy już się odklejały, a ich kolor już dawno zanikł i wyszedł z ośrodka do szkoły oddalonej o trzydzieści minut drogi piechotą. Pomimo tego, że dziś jest ostatni dzień szkoły ( nie licząc jutrzejszego apelu) . to lekcje odbywały się normalnie, a dziś zaczyna lekcją z Panem Esirpem nauczycielem wychowania fizycznego, był to jedyny znienawidzony nauczyciel przez Arvida, głównie z tego powodu, że jako jedyny z nich naśmiewał się z niego razem z uczniami, czego chłopak zupełnie nie rozumiał, bo przecież jego imię jest tak samo dziwne jak nazwisko Esirpa. Gdy młodzieniec dotarł do do szatni jeszcze nikogo nie było co było dla niego świetną nowiną, mógł się na spokojnie przebrać bez wysłuchiwania obraźliwych słów. Po tym jak się przebrał wszedł na halę i usiadł na trybunie najdalej oddalonej od drzwi. -O pedziu już jest! - powiedział Otyły blondyn, z krótką szyją, dużym nosem i małymi niebieskimi oczkami, który właśnie wchodził z dwójką innych chłopców na halę - chyba spieszy mu się na wciry- znów krzyknął i parsknął śmiechem razem z innymi chłopcami. -Dziwadle odpowiadaj! - krzyknął do niego drugi z chłopców, również otyły, lecz zamiast blond włosów ten miał czarne, a jego twarz przypominały świński ryj. Otyli chłopcy usiedli po obu stronach Arvida, a trzeci z nich, bardzo chudy blondyn o drobnym nosie i dużych jasnobrązowych oczach, stanął nad nim. Arvid wiedział już, że niebawem zaczną go obrażać czy szturchać. -Ostatni dzień szkoły, ostatni dzień szkoły - powtarzał sobie chłopak w myślach gdy tamci zaczęli go obrażać i wyśmiewać - ostatni dzień szko...... - nie zdążył dokończyć myśli, ponieważ chudy chłopak stojący nad nim, chwycił go za głowę i uderzył kolanem prosto w usta. Arvid odruchowo upadł na ziemię i udawał ogromny ból, aby tylko tamci od niego odeszli, gdy trójka chłopców oddaliła się od niego podniósł trochę głowę wciąż leżąc na ziemi i zauważył resztę swojej klasy stojącej przy wejściu na halę i biernie przyglądającej się całej scenie. -Zbiórka! - krzyknął Pan Esirp - Arvid wstawaj! Nie jesteśmy w przedszkolu na leżakowaniu - a reszta klasy wybuchła śmiechem. Chłopak wstał i ustawił się w dwuszeregu z innymi uczniami, tylko on jeden stał sam, na samym końcu, ponieważ w klasie była nieparzysta liczba uczniów, a obok niego stał otyły blondyn. -Kolejno odlicz! - krzyknął nauczyciel stojący naprzeciw nim -Jeden -Dwa -... -Trzydzieści jeden i pół- powiedział Arvid. -Trzydziestu jeden, wszyscy, no proszę, jak chcecie to potraficie, mam nadzieję, że za rok jak pójdziecie do gimnazjum i mnie do was przydzielą, będziecie przychodzić tak jak teraz, a nie tak jak przez cały ten rok tylko po 20 osób na zajęciach. - powiedział oburzony Pan Esirp, a narzekanie na uczniów było jego rytuałem na zbiórce - rozejść się. W tym momencie gdy nauczyciel się odwrócił, a reszta uczniów, zaczynała iść w stronę trybun chłopak stojący koło Arvida, uderzył go w żebra z łokcia chłopak jak zawsze odruchowo upadł na ziemię, a otyły blondyn uśmiechając się spojrzał na niego z góry gdy szedł w stronę trybun. - To nie czas na spanie! - warknął Esirp na leżącego Arvida - wstawaj ale już, na trybuny, biegiem! Wszyscy uczniowie czekali rozmawiając na trybunach co jakiś czas można było usłyszeć co głośniejsze słowa -Dziwak!- krzyknął, ktoś z tłumu -Dziiiiwadłoooo - krzyknął ktoś inny Arvid nigdy nie płakał z tego powodu lecz było mu na prawdę przykro i smutno, że nikt nigdy nawet nie chciał go poznać. -Sprawdzicie się na koniec roku szkolnego, każdy z was raz rzuci piłką lekarska - powiedział do klasy nauczyciel, który właśnie szedł w ich stronę, a z trybun dało się usłyszeć wyraźne jęczenie - a jak się szybko uwiniecie to zagracie w piłkę - a klasa jakby nagle ożyła. -Tomasz ty pierwszy, chwyć początek miary i idź na drugi koniec - powiedział Esirp, a chudy blondyn wstał z trybun i ruszył w jego stronę. - możesz rzucać - powiedział nauczyciel, gdy rozwinęli miarę, a Tomek ustawił się na jej początku. -Dziwadło, oby zdechł - powiedziała ładna, szczupła blondynka o długich włosach, niebieskich oczach i małym nosem, a była to dziewczyna, która od bardzo dawna podobała się Arvidowi. Chłopak poczuł, ogromny gniew i smutek był to dla niego duży cios mimo, że ta dziewczyna wyśmiewała go już wcześniej to nigdy nie życzyła mu śmierci. Tomek wziął mocny zamach i rzucił, piłka wylądowała mniej więcej na jednej siódmej długości miary, nikt z trybun się nie zaśmiał ani tego nie skomentował pomimo tego, że wynik był bardzo słaby. - Siedem i pół metra - powiedział nauczyciel - siadaj, teraz ty Ardziwakvid to znaczy Arvid - a klasa wybuchła śmiechem. Arvid wstał i ruszył w stronę miejsce, w którym stał przed chwilą inny chłopak, widział z naprzeciwka idącego na trybuny Tomka, który uśmiechał się nieżyczliwie do niego. -Twoi starzy Cię nie chcieli, bo wiedzieli, że będziesz zerem, przez całe życie - powiedział chłopak do Arvida gdy go miał. W Arvidzie zapłonął olbrzymi gniew, gniew, którego jeszcze nigdy wcześniej nie czuł, za dużo rzeczy nałożyło się na siebie dziewczyna, która mu się podobała przed chwilą życzyła mu śmierci, nauczyciel przed chwilą go wyśmiał przed całą klasą i jeszcze Tomek, który powiedział o najgorszej rzeczy jaka spotkała Arvida i jeszcze zarzucił mu, że to z jego winy, rodzice go porzucili. Młodzieniec podniósł piłkę, wziął ogromny zamach i dał upust swojej złości ciskając ją z całych sił przed siebie, piłka jak błyskawica, przecięła całą halę i z ogromnym hukiem roztrzaskała się o oddalonej o pięćdziesiąt metrów ścianie. Chłopak wiedział, że stać go na więcej dlatego nigdy nie pokazał pełni swoich możliwości, ale nie spodziewał się czegoś takiego. Arvid nigdy nie pokazywał swoich fizycznych zdolności, ponieważ obawiał się, że wtedy jeszcze więcej ludzi i jeszcze częściej będzie się z niego naśmiewać. Młodzieniec oddychał bardzo głęboko i głośno, wpatrując się w nauczyciela. -Posprzątaj to - powiedział Esirp - ty nie grasz dziś w piłkę. Gdy chłopak skończył sprzątać, a reszta grała wtedy w piłkę, usiadł na trybunach i marzył o tym aby znaleźć się już w sierocińcu. Reszta dnia minęła jak zawsze Arvid był popychany i wyzywany lecz nikt po wydarzeniu na hali nie odważył się go już uderzyć. Po lekcjach Arvid udał się w kierunku sierocińca, lecz gdy do niego dotarł nie zatrzymał się, nie zwolnił po prostu szedł dalej. Chłopak dotarł do pobliskiego lasu gdzie spędzał całe dnie podczas wakacji, a podczas roku szkolnego przychodził tu po lekcjach, aby rozładować gniew poprzez bieganie, pompki lub inny wysiłek fizyczny czy jego ulubione wdrapywanie się na najwyższe drzewa i skakanie z nich na sam dół z początku Arvid łamał sobie nogi i kręgosłup, lecz to go nigdy nie zniechęcało albowiem te kilka sekund gdy szybował w powietrzu, te kilka sekund gdy znikały wszystkie problemy i troski były dla niego czymś bardzo specjalnym,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%