Dla dzieci · 34 min czytania
Dyskusja na temat szkoły marzeń
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Krótkie wprowadzenie zamiast wstępu
Jakiś czas temu ukazała się książka Dariusza Chętkowskiego („Z budy. Czy spuścić ucznia z łańcucha”), książka, w której autor – nauczyciel języka polskiego w XXI LO im. B. Prusa w Łodzi – zastanawia się wraz ze swoimi podopiecznymi nad „grzechami” współczesnego systemu oświatowego, wskazując po drodze na typowe (nieco przejaskrawione) sytuacje ze „szkolnego podwórza” i szkicując przed czytelnikiem świat, „w którym nauczyciel jest Bogiem, a podręcznik biblią”. Ważna to praca i wyjątkowo „na czasie”, chociaż – muszę przyznać z pewnym rozrzewnieniem – jej wartość pomniejsza brak konstruktywnego wizjonerstwa (występującego pod szyldem nadziei). Praca jest bowiem utrzymana w tonacji minorowej, pesymistycznej; ukazuje „chorobę”, ale nie mówi, w jaki sposób jej przeciwdziałać. Tymczasem dziennikarze telewizyjni i radiowi wciąż zastanawiają się, czy uczniowie nie odróżniają już rzeczywistości od „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, czy też są inne powody anty-szkolnej „siekierezady” pod wdzięcznie brzmiącym hasełkiem: „Zabij swojego belfra”. Aby zaistniała (że tak się wyrażę) harmonia sfer (nawiązując do terminologii muzykologiczno-kosmologicznej), aby zaistniała równowaga sił pomiędzy skrajnościami, pragnę przedstawić bardziej hedonistyczny, polemiczny względem wizji Chętkowskiego, punkt widzenia na temat „szkoły przyszłości”. Do udziału w dyspucie postanowiłem zaprosić również i uczniów (znowu ta równowaga sił), abyśmy wspólnie zastanowili się nad przyszłością Naszą i Naszych Dzieci. Za pomoc w stworzeniu książki dziękuję uczniom Zespołu Szkół Morskich w Kołobrzegu: Bartoszowi Wrzesińskiemu oraz Marcinowi Thiel.
Szkoła jako instytucja totalitarna?
„Cisza! Siadajcie! Bierzemy się do roboty! Robimy zadanie nr...; do odpowiedzi poproszę osobę o numerze... Stać! Teraz wszyscy wykonujemy po cichu polecenie nr...” – Skąd my to znamy; czy przypadkiem nie z planu filmowego „Pianisty” Romana Polańskiego? A może z jeszcze innego planu, z planu, który przygotowuje młodzież do życia w... (ach, muszę w tym miejscu westchnąć), do życia w demokracji? Być może niektórzy z nas pamiętają te komendy z wojska, z miejsca, gdzie „ślepa dyscyplina” integrowała ludzi, różniących się światopoglądem, immanentną wrażliwością, inteligencją, kulturą osobistą, wyglądem zewnętrznym, a nawet (co osobliwe, choć... może wcale niekoniecznie) zapachem? I choć Cyceron grzmiał ongiś: „Musimy być niewolnikami praw, abyśmy byli wolni”, prawa te niejeden raz niemożebnie godziły w ludzką godność, w naszą wolność. Przeczytałem niedawno w Internecie o pewnej szkole (ach, i znowu muszę westchnąć), w której jedyne stosowane „metody to: wspomaganie, inspirowanie, kierowanie. Im młodsze dziecko, tym większy udział wspomagania spontaniczności i wrażliwości, a mniejszy kierowania. Im starsze dziecko, tym większa rola kierowania. Natomiast wyeliminowane są takie metody, jak sterowanie, urabianie i manipulowanie” (Ludmiła Klessa - naczelnik delegatury KO z Nowogardu, „Edukacja alternatywna”; Internet).
Kto rano wstaje temu szkoła daje... „kopa”!
Każdy z nas jest inny i każdy ma swoją ulubioną metodę nauki. Jedni wolą uczyć się przy dźwiękach muzyki, inni – nie zważając na niebezpieczeństwo jakiejś deprywacji sensorycznej (czy czegoś w tym rodzaju) - przyswajają wiedzę w ciszy i w skupieniu... Według naukowców optymalny czas nauki przypada na okres godzinowy: 10.00 – 15.00, ale jest przede wszystkim uwarunkowany indywidualnymi preferencjami i predyspozycjami „amatora nauki” (nie mylić z „amatorem bladego świtu”). Pytam się więc: Czemuż to szkolne dzwonki nastawione są na ósmą rano?
Kilka rymów o wagarach!
Część 22 / 4
Jest jak jest...
A jak mogłoby być?
Żegnaj BUDO bez-dumna! Żegnaj o Nie-Boski, „ex-seksowny”, najohydniejszych moich snów Terminatorze! Twa pamiętliwość, Twe serce „bez-serce”, nieskażone prawdziwego postępu wyziewami, Twa silna „upierdliwość” sprawiają, że czuję się niczym „marno-puch” pędzący wiatry. Atoli trwam - o ja, nie-święty - w cierpieniu, w tęsknocie i w wiecznym Twego Ciała Pedagogicznego i Twej „arcy-surowej” duszy odrzuceniu; i choć targają mną wichry namiętności – niczym poświatą trupiobladego księżyca za całunem „chmurasów” - wciąż trwam niewzruszenie w wiecznym i jedynie słusznym postanowieniu: "być Twoim przyjacielem chcę, być nim... Z DALEKA"! - To wszystko, czego pragnie ten byt immanentny, którego wieczne są żądze jak wieczne są okrzyki dzikiego zwierza w puszczy głuchej. Wszystkie me członki nabrzmiały dziś w akcie nagłego rezonansu ciszy na szept imienia: „BUDA”, które pozdrawiam (z oddali), które czczę (z przymusu) i które – wpierw z prędka, „posapnie” i namiętnie, aż w końcu z wolna, z mała, delikatniutko („gili-gili”) i mięciuchno („pysi-pysi”) - przelewam na karty pamiętnika uciekiniera, zasapany, na ten „biały myśli mych utrwalacz”... A kiedy spytasz (o Ty, najprzedniejszy mego kundla szałasie!): „Czyje są te wargi, co słodycz tęczy liżą; kim jest ten, którego usta są gorące, spalone słońca krwistego żaru refleksami?”. – Nieśpiesznie odpowie Ci echo, echo Twej goryczy, nieśpiesznie Ci odpowie: „To ten, którego wypieścił słony i wilgotny wiatr pędzący TUMANY mgieł (czesząc „laguno-włosy” WOLNOŚCI bladym świtem)”. WAGAROWICZ - SENIOR Witaj o Boska, seksowna i jedyna! Twa pamięć, Twe serce czyste, nieskażone wyziewami cywilizacji, Twa silna wola sprawiają, że czuję się niczym puch marny. Ale trwam - o ja, niegodny - w cierpieniu, w tęsknocie i w wiecznym Twego ciała rozkosznego i Twej arcybogatej duszy uwielbieniu; i choć rzucają mną wichry namiętności – niczym poświatą trupiobladego księżyca za całunem chmur - wciąż trwam niewzruszenie w wiecznym i jedynie słusznym postanowieniu: "być Twoim przyjacielem chcę, być nim... na zawsze!" (- to wszystko, czego pragnie ten byt immanentny, którego wieczne są ŻALE jak wieczne są okrzyki dzikiego zwierza w puszczy głuchej). Wszystkie me członki nabrzmiały dziś w akcie nagłego rezonansu na dźwięk imienia: SZKOŁA, które pozdrawiam, które czczę i które przelewam na papier... Ten, którego usta są gorące, spalone krwistego żaru słońcem; ten, którego wypieścił słony i wilgotny wiatr pędzący tumany mgieł (czesząc przy tym włosy Ukochanej [Szkoły] o poranku). EX-UCZEŃ
„W szczęściu wszystkich, są wszystkich cele” – czyli o uśrednianiu
Hołdowanie metodzie przymusowego uśredniania znajduje swe odbicie w różnorakich nakazach i zakazach (od przymusu „przyzwoitego noszenie się”, ubierania fartuszków szkolnych itp., aż po przymus posługiwania się – jedynie słuszną – polszczyzną, wyzutą z żargonu uczniowskiego1). Chciałbym na marginesie dodać, iż osobiście nie widzę nic złego w noszeniu uniformu szkolnego, wszelako wygląd zewnętrzny – właśnie jako byt transcendentny – nie jest tożsamy z wnętrzem indywiduum. Co więcej – umundurowani uczniowie zachowują się „o niebo lepiej” a niżeli ich cywilni rówieśnicy (ci pierwsi są bardziej cywilizowani); i choć są różni (bo różni są ludzie), to w jednakowym stopniu integrują się ze szkolnym środowiskiem (czego wyrazem jest ich wspólny atrybut – szkolny uniform)... Warto w tym miejscu zacytować słowa Hugo Kołłątaja: „Polacy są narodem barbarzyńskim, nie umieją się między sobą zgodzić, nie umieją być prawu posłuszni(...), pragną wolności, nie znają się na niej, są despotami nad pospólstwem” („Do Prześwietnej Deputacji”). Aby stanowić zgrany zespół, uczniowie nie muszą być traktowani jako twór homogeniczny; mickiewiczowskie „Razem, młodzi przyjaciele!” wcale nie oznacza: „tak samo, jednakowo i... nudno”.
Etos pracy – nauka poprzez pracę
Wciąż poszukuję etosu pracy (gr. éthos ‘obyczaj, zwyczaj’) wsłuchując się w słowa poety: „Bo piękno na to jest, by zachwycało Do pracy – praca, by się zmartwychwstało” (C. K. Norwid „Promethidion”). I chociaż w systemie nagród i kar szkolnych nie odnajduję substytutów w postaci robót społecznych (tj. prac porządkowych, pielęgnacyjnych czy choćby ogrodowych), to doskonale zdaję sobie sprawę z tego, iż właśnie wychowanie przez pracę najefektywniej kreuje stosunki społeczne (niematerialne stosunki – a jakże - i partnerskie stosunki). Królestwo Holandii stanowi idealny przykład kraju, w którym czas przeznaczony na pracę harmonizuje z czasem przeznaczonym na naukę. Ludzie potrafią tam docenić cudzą pracę, ponieważ znają wagę własnej; i nikt nie liczy się z imperatywem demolowania przystanków autobusowych, z wewnętrznym nakazem niszczenia ławek w parku, i nikt nie zmaga się z wolą czynienia podobnych uczynków. Moje poszukiwanie, moja podróż do źródeł czasu, koncentruje się również na etosie nauki. Moim skromnym zdaniem podstawową wadą współczesnego systemu oświatowego jest – mówiąc bardzo ogólnikowo - zerwanie tradycji ze starożytnym Liceum2 Arystotelesa. Współczesna szkoła kojarzy się z krzesłami, ławami i czterema ścianami, natomiast dawne gimnazjum ateńskie sprzężone było z zupełnie inną ikonografią… i raczej z ludźmi, z relacją na linii: uczeń - mistrz, z biologicznym i społecznym rozwojem człowieka w ramach ekosystemu greckiego ogrodu o nazwie „Liceum”.
Część 33 / 4
Szkoła nie lubi zabawy w Nostradamusa
Czym jest przyszłość? – Przyszłość – to otwarta księga, to jedna wielka niewiadoma, to rzeczywistość, której nie można w pełni przewidzieć, a jedynym pewnym sposobem antycypacji nadchodzących zdarzeń jest ich generowanie. „Alvin Toffler - [cyt. za: W. Kołodziejczyk; Wymarzona szkoła] jeden z najsłynniejszych futurologów - powiada, że system oświatowy to marnej jakości instytucja, na podobieństwo fabryki pompująca przestarzałe informacje za pomocą przestarzałych metod. Nie ma na myśli podręczników, których się nie aktualizuje, ale to, że szkoły w ogóle nie myślą o przyszłości dzieci, za które przecież odpowiadają. Podstawą wszelkiego kształcenia jest jakieś wyobrażenie przyszłości. Coraz częściej powinniśmy zadawać sobie pytanie: co będzie potrzebne w przyszłości?(...) Niebawem rodzice zaczną(...) poszukiwać takich szkół, które najlepiej spełnią ich oczekiwania w zakresie przygotowania ich dzieci do przyszłości. W jednym z projektów "Szkoły przyszłości" powiada się wprost: nie przygotowujemy do zdawania egzaminów do szkoły, ale uczymy do życia w przyszłym świecie. Kształcimy więc takie umiejętności, jak: selektywne czytanie, prowadzenie badań, efektywne prezentacje, praca zespołowa, system mentorski, organizacja pracy własnej, efektywne pisanie, sporządzanie notatek, zasady logiki, myślenie w kategoriach systemu, samoocena, znajomość komputerów i Internetu”. Niestety - Panie Toffler - przyglądając się polskiej szkole trudno jest określić, „do jakiego portu zmierza” jej absolwent, zaś on sam – przytłoczony nawałem spraw teraźniejszych, zahukany i oszołomiony potęgą cywilizacji, której owoce mamią jego kruche ciało i równie „wątłą duszę” - nie ma bladego pojęcia, czym jest „Centuries astrologiques”...
Szkoła Epikura
Czy można chodzić do szkoły i być szczęśliwym? – Tak, pod warunkiem, że nauka sprawia radość, a jej owoce są smakowite (niczym bułeczki cioci „Samozdrowie”). Ale skoro o jedzeniu mowa... Do głowy wpadła mi pewna błahostka: Czy można uczyć się jedząc i jeść ucząc się? Czy wypada jeść w trakcie lekcji? Wszak „jemy, aby żyć, nie żyjemy [po to], aby jeść” – powiada Sokrates (najmądrzejszy z mędrców). – Kwestii tej ani myślę tutaj rozstrzygać; zdarzyło mi się bowiem pić Kubusia na lekcji, za co bardzo przepraszam swoich uczniów. Ale wracając do sedna... Przyjemność nauki (i nauczania) należy łączyć już choćby tylko z pozytywnym wpływem muzyki na człowieka. I nie chodzi tu bynajmniej o koncerty Georgija Łozanowa (Dryden G., J. Vos; Rewolucja w uczeniu; Poznań 2003; s. 180), ale o ogólnie pojęty „rytm biologiczny” lub tzw. „głos naturalny”... W tym miejscu pozwolę sobie na małe wyznanie: od zawsze fascynowali mnie perypatetycy, a to ze względu na zwyczaj prowadzenia wykładów i dysput filozoficznych podczas przechadzek; tych przechadzek zazdroszczę perypatetykom najbardziej... I szukam; wciąż szukam – wsłuchując się w wewnętrzny „vox naturalis” - ucieleśnienia edisonowskiej maksymy: „Nie przepracowałem ani jednego dnia w swoim życiu, bo wszystko co robiłem to była przyjemność” (- to dopiero eudajmonia, co?).
Autentyczny autorytet?
Często nauczyciel w oczach uczniów jest jak „bestyja”: jego autorytet zostaje zredukowany do pozycji i władzy Cerbera, a ludzkie odruchy - ograniczone. Na szczęście – o czym doskonale wiedzą miłośnicy horrorów i thrillerów - każdą „bestyję” można okiełznać: 1) można uśpić jej czujność (biorąc przykład z Psyche), 2) można ją obłaskawić (tak jak uczynił to Orfeusz), 3) można wreszcie – uchowaj Boże - ujarzmić „bestyję” gołymi rękami (jak niegdyś uczynił to Herakles)... Tak, tak; kochane dzieci! Uczcie się mitologii! Nigdy niewiadomo... co może przydać się w życiu.
Część 44 / 4
Biurokratyzacja szkoły
System, dzięki któremu dostęp do nauczyciela jest mierzony zegarowo (każdy belfer „ucieka” w pośpiechu do domu), a sam nauczyciel jawi się jako urzędnik siedzący za biurkiem, system, w którym nauczyciel zdaje się być znużony wałkowaniem wciąż tego samego programu i popada w rutynę, mając jednocześnie świadomość tego, iż rzeczywistość opisana na papierze jest ważniejsza od normalnej rzeczywistości, taki system nazwałem Matrixem. Matrix jest złym systemem, ponieważ złe są jego założenia, atrybuty i wskaźniki. Niestety Matrix jest wszechobecny: zarówno w przypadku skali mikro, kiedy mówimy o stopniach pojedynczego ucznia, jaki i w przypadku międzyszkolnej makro-skali rankingów, mamy do czynienia z Matrixem. Matrix jest zły i złe jest kibicowanie „wyścigowi matrixo-szczurów”, w ramach którego - niezwykle rzadkie i skrajnie cenne - umiejętności „matrixo-uczniów” zostają zredukowane do kilku prostackich pseudo-parametrów („matrixo-ocen”).
Indywidualne podejście do zainteresowań ucznia
Każdy, kto pamięta młodzieńcze lata wie doskonale, że szkoła stara się przede wszystkim rozwijać inteligencję matematyczno-logiczną oraz językową, zaniedbując jednocześnie „pojętność”: muzyczną, motoryczną, interpersonalną oraz intuicyjną. Jest to zaniedbanie co najmniej dziwne, jeśli wziąć pod uwagę znaczenie terminu (bodaj najbardziej) zrośniętego z rzeczywistością szkolną, a mianowicie terminu „wiedza”3. W tym miejscu cisną się na usta dwie kwestie: pierwsza natury ogólnej, mówiąca iż: „Racjonalne rekonstrukcje uznają podstawową wiedzę naukową za oczywistą, lecz nie wskazują, że jest ona czymś lepszym od podstawowej wiedzy czarownic i szamanów” (cytat za: Chalmers A.; Czym jest to, co zwiemy nauką; Wrocław 1993; s. 179), oraz druga – dotycząca typów inteligencji – głosząca, że „Ludzie(...) mogą nauczyć się(...) wszystkiego, jeśli da im się możliwość zrobienia tego we własnym stylu z wykorzystaniem indywidualnych mocnych stron” (cytat za: Dryden G., Vos J.; Rewolucja w uczeniu; Poznań 2003; s. 357). No właśnie – ludzie mogą nauczyć się wszystkiego; czego więc powinna nauczać szkoła? – Odpowiedzi na to pytanie padają różne: zwolennicy esencjalizmu np. głoszą, że szkoła powinna przekazywać uczniom podstawową wiedzę z zakresu kilku najważniejszych dyscyplin nauki i techniki; racjonaliści z kolei twierdzą, iż absolwent szkoły powinien legitymować się umiejętnością samodzielnego kierowania własną przyszłością... Moja opinia jest następująca: Ponieważ w życiu ludzkim liczy się tzw. pasja, przeto efektywna nauka polegać może na podejściu wybiórczym, specjalizowanym: lepiej jest poznawać kila przedmiotów „na serio”, a niżeli przez rok lub dwa wypełniać szkolną frekwencję (uczestnicząc w interaktywnej fikcji z udziałem: nauczyciela, ucznia i dziennika lekcyjnego). I można być fizykiem jądrowym, który w akcie samokształcenia rozwiną „aparat gry instrumentalnej” (szkoląc się ustawicznie w zasadach kinematyki i samooceny) – to nieważne, nieważne! Liczy się po prostu „odkrywanie podobieństw” o charakterze uniwersalnym, dokonywane z pozycji określonej „pasjo-perspektywy”, czyli - skażone „wyziewami” interdyscyplinarności - wnioskowanie „per analogiam”.
Obłudna!
Wciąż zastanawiam się jak to jest, że nauczyciele i rodzice uczniów starają się widzieć swoje dzieci przez „różowe okulary” i nie godzą się z przełamywaniem nikotynowo-alkoholowego oraz erotycznego tabu wieku młodzieńczego („zero konkordancji i zero tolerancji!”). Tabu, o którym piszę dotyczy w ogólności zagadnień niegdysiejszych, obcych nam – Europejczykom w sensie mentalnym i terytorialnym, takich jak np.: masaż i pielęgnacja ciała, literatura i „ars amandi”, „kissing”, kult waginalny, tantryzm, szamanizm, ekologizm, naturyzm, okultyzm, odmienne stany świadomości, ćwiczenia medytacyjno-oddechowe, ćwiczenia rozwijające postrzeganie synestezyjne oraz pozazmysłowe. W tym kontekście lektury…