Komedia · 7 min czytania
Dysonanse
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
[Zamiast wstępu. Aby zrozumieć kim jest i skąd się wzięła Baba, sięgnij do tekstu pierwszego o Babie http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79176 Miłego spotkania z Babą!]
Od kilku dni pies namolnie uprasza się o uwagę. Nie odstępuje mnie, bodzie z masłem w oczach, łasi się, zieje znacząco, podstawia się do pieszczot, chce jeść ze mną, spać ze mną, kupować, gotować, pić, wynosić śmieci, wszystko i razem. A im więcej daję jej swej uwagi, tym intensywniej domaga się jeszcze. Zacząłem się poważnie niepokoić. Byliśmy u trzech weterynarzy i dobrze, zdrowa. Trzy razy zmieniłem karmę, co trzeci dzień gotuję gęsty rosół z prawdziwej kury, kupuję po trzy zabawki i kości, a pies dalej przylepny niemożebnie.
Leżałem obok psa, patrzyłem jej w oczy, głaskałem, drapałem, szeptałem czułe słowa. Pies lizał mi usta i dłonie, i kocił się bardziej niż psił.
— Nigdy nie przyszło mi do głowy, że chciałabym być suką — usłyszałem nagle głos Baby.
Zachłysnąłem się śliną, czy coś na ten kształt i rozkaszlałem mocno. Szybko wstałem i podszedłem do regału z książkami. Baba zerwała się, zabuksowała i czmychnęła.
— Gdy tak nagle wyrażasz zainteresowanie moją skromną osobą, to zaczynam się bać — wydusiła z otchłani zakurzonej literatury.
— No przecież dałaś mi do zrozumienia, że cię zaniedbuję – mówię skonfundowany.
— No tak, ale bez przesady! — krzyknęła zza Koty w worku. Zauważyłem, że od pewnego czasu interesuje się Kopalińskim.
Część 22 / 4
— Pociągają cię intelektualiści? — słyszę własne słowa i nie wierzę, że to mówię.
Baba wyszła, stanęła w rozkroku, wzięła się pod boki i spojrzała na mnie spode łba.
— To zależy.— W jej głosie była wielka moc.
— Od czego?
Usiadła na brzegu półki ze spuszczonymi nogami i machała sobie nimi. Dłonie włożyła pod uda.
— Od pory dnia — rzuciła teraz lekko.
— Aha, ciekawe, kontynuuj.
— W dzień intelektualista, taki boski. A w nocy? — zamyśliła się z uśmieszkiem Mona Lizy. — W nocy kowal.
Część 33 / 4
— Kowal wieczorową porą?
— Raczej… — zawahała się patrząc na wytarty grzbiet Lwa-Starowicza. — Po ciemku.
— Kowal po ciemku.
— Tak — powiedziała na mocnym wydechu. W jej oczach pojawiła się mgiełka marzenia. — Żeby był i boski i namiętny. Taki boski zwierzak.
Kątem oka zauważyłem, że Budda się poruszył. Poprawiał się w siadzie, znowu i znowu, aż wreszcie otworzył oczy, wstał i zaczął rozcierać pośladki.
— O żesz… — syczał z grymasem. — Ale mi dupa ścierpła.
— Masz płaską — zauważyła beznamiętnie Baba. — Myślałam, że umiesz się unosić.
Budda spojrzał na Babę groźnie, bardzo groźnie, tak groźnie, że Baba parsknęła, fiknęła do tyłu i wierzgała nogami. Chwilę później spojrzał na mnie. W oczach miał pytanie: rozumiesz coś? Odpowiedziałem mu spojrzeniem: nic a nic. Opuścił nieco powieki, by powiedzieć: ach te kobiety. Podniosłem powieki, by rzec: no.
Część 44 / 4
Poczuliśmy, że jesteśmy obserwowani. Baba patrzyła to na mnie, to na Buddę. Zupełnie, jak byśmy grali mecz tenisowy. Zaśmialiśmy się. Baba wstała, naburmuszyła się i powiedziała:
— A wam, facetom, to tylko jedno w głowie.
Gdy Baba schowała się za Zemstę kobiety w średnim wieku, Budda sięgnął za luźną szatę i wyjął glinianą butelkę.
— Napijesz się wina? — spytał.
— Cóż… — zamyśliłem się. — Wino stuletnie smakuje wybornie i kosztuje majątek, więc jakże mógłbym odmówić tak dojrzałemu!
— Co masz na myśli? — Budda zatrzymał rękę z flaszeczką.
— Że tak znakomite towarzystwo…