Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 7 min czytania

Dysonanse

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

[Zamiast wstępu. Aby zrozumieć kim jest i skąd się wzięła Baba, sięgnij do tekstu pierwszego o Babie http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79176 Miłego spotkania z Babą!]

Od kilku dni pies namolnie uprasza się o uwagę. Nie odstępuje mnie, bodzie z masłem w oczach, łasi się, zieje znacząco, podstawia się do pieszczot, chce jeść ze mną, spać ze mną, kupować, gotować, pić, wynosić śmieci, wszystko i razem. A im więcej daję jej swej uwagi, tym intensywniej domaga się jeszcze. Zacząłem się poważnie niepokoić. Byliśmy u trzech weterynarzy i dobrze, zdrowa. Trzy razy zmieniłem karmę, co trzeci dzień gotuję gęsty rosół z prawdziwej kury, kupuję po trzy zabawki i kości, a pies dalej przylepny niemożebnie.

Leżałem obok psa, patrzyłem jej w oczy, głaskałem, drapałem, szeptałem czułe słowa. Pies lizał mi usta i dłonie, i kocił się bardziej niż psił.

— Nigdy nie przyszło mi do głowy, że chciałabym być suką — usłyszałem nagle głos Baby.

Zachłysnąłem się śliną, czy coś na ten kształt i rozkaszlałem mocno. Szybko wstałem i podszedłem do regału z książkami. Baba zerwała się, zabuksowała i czmychnęła.

— Gdy tak nagle wyrażasz zainteresowanie moją skromną osobą, to zaczynam się bać — wydusiła z otchłani zakurzonej literatury.

— No przecież dałaś mi do zrozumienia, że cię zaniedbuję – mówię skonfundowany.

— No tak, ale bez przesady! — krzyknęła zza Koty w worku. Zauważyłem, że od pewnego czasu interesuje się Kopalińskim.

— Pociągają cię intelektualiści? — słyszę własne słowa i nie wierzę, że to mówię.

Baba wyszła, stanęła w rozkroku, wzięła się pod boki i spojrzała na mnie spode łba.

— To zależy.— W jej głosie była wielka moc.

— Od czego?

Usiadła na brzegu półki ze spuszczonymi nogami i machała sobie nimi. Dłonie włożyła pod uda.

— Od pory dnia — rzuciła teraz lekko.

— Aha, ciekawe, kontynuuj.

— W dzień intelektualista, taki boski. A w nocy? — zamyśliła się z uśmieszkiem Mona Lizy. — W nocy kowal.

— Kowal wieczorową porą?

— Raczej… — zawahała się patrząc na wytarty grzbiet Lwa-Starowicza. — Po ciemku.

— Kowal po ciemku.

— Tak — powiedziała na mocnym wydechu. W jej oczach pojawiła się mgiełka marzenia. — Żeby był i boski i namiętny. Taki boski zwierzak.

Kątem oka zauważyłem, że Budda się poruszył. Poprawiał się w siadzie, znowu i znowu, aż wreszcie otworzył oczy, wstał i zaczął rozcierać pośladki.

— O żesz… — syczał z grymasem. — Ale mi dupa ścierpła.

— Masz płaską — zauważyła beznamiętnie Baba. — Myślałam, że umiesz się unosić.

Budda spojrzał na Babę groźnie, bardzo groźnie, tak groźnie, że Baba parsknęła, fiknęła do tyłu i wierzgała nogami. Chwilę później spojrzał na mnie. W oczach miał pytanie: rozumiesz coś? Odpowiedziałem mu spojrzeniem: nic a nic. Opuścił nieco powieki, by powiedzieć: ach te kobiety. Podniosłem powieki, by rzec: no.

Poczuliśmy, że jesteśmy obserwowani. Baba patrzyła to na mnie, to na Buddę. Zupełnie, jak byśmy grali mecz tenisowy. Zaśmialiśmy się. Baba wstała, naburmuszyła się i powiedziała:

— A wam, facetom, to tylko jedno w głowie.

Gdy Baba schowała się za Zemstę kobiety w średnim wieku, Budda sięgnął za luźną szatę i wyjął glinianą butelkę.

— Napijesz się wina? — spytał.

— Cóż… — zamyśliłem się. — Wino stuletnie smakuje wybornie i kosztuje majątek, więc jakże mógłbym odmówić tak dojrzałemu!

— Co masz na myśli? — Budda zatrzymał rękę z flaszeczką.

— Że tak znakomite towarzystwo…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dysonanse — czytnik · opowiadania