rodzina · 8 min czytania
Dzieci Agaty
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ukryty w gęstwinie leszczyny dom z przestronnym przeszklonym gankiem stał na północnych krańcach wioski, w połowie pnącego się stromizną ku kościołowi zbocza. Biegnącą zoboczem góry, wiodącą do niego polną drogę zdobiły na przedwiośniu aksamitne kotki wierzbowych bazi, a wiosną rozświetlały kandelabry biało kwitnących kasztanów i dlatego ludzie nazywali ten przysiółek, Kasztanki. Pogodną wiosenną porą Agata zabierała o poranku najmłodszą córeczkę i wędrowała z nią przez góry i doliny kilkanaście kilometrów w odwiedziny do krewnych. Zapatrzona w przeszłość, przystawała na ostatnim wzniesieniu przed kresem wędrówki i ciężko wzdychając, spoglądała ku rubieżom widnokręgu, gdzie w oddali wznosiły się na kraju wsi zabudowania okazałego dworu. - Czemu tak wzdychacie? - pytała córeczka. - A co ci tam, dziecko, będę opowiadać - zbywała i ruszała zasmucona z córeczką w dalszą drogę do mieszkającej w wiosce rodziny. Im bliżej było do celu, tym wyraźniej dawał się słyszeć stuk młotka ze stojącej w pobliżu dworu kuźni. Kiedyś jej trudniący się kowalstwem ojciec mieszkał w tym dworze, jako syn dziedzica, ale jego ojciec rozparcelował majątek pomiędzy czterech synów, Trzech braci sprzedało swoje działy nowemu właścicielowi, a czwarty, jej ojciec o imieniu Andrzej, powiedział, że ojcowizny nie sprzeda i zaczął zarabiać na życie kowalstwem, postawiwszy na swojej ziemi kuźnię. Nie popuścił nowy właściciel dworu Andrzejowi, ojcu Agaty, tak go ciągle namolnie nachodził w kuźni, że w końcu nagabywany przez niego Andrzej mu pokazał mu zapis, testament ojca. - A po co ci Andrzej ten zapis? - mruknął nowy dziedzic, rzucając testament w płonący na kuźni ogień i zasłaniając Andrzejowi do paleniska drogę. - Ty, tu będziesz miał u mnie dobrze! - bajerował. -Kuźnię będziesz sobie dalej prowadził, a ja za dzierżawę nie będę brał pieniędzy i jeszcze będę ci trochę płacił za robotę. Niedługo potem Andrzej ze zgryzoty pomarł, a Agata poszła kilka wiosek dalej do bogatej rodziny na służbę i po jakimś czasie wyszła za syna gospodarza. I dopiero wtedy, po wielu latach, dowiedziała się przypadkowo całej prawdy o dziadku, Andrzeju, i zrozumiała, czemu mama tak wzdychała, patrząc na rozciągające się w oddali dworskie pola.
Mijały lata, Agacie i jej pracującemu w pobliskim browarze mężowi rodziły się kolejne dzieci i z biegiem lat, ukryta w gęstwinie leszczyny chata zaczęła rozbrzmiewać dziecięcym gwarem siedmioosobowej gromadki. Mający jakieś trzy, cztery latka chłopczyk był najmłodszy spośród biegającej po podwórku piątki dzieciaków i starsza o kilka lat siostrzyczka miała go pilnować, ale jak małe dziecko może upilnować jeszcze mniejsze dziecko? Dzieciaków wprawdzie było siedmioro, ale dwóch najstarszych braci już na siebie zarabiało, pomagając w utrzymaniu rodziny. Siedemnastolatek terminował w pobliskim miasteczku u majstra, a czternastolatek z pomocą młodszego rodzeństwa dźwigał co tydzień kilka kilometrów do stacji kolejowej koszyk jajek i jechał je sprzedać na bazarze w odległym o pięćdziesiąt kilometrów Krakowie. A najmłodszy chłopczyk biegał sobie z rodzeństwem po podwórku, bodbiegając do płotu i chwaląc Boga do przechodzących drogą ludzi. A taki był nad wiek rozgarnięty, że znał na pamięć z kalendarza wszystkie kościelne święta i chociaż sam jeszcze nie chodził do szkoły, to uczył starsze rodzeństwo tabliczki mnożenia. - Agato, ten chłopok jest za mądry, on się wom nie będzie chowoł! - prorokowały złowieszczo przychodzące do Agaty w odwiedziny sąsiadki Samonakręcająca się przepowiednia? Wywoływanie