Horror · 27 min czytania
Dzieci to lubią
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Ania tańczy. Robi to zanim pójdzie do szkoły, a gdy już tam jest - tańczy na przerwach. Tańczy wracając do domu i przed zaśnięciem. Ma delikatne stopy i długie nogi, którymi szybko przebiera w rytm najdzikszej nawet muzyki. Wirują jej wtedy włosy - jeśli świeci słońce to promienie proszą do pary rozbrykane kosmyki i zwykły, trochę szary blond zamienia się w falujące złoto. W Ani kocha się kilku chłopców, ale jeszcze żaden nie poszedł z nią na randkę. Ma dwanaście lat - nigdy się nie całowała, a serce nie zabiło mocniej dla nikogo oprócz rodziców.
Nauczycielka nienawidzi swojej pracy. Przeklina ją każdego dnia, gdy staje przed lustrem i dostrzega kolejną zmarszczkę - to przez te cholerne, pieprzone bachory. Kiedyś wierzyła, że można je czegokolwiek nauczyć, przelać nie tyle wiedzę, co mądrość, taką życiową. Już nie wierzy, zrezygnowała z misji, bo dzieci po prostu są złe. Dostrzega to w niby-młodych oczach zamieniających się w puste, rekinie ślepia, kiedy tylko odwraca głowę. Wie, że uczniowie (uczennice też, one są jeszcze gorsze) mają brudne myśli, robią okropne rzeczy, a w końcu coś w nich pęknie i zabiją wszystkich. Wszystkich.
Maciek kolekcjonuje modele czołgów. Zebrał sto sześć, miał sto siedem - ojciec strącił jeden z półki, gdy pijany wrócił do domu. Plastik trzasnął pod butem, mali zieloni żołnierze pękli na pół, ale utrzymali ręce przy skroniach oddając cześć chłopcu, który wydobył ich z pudełka. - Odkupię ci go, obiecuję. - Dobrze, tato, dobrze, chodź, zaprowadzę cię do łóżka. Następnego czołgu nie będzie. Tata składa dużo obietnic, prawie żadnej nie spełnia. Nie szkodzi, chłopiec i tak woli go od mamy - do niej przychodzą mężczyźni, gdy ojciec znika na tydzień lub dwa (jeśli zaczyna pić - pije ciągami trwającymi dopóki ma kolegów lub pieniądze, choć tak naprawdę nigdy w życiu nie miał ani tego, ani tego; może o tym chce zapomnieć). Czasem uśmiechają się do niego, mówią, że bardzo szybko rośnie. Skąd mogą wiedzieć, przecież wszyscy zjawiają się najwyżej dwa razy.
Kasia ma bogatych rodziców. Nie lubi dzieci w podrabianych ciuchach (Nie żyjemy przecież w krajach trzeciego świata, jak więc można zakładać coś pozbawione metek ozdobionych dobrze znanym logiem). Przesadnie dba o wygląd i figurę; przeklina jadanie w restauracjach - nie znosi wymiotować w ubikacjach poza domem. Zdaje sobie już sprawę, że dobry wygląd znaczy bardzo dużo - a na pewno więcej niż powinien.
Arkadiusz onanizuje się przed komputerem. Założył słuchawki i podkręcił dźwięk do maksimum. Lubi, kiedy karykaturalnie głośne jęki rozbrzmiewają mu w samym środku czaszki. Nogi kładzie na biurku, odpręża się i wbija wzrok w ekran. Staruszka - musi mieć co najmniej sześćdziesiąt pięć lat - nadziewa się na ogromnego, sztucznego penisa przytwierdzonego do podłogi. Przed nią staje mężczyzna kadrowany od pasa w dół; mężczyzna bez twarzy oddaje mocz na staruszkę, staruszkę bez zahamowań lub środków do życia. Arkadiusz ma nadzieję, że jedno i drugie. - Co za suka, kurwa. Pierdolona kurwa, tym właśnie jest, pierdoloną kurwą - syczy przez zęby. Pąsowieje na twarzy i wstrzymuje powietrze, rusza ręką coraz szybciej, mimo to orgazm nie chce nadejść. - Suka, kurwa, jest suką - powtarza bluźnierczą modlitwę o szczytowanie. Wszyscy chłopcy z klasy już to robili, a Krzysiek - najwyższy, o twarzy usianej gęsto krostami - przyniósł kiedyś kawałek czegoś zaschniętego i obrzydliwego, mówiąc, że to sperma. Arkadiusz mu wierzy. Sam jeszcze nigdy nie doszedł i zaczyna myśleć „Coś jest ze mną nie tak.".
Rafał mieszka niedaleko Ani. Trzy dni wcześniej, zanim jeszcze spadł śnieg, znalazł między garażami - oddalonymi od jego bloku o jakieś pięć minut piechotą - pieska. Chyba kundla, bo nie przypomina żadnej rasy, które pokazują czasem w telewizji, gdy stara reporterka o białych zębach i złamanej karierze zdaje relację z wystawy psów. Nazwał go Spike, bo pomyślał, że to dobre imię, takie amerykańskie i silne. Odwiedza go często i kłuje patykiem. Ostatnio dźgnął w oko i oko wypłynęło na ziemię, zostawiając puste miejsce, wcale nie czarne - Rafałowi wydawało się, że powinno takie być - tylko trochę szare i trochę różowe. Ciekawe, czy zamieszkają tam robaki, czy może jest na to za późno, Spike się zahibernuje, będzie tam leżał aż do wiosny, gdy słońce spali zimowe chmury na popiół i dopiero wtedy truchło zacznie śmierdzieć.
Ojciec Ani jest wykładowcą na uniwersytecie i tęskni za żoną, kiedy wie, że córka nie widzi. Najczęściej w nocy, koło pierwszej lub jeszcze później - otwiera okno, mruży oczy i wtedy kanciaste głowy latarni wydają się być lewitującymi kulami światła, w środku których dostrzega czasem {i}jej{/i} twarz; kulami zawieszonymi gdzieś między niebem, a ziemią i dla Ojca - zatwardziałego ateisty - są najbliższym wyobrażeniem duszy, i rozmowy ze zmarłą. Niekiedy przez okno ucieka smutek, by wrócić dopiero następnego ranka; przez parę godzin Ojciec cieszy się prawdziwie beztroskim snem. Należy mu się, jest dobrym człowiekiem.
Część 22 / 2
Marcin jest tłusty i lubi zespół „Dwa plus jeden". Nie znosi wychowania fizycznego, bo wtedy musi rozbierać się przy innych, a tylko on nie jest w stanie dostrzec swojego penisa. Czuje się z tym źle, dlatego za każdym razem ćwiczy w dresie - ma nadzieję, że tak zrzuci parę kilogramów. - Wypocę je, wypocę! - przekonuje sam siebie. Może i by mu się udało, gdyby nie czekoladki tkwiące w bocznej kieszonce plecaka. Jest w tym podobny do taty Maćka - tak samo bezradny i tak samo żałosny.
- Aniu, zatańcz - mówi Nauczycielka i siada - z głośnym westchnięciem starej, zmęczonej osoby - na twardym, odrapanym krześle. Obserwuje, jak uczennica zwinnie się porusza, jak przeskakuje z nogi na nogę, jak sprawia jej to radość. Kątem oka dostrzega, że na Anię patrzą chłopcy, którzy przygotowują dekoracje na szkolną akademię. Chce im coś powiedzieć, otwiera usta i rezygnuje - wzrusza ramionami, podpiera głowę na prawej ręce i toczy wzrokiem dookoła. Sala jest duża (w rogu ukryty jest schowek na piłki, skrzynie i ozdoby świąteczne), zmieszczą się w niej wszystkie klasy. Ci z ostatnich rzędów będą musieli stanąć na krzesłach, żeby coś zobaczyć - jeśli tylko im się zachce, choć pewnie i tak wybiorą przeglądanie pornosów zwędzonych z kiosku. Nauczyciele usiądą z przodu, ten od historii znowu będzie flirtować z matematyczką, która jest w szkole od września, kiepsko wykłada przedmiot, ale za to świetnie wygląda w bardzo krótkich spódniczkach; zupełnie jak nastolatka i wrażenie nie mija, gdy spojrzy się jej w twarz, dzielnie młodą i bez żadnej zmarszczki. Starsze koleżanki obgadują ją podczas papierosowych przerw i twierdzą, że to botoks, pewnie, że tak (matematyczka nie pali, może dlatego tak jest piękna). Z torebki wiszącej na oparciu krzesła rozlega się melodia „Dla Elizy". Dzieci wymieniają porozumiewawcze spojrzenia - to dzwoni matka Nauczycielki, stara i podobno nienormalna (tak przynajmniej usłyszał Arkadiusz, gdy przechodził koło pokoju nauczycielskiego), która zawsze domaga się długiej rozmowy o wszystkim i niczym, bo inaczej się zabije. Naprawdę tak grozi. Nauczycielka wzdycha. - Ćwiczcie dalej, zaraz wrócę. Muszę odebrać, to nie potrwa długo - oznajmia uczniom, ale wszyscy wiedzą, że kłamie. Znika szybko, gnana wstydem; będzie wędrować pustymi korytarzami - jeden smutny duch wysłuchujący łkania drugiego. To, co się teraz wydarzy, zaistnieje bez planu. Nikt o tym nie myślał idąc do szkoły, nie planował tego od lat. Po prostu ktoś dostrzeże bawełniane, błękitne majteczki Ani, gdy spódniczka zbyt mocno zawiruje w jednej z tanecznych figur. Ktoś krzyknie, ktoś dotknie, ktoś wyciągnie telefon, wszyscy będą patrzeć. Tak się to dokona, zupełnie bez sensu i celu. Gdy Nauczycielka wróci - będzie już po wszystkim. Ania nie poczeka, nie naskarży - ucieknie, zbrukana i przerażona; ktoś powie, że powinni sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku, ale ktoś inny wybije mu to z głowy.
{i}- Wyślij. - Nie, mogłeś sam kręcić! - No nie bądź taki. Wyślij! - Chryste, aleś upierdliwy. Tylko nikomu nie pokazuj! - Rany, pewnie, że nie, za kogo mnie masz? Do godziny dwudziestej film obejrzy ponad sześćdziesiąt osób. Och, ależ będzie śmiechu.{/i}
Na biurku leży komputerowa myszka i klawiatura - odbijają się w zgaszonym monitorze, ciemne i lekko zakrzywione. Łóżko jest zasłane, panuje porządek i tylko drzwi szafy - dużej, nawet ogromnej, górującej zwalistym kształtem nad resztą mebli - są otwarte na oścież. Wprowadzają chaos, którego zazwyczaj trudno tu szukać. Ojciec (właśnie wrócił z pracy i dziwi go cisza, idzie zatem do pokoju Ani, puka - bo jest jednym z nielicznych dorosłych, którzy szanują prywatność dzieci - i wchodzi do środka) rusza by je zamknąć, ale zanim to zrobi potknie się o telefon. Podnosi go - zamiast zwykłego ekranu powitalnego widać film kiepskiej jakości; dźwięku strzegą słuchawki. Wtedy Ojciec po raz pierwszy ujrzy Zło, jakie zamieszkało w dzieciach. Dostrzega. Dostrzega, co się stało i nie może oderwać wzroku - wzbiera w nim wściekłość i żal. Za chwilę zajrzy do środka szafy, mając nadzieję, że zobaczy w niej skromne ubrania {i}(wie, że tak się nie stanie){/i} i te troszkę - ale tylko troszkę - bardziej odważne, w sam raz na szkolną dyskotekę organizowaną na korytarzu drugiego piętra. Zagląda i widzi, że Ania tańczy.
Ania tańczy na sznurze. Ojcu robi się ciemno przed oczami, ale nie nagle, nie w momencie. Czerń wypełza z cieni, spod łóżka, spod mebli i ze szczelin pomiędzy klepkami w podłodze. Wyrastają jej skrzydła o smolistych piórach i wzlatuje pod sufit, połykając łagodne światło płynące z lampy o papierowym abażurze. W pokoju nie zostaje już nic oprócz córki i sznura, którego koniec niknie w nocnym niebie, nocnym, choć nie ma jeszcze siedemnastej. - Aniu, Aniu, Aniu, Aniu - powtarza ojciec i łapie córkę za stopy. Ania ma teraz bardzo zimne i skurczone palce, jak wtedy, gdy byli nad morzem, siedziała tuż nad wodą i zagrzebywała je w piasku, bo: „Rano jest zbyt zimno na kąpiel, tatusiu!". Dociera do niego, że już jej nie ma, była przez dwanaście lat, była piękna, była dziś rano, byłazdolnamożejużjejniebyłogdywracałdodomu. Myśli rosną, są wielkie i wkrótce rozsadzą czaszkę, dlatego przyklęka i uderza czołem o podłogę - jeśli czaszka pęknie to myśli wylecą, ból będzie mniejszy. Zwłoki wyślizgują mu się z rąk - Ania wesoło pohuśtuje w szybkim, radosnym tańcu. Głowę by dał, że kąciki sinych warg unoszą się do góry (skrzypiąc, jak huśtawka na sznurkach, skrzypiąc, jak huśtawka na powycieranych sznurkach).
Maciek się modli. Obiecuje oddać wszystkie modele dzieciom jeszcze biedniejszym od siebie. Tylko... tylko niech Ania nic nie mówi, niech o tym zapomni. Przeprosi ją, zrobi wszystko, przecież on nie chciał, sam nie wie, dlaczego tak wyszło, nie powinno. Czuje się źle i nie jest pewien, czy uda mu się zasnąć - nie wie, czy chce zasnąć, bo jeśli przyśni mu się Ania to chyba zwariuje. Kasia i Marcin odpływają spokojnie, nauczycielka tak samo, choć podświadomie wie, że dzisiaj stało się coś okropnego; Ania wyszła ze szkoły nic jej nie mówiąc, uciekła. Cóż, to problem ojca tego dziewuszyska - to rodzice sprawiają, że dzieci są złe. Arkadiusz siedzi na łóżku, okno jest otwarte na oścież; chłopiec drży z zimna. Ma nadzieję, że chłód go oczyści, wyrzuci okropne, okropne wspomnienie. Nagle kicha - raz, drugi aż łzawią mu oczy i w końcu pozwala sobie na płacz. To wcale nie było, jak na filmach, myśli. Zupełnie nie tak, zupełnie inaczej. Strasznie. Spike leży dziś samotnie - jakieś zwierzę wygryzło mu kawałek mięsa z okolic serca - bo Rafał nie ma czasu ma odwiedziny. Ściągnął swój ulubiony serial z Internetu i spędzi przed komputerem całą noc.
Zatrzymali z żoną odtwarzacz VHS tylko dlatego, że pierwsze lata Ani nakręcili na starej, ciężkiej kamerze, która nagrywała w formacie 4:3, obraz był brzydki i ziarnisty, stabilizator musiał się zepsuć albo nigdy go nie było, ale chodziło przecież o Anię, a w czarnych prostokątach kryjących taśmę pędziło - z szybkością dwudziestu czterech klatek na sekundę - jej małe życie. Buczenie, brzmiące jak elektroniczny wyrzut, oznacza, że video wciąż działa i Ojciec wkłada pierwszą kasetę. Nie jest przewinięta - trzeba przeczekać minutę trawy i butów (klawisze „forward" i „reverse" nie działają od bardzo dawna, aż ciężko uwierzyć, jak długo już nie działają),bo ktoś zapomniał wyłączyć kamerę. Ale wkrótce pojawia się Ania i prezentuje szczerbaty uśmiech. Kończy się era mleczaków, zaczyna dorastać. Oglądają amatorskie filmy, źle skadrowane, źle nakręcone - nie szkodzi, ważne, że każda sekunda, każda minuta to miłość i słodka nostalgia, może nawet przesłodzona, jak herbata, od której zaczynają boleć zęby; tak jest dobrze. Oglądają to razem - młoda, martwa dziewczyna z pętlą na szyi wraz z tatą, który kiedyś spędził cały dzień, by nauczyć ją wiązać sznurówki w kokardkę. Wskazówki zegarka gonią się szybciej niż zazwyczaj, ale przystają przestraszone przed dwudziestą pierwszą. Chyba przez dźwięk, który zamieszkał w szafie - ktoś musiał niedawno coś powiesić i to coś ociera się o ścianki i ubrania. Ojciec patrzy w tamtym kierunku i widzi Anię - przeszywa go dreszcz, przecież trzyma córkę w…