Fantastyka · 1 godz. 21 min czytania
Dzieci wiatru
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
...szczurzycy Marii, której zawdzięczam pomysł na tę tej opowieść i która asystowała mi przy jej powstawaniu
Chociaż wszyscy uznali, że zostali wyklęci, JC wiedział, że nie było żadnego przekleństwa, tylko choroba, którą sprowadzili na siebie sami. Elbereth też to dostrzegła. Lud czekający na relikwię oddał się jednak modlitwie przy wraku samochodu. Odrzucił muzykę, nie pojmując związku, jaki w przeszłości istniał między nią, a samochodami. Nie chciano słuchać wyjaśnień. Nikt, oprócz Elbereth, nie dowiedział się, że ci, którzy przed wiekami sprowadzili do świata wolnych zwierząt muzykę, poruszali się tym właśnie samochodem. JC został nazwany heretykiem. W pewnym sensie sam był sobie winny. W przeciwieństwie do Elbereth posiadał wiedzę. Mógł powiedzieć wszystkim o znaku. Nie był to co prawda znak religijny, ale JC mógł przecież tak go im przedstawić. Mógł powiedzieć, że świat znowu będzie zdrowy, gdy wrócą ptaki.
Rozchylała spękane wargi, by pochwycić odrobinę powietrza, by oszukać głód i zabić pieczenie w gardle. Niewiele to pomagało – dawało ukojenie na parę chwil, potem czuła się jeszcze gorzej. Próbowała ułożyć wargi do słów, mimo bólu wciąż jeszcze potrafiła wyszeptać jego imię. Tak musiało się stać. Nie miała do niego żalu, chociaż zostawił tak niewiele. Niewiele? Nie zostało nic prócz spękanej, betonowej pustyni. Nic prócz dzikich traw rozsadzających asfalt w odwiecznej z nim walce, prócz traw silniejszych niż jakikolwiek organizm. Niczego prócz tych traw, które nie były jej w stanie nakarmić, które przecinały wargi i nie ustępowały mocnym zębom, które drapały w przełyk i piekły w żołądku, przyprawiając o wymioty. Niczego prócz traw, które przetrwały wszystko, które przetrwały i ich – najdoskonalszą, ostatnią rozumną rasę. Najdoskonalszą - tę, która doprowadziła się do samounicestwienia. Nie zostało nic prócz martwego oceanu, nad którym dawno przebrzmiała żałobna pieśń Morel. Nie było już pieśni, nie było muzyki, nie było słów - tylko świat wiecznej ciszy. Nie licząc doprowadzającego do szaleństwa szumu oceanu. Trawy kołysały się szepcząc: „Kiedy odejdziecie?” „Wkrótce, ale jeszcze nie teraz” - odpowiadała ona, półprzytomna z głodu i pragnienia, z wnętrznościami przeżartymi skażoną wodą. „Poddajcie się, wasz czas się skończył” – upierały się trawy. „Tak, wiem” – to było oczywiste. Niedawno brodziła wśród tych traw, bawiła się wśród nich, a on ją całował. Nie było niczego, niczego prócz szarego nieba i wiatru pędzącego od oceanu, zimnego wiatru, który przemierzył tysiące kilometrów porośniętych trawami, tysiące kilometrów z prostokątami betonu, wspomnieniami domów. Pędził wpadając czasami między drapacze chmur jedynego miasta, by obić się o szyby i przypomnieć tym, co pozostali, że kiedyś istniał lepszy świat. To był ten sam wiatr, dzięki któremu szybowały ptaki, który niósł je daleko, ku ich gniazdom, ku wolności, ku temu, co jej było obce. Ona nie miała domu. Niczego nigdy nie miała. Wolność stanowiła dla niej zapomniane słowo. Łza zawisła w kąciku oka klaczy.
Jeszcze jeden spokojny, pusty wieczór. Dzwonek do drzwi. - Otwórz! - rozbrzmiał śpiewny głos Leny spod prysznica. Dlaczego ja? - pomyślał Per gniewnie, ale wstał, by poczłapać do drzwi. Ból przeszył biodro naznaczone bliznami. Zagryzł zęby. Szedł powoli, bardzo powoli, nie stąpając na tylnej lewej nodze. Na niej już nigdy nie oprze ciężaru. Trawiła go gorycz i gniew. To oni mu to zrobili - ci, którzy władają tym przeklętym miastem. Co to w ogóle za świat!? Kiedyś Per był młody, kiedyś jego serce płonęło. Wierzył wtedy, że potrafi wszystko zmienić. W tym piekielnym, szarym świecie muzyka została zakazana, ale on był muzykiem z całego serca. Kościół głosił, że to muzyka ściągnęła na nich przekleństwo. Tak, byli narodem przeklętym. Maria Dyktatorka i Per Błazen sprawili, że Opiekun się od nich odwrócił. Jeszcze teraz, po tysiącu lat, wciąż powtarzano ich imiona z odrazą. Czy on w to wierzył? Nie, nie mógł. On wierzył nauką podziemia, jego rodzice pewnie też, skoro nadali mu takie imię. Rodzice… Ojciec umarł, kiedy Per zszedł na dół. Matkę odebrano mu, kiedy znalazł się w innej niż ona klasie zarobkowej. Jednego był pewien - nie było przekleństwa, tylko psychoza. Wszyscy młodzi tak myśleli, chwytali za gitary i ruszali razem protestować. Per był działaczem, miał swój zespół. Wtedy wszystko było bardzo proste - robił to, co chciał, często się uśmiechał. Potem złapali go na manifestacji i zmasakrowali gumowymi pałkami. Odsiedział swoje w więzieniu, pogruchotane biodro dobrze to pamiętało. Musiał obiecać, że więcej nie zawiedzie społeczeństwa jedynego miasta, że ukorzy się w kościele i będzie pełzał w pyle. Co rano musiał chodzić do kościoła i modlić się do puszki z zamkniętym w niej zardzewiałym kawałkiem samochodu, chociaż ogarniał go pusty śmiech, gdy widział tych, którzy naprawdę wierzyli. Musiał klękać i szeptać słowa, które brzmiały dla niego absurdalnie, a kiedy klęczał, biodro potwornie go bolało. Nie posiadał niczego, tylko ten ból, który nigdy już nie miał go opuścić. Nigdy nie zerwie się galopem. W imię czego? Puszki z zardzewiałym żelastwem? Wreszcie dotarł do drzwi. Wyprężył kark. Wyglądał fatalnie: kudłaty, kary, nieco zbyt tłusty ogier o szerokiej piersi i zadzie zwężonym kalectwem. Otworzył i zobaczył ją. Stała z wysoko uniesioną głową, chociaż wąskie brązowo-zielone oczy zasnuły się mgłą. Stała, tak samo brzydka jak zawsze, tak samo majestatyczna, jedyna w swoim rodzaju, srokata klacz: pysk pełen ostrych linii, mocne ganasze, zbyt daleko wysunięta do przodu dolna szczęka, krótko przycięta, stercząca w górę żółtawa grzywa - dziś potargana. Śnieżną sierść znaczyły dwie łaty. Jedna oplatała pierś i schodziła po przednich nogach do nadgarstków, druga na zadzie sięgała po pęciny, ale tej nie mógł zobaczyć, bo zad klaczy tonął w mroku klatki schodowej. - Witaj Mario - uśmiechnął się słabo. - Co cię tu sprowadza? - Pokłóciłam się z Georgem - rzuciła szybko, wpychając się do przedpokoju. Obrót zajął mu trochę czasu. Kiedy znalazł się w pokoju, Maria siedziała już na dywanie, uważnie oglądając swój ogon. Nie miała po co na niego patrzeć. Był perfekcyjny, z resztą nie przyszła do Pera, by zastanawiać się nad swoją urodą. Nagle jednak nie chciała przyznać się do słabości. - Czy mogę u ciebie przenocować? – spytała, nagle się prostując. - Kto przyszedł? - zabrzmiał głos Leny, przebijając się przez strugi wody. - To Maria! – odkrzyknął. - Ma problemy! Będzie u nas dzisiaj nocować! - Nie przesadzaj - uśmiechnęła się Maria. - To normalne. Często się kłócimy. Ale ja niestety go kocham. - Patrzyła gdzieś w sufit. - Niestety, bo to całe życie jest zupełnie do niczego... Lena, drobna, mokra kasztanka, wpadła nagle do pokoju. Z okręconego ręcznikiem ogona wciąż kapała woda. Gniew nadawał jej rysom dziwnego majestatu. - Będziecie grać?! – warknęła. - Znowu będziecie grać! Jak mnie policja zabierze, powiem, że o niczym nie wiedziałam albo, że mnie szantażowałeś. Już ci tego płazem nie puszczą. Lena była zazdrosna. Maria zawsze stanowiła dla niej zagrożeniem. Maria pochodziła z tamtego życia, z podziemia, ona była tylko sposobem na ustatkowanie się. - Ależ Lenko... - Per popatrzył na nią błagalnie. Jego wielkie, ciemne, bezgranicznie smutne oczy poruszyłyby najtwardsze serce. Ale nie ją, ona zbyt dobrze już poznała się na jego sposobach. - Porozmawiamy rano – powiedziała. - Tylko dobrze zabezpiecz okna - dodała i wyszła, gniewnie zarzucając ogonem. Ręcznik rozkręcił się i kapiąca z mokrych włosów woda znaczyła za nią drogę wiodącą do sypialni. - Będziemy grać? - spytał Per niepewnie. - Chyba tak. - Maria też nie była zdecydowana. - Skoro już tu jestem. Podniósł się. Znowu poczuł ból. Po co w ogóle się ruszał? Wydobył taśmę izolacyjną spod kanapy i zaczął oklejać nią okna. Zamknął drzwi do pokoju i też je okleił. Potem zaciągnął zasłony. Ona przyglądała się jego poczynaniom zupełnie bez ruchu. - Pomożesz mi? - spytał. Wstała i razem przesunęli kanapę, by z wnęki za nią wydobyć czarną gitarę akustyczną, ostatnią z jego niegdyś tak wielkiej kolekcji. Usiedli razem na środku pokoju. Ich serca z podniecenia przyśpieszyły rytm, wargi drżały. Zaraz zrobią coś wspaniałego, coś naprawdę wzniosłego. - Od czego mam zacząć? - spytał Per prawie szeptem. - Nie pamiętam tytułu - powiedziała Maria. - To szło jakoś tak: „Dlaczego kazałaś mi czekać tak długo? Dlaczego kazałaś mi czekać tak długo?” - zanuciła. - Dlaczego to? Na jej pysku pojawił się zdeformowany wadą zgryzu uśmiech. Zaczął grać, a ona zaśpiewała. Była to piosenka, którą za dawnych czasów wykonywał Per, ale dzisiaj to ona chciała ją zaśpiewać.
Byłem szpiegiem, zostałem porwany przez wroga, Sprzedałem miliony sekretów fantazji, Widziałem moją miłość marnującą się na granicy szarej strefy, Byłem wstrząsem trzęsącym monumentami. Zobaczyłem słońce, wiedziałem, że to czas iść, iść, iść. Więc przyjdziesz. Dlaczego kazałaś mi czekać tak długo?
Per nie wiedział już, co tekst ten miał oznaczać, ale nie miało to znaczenia. Dziś Maria bawiła się napisanymi przez niego słowami. Czuł, że zwiastuje to coś niedobrego - kolejny wybór. On tym czasem oduczył się wybierać, stał się taki jak inni. Nie powiedział niczego. Zabrakło mu odwagi, chociaż był pewien, że powinien ją o coś zapytać. - Ta piosenka pasuje do mojego nastroju. - Maria uśmiechnęła się, by powstrzymać łzy. - Mam dosyć pustych dni, nawet miłość nie może ich osłodzić. Dlatego ciągle kłócę się Georgem. Ty wiesz, że on wierzy w przekleństwo. Wierzy, że muzyka jest złem. - Śmiała się gorzko, wydmuchując powietrze nosem. - Chciałabym wrócić na dół. Przecież to jest możliwe. - Nagle podniosła głos i zaczęła mówić jakby spłynęło na nią wielkie natchnienie. - Gdyby wszyscy się zjednoczyli, ale tak naprawdę wszyscy i powiedzieli: „Nie”, to obalilibyśmy i rząd, i kościół. Bylibyśmy wolni. Czy nie warto spróbować? - Jeśli chcesz, to wracaj - powiedział Per zwiesiwszy głowę. - Ja mam dosyć. Moja młodość minęła. Moja wiara wygasła, a moje nogi już mnie nie poniosą galopem. To znowu skończy się w jakiejś wilgotnej celi. Ty przez to nie przeszłaś. Ja nie mam już siły. - To co? - Maria patrzyła gniewnie. - Chcesz po prostu czekać na dzień, kiedy ten cholerny rząd pozwoli ci umrzeć? - Chyba tak. - To nie ma sensu! - poderwała się. - Możemy jeszcze wiele zdziałać! Konie nam wierzyły, podziwiały nas! - Nie tak głośno - skarcił ją. - Sąsiedzi. Usiadła z miną skrzywdzonego dziecka. - Lepiej już graj - poprosiła, a on zanucił cicho:
Kochanie, to czas spojrzeć mi w oczy, To czas, by powiedzieć: do widzenia, To dla mnie jasne.
Część 22 / 4
Maria nie mogła tego dłużej znieść. Uniosła pysk w górę i zaśpiewała czystym, mocnym głosem, przeciwstawiając się gitarze. Była najlepsza z najlepszych:
Zostawiasz piosenkę bez dźwięków, Zostawiasz historię, którą stworzyłam dla ciebie. Nigdy to bardzo długo - do widzenia. Na pytania nie ma odpowiedzi. Nigdy to bardzo długo - do widzenia. Nie ma litości dla zbolałych.
- Nie tak głośno - znowu upomniał ją szeptem, ale ona śpiewała coraz mocniej:
Nigdy to bardzo długo - do widzenia. Spędźmy razem noc, kiedy ten sen się kończy. Czasami się śmiejesz, czasami płaczesz. I tak - Płakałam po tobie. Opuściłeś mnie ślepą w Raju...
Wzięła oddech. - Czy ty mnie kiedyś kochałeś? Per patrzył na nią, jakby zwariowała. - Kochałem cię - wyszeptał w końcu. - A teraz? Skinął głową. - Zejdź ze mną - poprosiła. - Nie, Mario. Ja się wypaliłem. - Może pójdę sama. Może zostanę... Jestem taka samotna. - Nagle się rozpłakała. - Przytul mnie. Ich szyje połączyły się ze sobą. Przyciskając pysk do jego kłębu Maria wyszeptała: - Za chwilę będziemy grać, ale teraz chcę być przy tobie. - Łzy płynęły po jej brzydkim pysku. Trwali tak, trwali w głębi nocy, w pokoju oklejonym taśmą izolacyjną, we wrogim im mieście, w samym centrum zapomnianego, umierającego świata, a wiatr wiejący od oceanu hulał między drapaczami chmur.
Tuż przed szóstą obudził Pera dzwonek do drzwi. Rzucił się nerwowo na łóżku. Kto mógł przyjść tak rano? To pomyłka - pomyślał i spróbował zasnąć znowu. Dzwonek rozległ się ponownie. A jeśli to policja? Jeśli wczoraj przesadzili? Nie, on nie wstanie. Niech wyważą drzwi, jeśli tak im zależy. Dzwonek znowu się odezwał. Dźgnął Lenę nosem. - Idź otworzyć. - Sam otwórz – oznajmiła, przeciągając się i znowu zasnęła. Co miał zrobić? Zagryzł zęby i wstał. Przedpokój był bardzo długi i bardzo zimny. Przechodząc obok salonu zatrzymał się na chwilę, żeby odpocząć. Choć tak naprawdę to, by spojrzeć na Marię wyciągniętą na kanapie. Jej więzienie nie zabrało dwóch lat, ale nie było prawdą, że miała lekkie życie. Nie było prawdą, że los oszczędził jej cierpień. Ale ona nigdy się nie zmieniła. Wciąż płonęła tym samym ogniem co w dniu, gdy ją poznał. Szybko chodziła. Szybko mówiła zawsze pewna siebie. Bywały nocy, że płakała, ale potem zawsze nadchodził świt i znowu kipiała taką samą werwą. Była wspaniała. Dzwonek awanturował się. Per nie mógł dłużej stać. Kiedy ruszył, jego wzrok zawisł na framudze drzwi. Taśma izolacyjna zostawiła po sobie ślady. Lena będzie krzyczeć - pomyślał. Wreszcie otworzył drzwi. Powitał go stanowczy wyraz pyska skarogniadego ogiera. George naprawdę był nieskazitelny, z grzywą tak równo przyciętą i tak równo przyczesaną, że nawet jeden włosek nie sterczał w inną stronę. I to o szóstej rano. Jak Maria mogła żyć z takim pedantem? To nie to, co on - rozczochrany i z podpuchniętymi oczami. - Jest Maria? - spytał przybysz bez ogródek. - Tak. Śpi. Wejdź. - Per usunął się z przejścia. - Obudź ją i róbcie, co chcecie. – Ziewnął. - Nie szukajcie mnie, idę pod prysznic. Rzeczywiście poszedł, ale zamiast odkręcić wodę w kabinie, oparł głowę o ścianę i dosypiał. Tymczasem George wkroczył do salonu i obudził Marię szarpnięciem za grzywę. - Co tak brutalnie! - wrzasnęła podskakując i spadając z kanapy. - Chyba czas wracać do domu? - Sama bym wróciła po pracy - oznajmiła wstając. - Naprawdę nie musiałeś się po mnie fatygować. - Co z nim robiłaś? - Coś taki ciekawy? - przeciągnęła się - Łamaliśmy prawo. Nic więcej. - Mam ci uwierzyć? - Uwierzysz, bo jesteś głupi - oznajmiła i powędrowała do łazienki. Przepłukała zęby, potem dźgnęła śpiącego na stojąco Pera. - Gdzie Lena ma kredkę do oczu? - Nie ruszaj jej rzeczy - wymamrotał i znowu zasnął. Dźgnęła go raz jeszcze, ale tym razem nie zareagował, więc odkręciła wodę. Przerażony poderwał głowę. - Wychodzę - oznajmiła i wyszła, zarzucając pięknym żółtawym ogonem.
- Poczekaj. To tak nie wychodzi - wahała się Maria, z przejęcia miażdżąc długopis zębami. - Według rachunków przekraczasz naszą klasę zarobkową. - A jeśli ty weźmiesz ten duży rachunek na siebie, a ja te dwa małe? – zapytał. Był zdenerwowany. Kiedy przychodziło do zdania sprawozdania z zarobków, zawsze się denerwował. Bał się, że z ich powodu straci Marię, albo Lenę. Bał się, że zostanie sam. Tak już było, różne klasy zarobkowe żyły zupełnie od siebie oddzielone nie widując się nigdy. Podobno był to wymóg bezpieczeństwa. W przypadku małżeństw jeśli jedno przekroczyło zarobki swojej grupy, oboje zmieniali klasę, wraz z dziećmi, które nie skończyły osiemnastu lat. Tyle, że on nie był mężem Leny, nigdy się na to nie zdobył. I dlatego zawsze się bał. Należeli do klasy czwartej – było ich siedem, a rząd był ponad wszystkimi. Mieli trzy klasy do dna i trzy do szczytu. Byli w samym środku, w jednym z bezpieczniejszych miejsc w społeczeństwie. On urodził się jako członek klasy trzeciej i ulice na których się wychował, ani trochę nie przypominały ulic, które teraz przemierzał. Jego matka tam została, może wciąż tam żyła, chyba, że spadła na dno. Jak wyglądało dno? Słyszał w podziemiu opowieści o biedocie, ale nigdy nie widział biedaków, tak jak i nie widział bogaczy. - Wiesz... - powiedziała Maria podliczając raz jeszcze. - To wyjdzie. Ledwo, ale wyjdzie. - Mogli się spokojnie wymieniać swoimi rachunkami. Na żadnym z nich nie widniały ich imiona, ani numery, czy miejsca pracy. Rząd o to nie dbał. - Jakby co - odezwała się Lena, zaglądając do pokoju - jakąś małą sumkę mogę przyjąć na siebie. Ale teraz zabierajcie się ze stołu. Jemy kolację. - To ja pójdę. - Maria zerwała się. - Po co? - Lena patrzyła na nią, jakby zrobiła coś głupiego. - Przyzwyczaiłam się, że gotuję dla trojga.
Część 33 / 4
Wczłapał do biura. Wszyscy inni już byli. Jak zawsze zjawił się ostatni. Powitała go tablica z rozświetlonym numerem. Codziennie ją widział i nigdy nie poświęcał jej uwagi. Pokazywała numer szczęściarza - tego, który wygrał w totalizatorze. Z czym to się wiązało? Z kupą pieniędzy, którymi i tak nie można było swobodnie rozporządzać, z nowym, większym mieszkaniem, a przede wszystkim ze zmianą klasy zarobkowej. On nie chciał wygrać. Nie wierzył zresztą, że mógłby to zrobić. Zajął swoje miejsce przy biurku. Uniósł głowę i rozejrzał się po sali, chcąc sprawdzić kogo brakuje. Byli wszyscy, pochyleni nad swoim papierami, więc i on się pochylił. Wpisać jakąś informację w jedną kratkę, przybić pieczątkę, podać dalej. Nie rozumiał sensu swojej pracy, ale też nigdy się nad nim nie zastanawiał. Jego sąsiadka z lewej, czarna pantera, Erta, uśmiechała się dziwacznie. - Idź do szefa - powiedziała w końcu. - Przecież się nie spóźniłem. - To coś poważniejszego. - Uśmiech nie opuszczał jej tajemniczego pyska. Wstał więc i poszedł, chociaż kosztowało go to wiele wysiłku. - Pan mnie wzywał? – spytał, stojąc jak kupka nieszczęścia przed tłustym kasztanem, który zadudnił basowym głosem: - Ależ oczywiście. Musiałem cię wezwać, bo sam do mnie nie przyszedłeś. Per, wygrałeś w totalizatorze. To było jak uderzenie. Nagle zrobiło mu się ciemno przed oczami, a nogi się pod nim ugięły. - Jak chciałbyś wykorzystać te pieniądze? Cedzie przenajświętszy, proszę dajcie mi je – pomyślał. - Zejdę do podziemia, kupię sobie gitarę dwunastostrunową. - Nie wiem. - Oczywiście, duże mieszkanie - zaproponował kasztan. - Nie musi być takie duże. - No, w każdym razie jak coś wymyślisz, to dzwoń pod ten numer – oznajmił szef, wręczając mu jakąś wizytówkę. - Dobrze - wyjąkał Per tylko. - Za tydzień przeprowadzka - grzmiał wesoło kasztan. - Do widzenia, szczęściarzu. - Do widzenia. Zupełnie przybity wrócił na swoje miejsce. - Czemu się nie cieszysz? - spytała Erta. - A czemu mam się, cholera, cieszyć!? - Tupnął gwałtownie. - Wygrałem! Wiesz co to znaczy! Wszystko stracę! Stracę swoich przyjaciół, nawet ciebie, cholera! To jest zły świat! Ten system zabrał mi matkę! Ten system zabrał mi nogę! Ten system zabrał mi przyjaciół! - Uspokój się - powiedziała Erta. - Wszyscy słuchają. - Mam to gdzieś! - Nie rozumiem cię. Mówisz o tak błahych rzeczach. Dostąpiłeś zaszczytu, powinieneś się cieszyć. - Ciemna jesteś. Ten ból, moje serce, to błahe rzeczy? Ktoś poderwał się od biurka i pobiegł do gabinetu kierownika. - I widzisz, widzisz? - strofowała go Erta.
Po pracy poszedł prosto do Urzędu Stanu Cywilnego. Wiedział, że musi chociaż spróbować. Młoda, sympatyczna klacz wprowadziła jego dane do komputera. - Przykro mi – powiedziała. - Pan nie może się ożenić, jest pan w trakcie zmiany klasy zarobkowej. To był koniec.
Do domu wrócił tuż przed północą. - Gdzie byłeś?! Co zrobiłeś ze sobą! - krzyczała Lena na powitanie. - Chyba musimy poważnie porozmawiać! - Upiłem się – wyjęczał, osuwając się po ścianie. – Kocham cię! - I to ma wystarczyć? - Lenka, to koniec – płakał. - Wygrałem w totalizatorze. Zmieniam klasę zarobkową. - Jak potwornie brzmiały te słowa. - Odebrali mi cię. Odebrali. - Jego płacz przerodził się w lament. - Wstawaj! Do łóżka! Jak chcesz iść jutro do pracy?! - szarpiąc za grzywę w końcu postawiła go na nogi i zagnała do sypialni. On powoli tracąc świadomość już się nie opierał. Nie, nie chciała na niego patrzeć. Nie chciała, żeby on ją widział. Łykając łzy wycofała się do salonu i tam runęła na miękki dywan. Mocno wcisnęła w niego pysk. Płakała - cicha i samotna, płakała i nie miał jej kto pocieszyć. Była tylko małą, niepozorną klaczką, nie mającą dokąd uciec przed swoim bólem. Oto właśnie płaciła cenę za swoją miłość. Lecz mimo wszystkich żali i wszystkich złych myśli wiedziała, że kochał tego wielkiego dzieciaka. Kochała go, jaki by nie był. Po prostu kochała. Teraz... teraz miało nie być żadnej przyszłości. Później, zmęczona płaczem, już nawet nie czuła bólu. Czuła pustkę, była zawieszona w pustce. Wykonywała jakieś ruchy nogami, ocierając się o dywan, ale to wszystko było zupełnie bez sensu i przychodziło jej z coraz większym trudem. Głowa jej ciążyła, tak, że zaczęło się jej wydawać, że może nią wybić dziurę do sąsiadów przez cienką podłogę. Powieki zalepiły się ropą. Skórę na ganaszach ściągnął skurcz, wargi czekały na pocałunek, podczas gdy Per śnił swoje pijackie sny. Lecz, gdy podniosła się następnego dnia z wciąż ciążącą głową, nie usłyszał od niej słowa skargi. Mówiła: „porozmawiamy rano”, lecz nigdy nie dochodziło do tych rozmów, bo nocą wybaczała. Taka właśnie była - ona, mała klaczka.
Per śnił. Był na granicy miasta. Patrzył w dal, a przed nim rozciągało się morze traw. Lekko kołysane wiatrem sięgały aż po horyzont. Jakie to było przyjemne - tak stać i patrzeć w dal na pastelowe trawy, na błękitne niebo. Jakie to przyjemnie czuć na pysku chłodny powiew wiatru. Uśmiechał się sam do siebie. Nagle zjawiły się konie. Przybiegły skądś i bawiły się wśród traw. Goniły się, chwytały wargami, wspinały na tylnych nogach i ocierały o siebie barkami, szyjami. Maria była wśród nich. Czemu śnił o Marii? Podbiegała do niego. - Przyłącz się do nas - zawołała. Wtedy dopiero zdał sobie sprawę, że przed nim był mur. Nie był zbyt wysoki, nie sięgał mu nawet do piersi. On jednak nie był w stanie przez niego przejść. Gdyby mógł się rozpędzić... Nie mógł, wiedział o tym, więc nawet nie próbował. Spuścił głowę. Był więźniem, tylko więźniem. Konie odbiegły ku linii horyzontu i znikły mu z oczu, a on został zupełnie sam. Patrzenie w dal nie sprawiało mu już przyjemności. Obudził się, bez słowa wyszedł do biura. Walczył z bólem głowy. Potem znowu poszedł pić. Do domu wrócił w nocy i znowu śnił. Szedł wąskim korytarzem, a stłoczone konie patrzyły na niego. Był młody, miał sprawne nogi i tlenioną grzywę. Kogoś szukał. Chyba Leny, ale dlaczego akurat tam? Ona nigdy nie była częścią świata jego młodości. Znalazł się w końcu w niewielkiej salce rockowego klubu. Czasami tam grywał. Widział konie stojące przy barze. Barman krzątał się, przestawiając kolorowe butelki i nalewając do szklanek egzotycznie pachnące płyny. Półokrągły podest dla zespołu tonął w mroku. Ktoś się na nim przygotowywał do występu. Ktoś rozstawiał mikrofony. Wszystko utrzymane było w ciemnych i ciepłych, niesamowicie wyraźnych, niemal namacalnych kolorach. Nadal szukał. Nagle napotkał wąskie oczy, które przykuły jego uwagę. Zapomniał o wszystkim. To jej szukał, tylko jej. Srokata klacz z wadą zgryzu uśmiechała się lekko, tonąc w burzy żółtawych, popalonych trwałą włosów. O coś spytała. On odpowiedział. Śmiał się, ale nie słyszał słów. Wiedział tylko, że jakieś słowa były wypowiadane. Poprosił ją do tańca, a ona przytuliła się do niego. Kilka następnych wydarzeń jego sen musiał pominąć. Nagle widział siebie wraz z tą klaczą wypadających z klubu w strugi deszczu. Gnali przed siebie jak opętani. Nagle zatrzymali się, oboje stanęli dęba. Opadając rozchlapali wodę z kałuż. Otarły się o siebie ich szyje, ich pyski. Złapali się wargami za grzywy, obsypali pocałunkami. Byli dzicy i szaleni, na wskroś przemoknięci i jakże szczęśliwi w deszczu. Klacz odrzuciła w tył głowę i wybuchła szaleńczym śmiechem, a on patrząc na nią był szczęśliwy. Nikt nie umiał się tak śmiać. To nie był tylko sen. Kiedy się obudził doskonale pamiętał, że to wszystko zdarzyło się naprawdę, bardzo dawno temu, jakby przed wiecznością. Zadrżał przerażony swoją bezsilnością, a może nawet głupotą. Obiecał sobie, że zadzwoni do Marii, ale potem zaczął wszystko od początku i znowu pił.
Stał w drzwiach, patrząc na Lenę. Wychodził do biura po raz ostatni, następnego dnia zaczynał nowe życie. Oczy Leny zasnuły się mgłą, ale niczego nie powiedziała. On też milczał i tylko patrzył na jej delikatny, piękny pysk. Zastanawiał się, czy wiedziała, że on już nie wróci. W każdym razie dowie się, kiedy ktoś przyjdzie po jego rzeczy. Spakował także gitarę, miał nadzieję, że jej nie zauważą. A nawet jeśli... Nie spotka go za to nic gorszego od tego, co właśnie przeżywał. Odwrócił się i ruszył po schodach. Nie obejrzał się już, a Lena nie zawołała. Nie poruszyła nawet wargami. Po pracy znowu pił, a potem poszedł pod swój nowy adres, zabierając ze sobą butelkę taniego wina. Ten jeden raz było mu wolno oficjalnie przejść pomiędzy dzielnicami różnych klas społecznych. Musiał podać tylko strażnikowi swój numer. Siwek o znudzonym wyrazie pyska wpisał go w komputer i powiedział: - W porządku. Możesz iść. Mieszkanie rzeczywiście było duże, duże i puste, pomalowane na zimny, biały kolor. Przeraziły go cztery pokoje, piękna łazienka z wyposażeniem i taka sama kuchnia. Jego rzeczy leżały w największym pokoju, gitara również. Nie rozpakował niczego, wyjął tyko zdjęcia: portret Leny, portret Marii i swoich rodziców w dniu ślubu. Ojciec był wtedy elegancki - z muchą, matka wydawała mu się przepiękna, z wiankiem i welonem okrywającym jej szyję. Ustawił zdjęcia na środku podłogi. Potem poruszając się w nieskoordynowany sposób, wepchnął materac w kąt pokoju. To było wszystko, co miał. Usiadł na środku, wyciągnął zębami plastikowy korek z butelki i pił. Chłodny, gorzki płyn palił go w żołądek, przyprawiając o mdłości i zawroty głowy. Chyba miał już dosyć. Podłoga odpływała gdzieś, łącząc się sufitem. Ściany pulsowały. Położył się na boku myśląc, że to pomoże. Wtedy przyszły. Wyłoniły się spod podłogi podobne do cieni i okrążyły go. Myślał, że zwariował, zamknął oczy, by od nich uciec. Wtedy było jeszcze gorzej, bo słyszał tylko tupot ich łapek i szczękanie zębów, gdy węszyły wkoło, prychając gniewnie. Były tu, tańczyły wokół niego - szczury. Jedyne spośród zwierząt, które nigdy nie opuściły ludzi. Jedyne, które przeżyły, gdy ludzie wymarli. Jedyne, które nie nauczyły się wspólnej mowy i nie wzięły udziału w tworzeniu nowej cywilizacji. Mimo to wciąż trwały tylko i wyłącznie dla siebie samych. One - wielkie i tłuste, szare szczury o długich, nagich ogonach, o mocnych zębach. Szczury noszące swoje małe główki z czarnymi, bystrymi oczkami bez żadnego wyrazu, tak blisko ziemi. Szczury o łapach tak przypominających zwinne ludzkie dłonie. Przerażały go samym swoim istnieniem. Były straszniejsze od narkotycznej wizji. Chodziły wkoło, wspinały się na tylnych łapkach pokazując mu swoje tłuste, miękkie brzuchy. Opadając zmieniały kierunek, by w chwilę później zrobić to raz jeszcze. Dygotał otoczony przez nie, a one poruszały nosami i wydawały z siebie dziwaczne dźwięki. Nagle zrozumiał. Śmiały się z niego, bawiły się jego kosztem. Chciał się zerwać i uciec, ale nie miał na to siły. Przymknął tylko oczy, a one chodziły wokół niego, wirowały wokół jego głowy. Ich tupot narastał w jego umyśle, aż stał się łoskotem. Ich śmiech osaczał go - coraz śmielszy, coraz bardziej wrogi. Tak trwało to wokół niego, aż do utraty zmysłów, kiedy cisza i hałas, spokój i lęk, zatarły się i połączyły w jedno, a on odpłynął w pustkę.
Nowe biuro było takie samo jak każde inne, rzędy biurek, rzędy pochylonych głów, sine ściany i tablica rozświetlona numerem zwycięzcy. Teraz mógł mieć pewność, że to nie będzie już on. Jakaś kartka - wpisać dane, przybić pieczątkę, podać dalej. Wszystko tak samo. Nawet nie przyjrzał się swoim sąsiadom. Pracował w otępieniu aż do dzwonka oznajmiającego przerwę na posiłek. Zwierzęta powoli podnosiły się i ruszały w stronę stołówki. On się nie ruszył. Sąsiadka z lewej podeszła do niego. - Dlaczego nie idziesz na obiad? - usłyszał jej słodki głos. Spojrzał. Była ładną, wysoką i szczupłą, może nawet nieco zbyt szczupłą klaczą o rudej, lekko falującej grzywie. Jego serce mocniej zabiło. Miała wąskie oczy o niepokojącym spojrzeniu, podobne do oczu Marii, lecz nie ciemne, tylko jasnozielone. - Po co? - zdziwił się nie tyle treścią pytania, co w ogóle tym, że ktoś je zadał. - Nikogo nie znam, nikt nie zna mnie. Nie zależy mi, żeby coś zmieniać. Mam kanapki, mogę zjeść je tutaj. Klacz przyglądała mu się uważnie przekrzywiwszy głowę. - Jesteś inny. - Nie wiedział, czy spytała, czy oznajmiła. - Chyba nie – rzekł. - Chyba każdego można zniszczyć. - Nie wiem - odparła klacz. W coś grała. - Widziałam, że utykasz - powiedziała cedząc słowa. - Co ci się stało? - Spałowali mnie - odpowiedział szczerze. Klacz przyskoczyła do swojego biurka, po czym wręczyła mu jakąś karteczkę. - Wiedziałam - oznajmiła tryumfalnie. - Tu masz adres. Na pytanie: „po co przychodzisz?”, odpowiedz: „by nieść miłość”. Ja jestem Tina - wyrzuciła z siebie i znikła, a on został sam w biurowej sali myśląc, że nie skorzysta z propozycji klaczy. Nie chciał schodzić do podziemia. Gdyby jeszcze miał na to siłę i odwagę poszedłby z Marią tamtej nocy, gdy płakała przytulona do niego. O Mario, gdzie teraz jesteś? Co robisz? Idź! Idź na dół! Ty idź, ty nie możesz się tak dusić! Ty jesteś najlepsza!
Część 44 / 4
Tego dnia już nie pił. Bał się wrócić pijany do domu. Przerażała go sama myśl o szczurach - znowu przyjdą, będą tańczyć wokół niego, będą się z niego wyśmiewać. Wargi drżały mu, gdy otwierał drzwi. Wkroczył do największego pokoju, rozglądając się uważnie. Kopyta uderzając o szare linoleum wydawały nieprzyjemny odgłos. Innych pokoi nie odwiedzał. Nie były mu do niczego potrzebne. Nagle usłyszał szelest i skrobot pazurów. Przyszły, przyszły i tego dnia. Wyłoniły się spod podłogi i powoli zbliżyły ku niemu, zbite w stado. Zatrzymały się, węszyły strzelając nosami. Potem posunęły się kawałek dalej, podobne do szarego wojska. Ich czarne, świdrujące oczka przyglądały mu się bezwzględnie, tak jakby zwierzątka były pozbawione jakichkolwiek uczuć. Szczury zdawały się myśleć intensywnie. Ich czoła marszczyły się. Dziś czuły się tak samo niepewnie jak on. Mimo to zadrżał. Zawrócił i przemknął do kuchni. Wyciągnął bochenek chleba i pokroił go w kostkę, przy okazji część zjadając. Śpieszył się. Wrócił do szczurów, wciąż tkwiących w tym samym miejscu. Rozsypał chleb po pokoju. Chciał je przekupić. Zwierzątka wyciągnęły szyje i węszyły, ale nie podeszły do jedzenia, którego przedtem dotykały jego wargi. Nie ufały mu i on też im nie ufał. Sięgnął po gitarę. Zaniepokojone szczury podskoczyły spoglądając na niego. Dziś nie przypominał już tamtego wraku, wokół którego tańczyły poprzedniej nocy. Widocznie umiał się wziąć w garść, widocznie nie był tak godny potępienia, jak myślały. Usiadł i ujął gryf wargami. Nawet nie zastanawiał się, co zagra. Po prostu zaczął brzdąkać. Nie zabezpieczył okien, nawet nie zamknął drzwi. Nie zależało mu, nie miał niczego do stracenia. Szczury przysłuchiwały mu się uważnie. Znowu węszyły, a on grał najpierw jakieś splątane, dziwaczne dźwięki, by w końcu wyłonić z nich spokojną, rzewną melodię. Dlaczego właśnie tę? Gdzieś głęboko w jego pamięci Maria śpiewała lekko zachrypniętym głosem.
Nie ma ratunku dla złamanych serc, Nie ma powrotu dla tych, co zgubili drogę.
Gorycz ścisnęła go za gardło. Bardzo chciał się rozpłakać, ale łzy nie popłynęły. Czasami potrafił zachowywać się jak mężczyzna. Zresztą szczury patrzyły. Patrzyły i słuchały przebierając przednimi łapkami, jakby podskakiwały w rytm muzyki. Urzekł je, oczarował, pokazując coś, czego nie znały, zawsze słuchając tylko pomruków ziemi. Jeden szczur odłączył się od stada i przyciśnięty do podłogi podbiegł tupiąc cicho do kawałka chleba. Obrócił zdobycz w łapkach i zaczął jeść, a inne obserwowały go uważnie. Kiedy upewniły się, że nic im nie grozi, dołączyły do swojego zwiadowcy. Jadły. Jadły zupełnie spokojnie, a Per grał następną smutną melodię. Nie rozumiały go, tak od nich odmiennego, tak oddalonego od nich na drodze ewolucji, nie rozumiały go, w ich mniemaniu odmiennego od reszty zwierząt miasta, ale zaczęły go szanować. Wycofały się powoli, oglądając się na niego, w pyskach unosząc kawałki chleba. Został sam, ale już nie tak samotny i nie tak przerażony. Miał szczury. Teraz ich obecność uspakajała go i wypełniała pustkę jego życia. Grał, grał jeszcze długo po tym, jak noc zapanowała nad światem. Potem płakał cicho skulony na materacu, lecz szczury nie przyszły, by się z niego śmieć. Był inny niż ci, których znały, więc może tacy jak on mogli płakać. Niech płacze, jeśli mu to pomaga. Niech płacze. Może tak musi być. Wiedziały, że jego umysł je przerastał. Rano, przed wyruszeniem do biura zostawił im kawałki chleba w rogu pokoju. Przyjaźń została zawarta.
Rubryczka - wpisać dane, przybić pieczątkę, podać dalej. Coś go niepokoiło. Czuł na sobie czyjś wzrok. Podniósł głowę i rozejrzał się po sali. Wszyscy pochylali się nad swoimi biurkami. Spojrzał na sąsiadkę z lewej. Szybko poruszała głową, stawiając na papierze rozliczne kreski. Na pewno nie pisała. Wyciągnął szyję, żeby dokładniej zobaczyć co robi. Jego oczom ukazała się gmatwanina linii. Potem dopiero dostrzegł to, co widział codziennie w lustrze: kudłatego, nieco zbyt tłustego ogiera o wielkich, podpuchniętych oczach. Na chwilę zamyślił się nad swoim wizerunkiem. Tak właśnie wyglądał. Może powinien coś zmienić? Nie chodziło nawet o sam jego wygląd, tylko o to kim był i kim się czuł. Potem pomyślał o klaczy. Czemu mogła pozwolić sobie na nie wypełnianie swojego zadania, a mimo to wciąż dostawała pieniądze i utrzymywała się w tej klasie zarobkowej? No i czemu jego właśnie rysowała? Może się jej podobał? Może chciała go zwabić, sprowokować? To też by znaczyło... W każdym razie ona o nim myślała. Ona była z podziemia. Ona pięknie rysowała. Rudogrzywa podniosła głowę i napotkała jego spojrzenie. Ołówek wypadł jej z pyska, jak gdyby się wystraszyła. On odruchowo pochylił się nad swoimi papierami. Już nie byli obcy, zrozumieli to przez ten ułamek sekundy, kiedy patrzyli sobie w oczy. Każde dla tego drugiego stało się zagadką do rozwikłania. Per nie chciał zaczynać życia na nowo, na nowo poznawać, lubić i kochać. Nawet nie zamierzał próbować, a mimo to, chociaż sam nie byłby w stanie wytłumaczyć dlaczego, jego myśli coraz częściej czepiały się nowej rzeczywistości. Nic nie mógł na to poradzić. Czas płynął, musiał płynąć i płynąć będzie, czy tego chciał, czy nie. Rany się goją, ból słabnie, nadzieja zawsze w końcu się odradza. Zostają blizny. Życie z bliznami to już zupełnie inna sprawa.
Grał dla szczurów. Tak było co wieczór Już nie przypominały wojska. Przychodziły powoli, jakby odbywały leniwą wycieczkę. Zbliżały się do niego, lecz nigdy nie tak blisko, by mógł ich dotknąć. Bez wahania brały jedzenie, które im zostawiał, a gdy grał, kładły się na ziemi mrucząc oczy. Wiedział, że były zadowolone. Z czasem zaczął dostrzegać, że ich na pozór bezwzględne, nieczułe oczy też były w stanie odbijać emocje. Było im dobrze, gdy grał. Niektóre zasypiały ukołysane muzyką, a gdy się budziły, przeciągały się leniwie i ziewały pokazując swoje długie, różowe języki. Patrzył na nie, na zadowolone, miękkie, tłuste ciała. Uśmiechał się sam do siebie, uśmiechał się do nich. Wierzyły w niego, w jego odległy umysł. Wierzyły, że będą w stanie się do niego upodobnić, dorównać jego myślom i tworzyć dzieła tak wspaniałe jak on. Kiedyś być może nauczą się płakać. Tego też chciały. On wymyślał nowe melodie, melodie opowiadające historie tego małego, zapomnianego plemienia, aż stworzył w końcu Szczurzą Symfonie. Jego nowy świat był dobry i spokojny, cały rozpisany na gitarowe akordy. Pewnego wieczoru nagle coś zburzyło spokój - zadzwonił telefon. Szczury poderwały się i uciekły. On odstawił gitarę i poszedł odebrać wcale się nie spiesząc. - Halo - niezbyt przyjaźnie warknął w słuchawkę. - Per? - brzmiał ciepły głos nieznanego mu ogiera. - Dlaczego jesteś taki skromny? Czego ci potrzeba? Wydaj w końcu swoje pieniądze. - Złościło go, że tamten mówił mu po imieniu, złościł ten jego głos i to, że nie chcieli mu dać spokoju. Jemu było dobrze w pustym mieszkaniu ze szczurami. - Mieszkasz sam? - Tak – rzucił gniewnie. Chciał dodać: „odebraliście mi moją dziewczynę”, ale się powstrzymał. - Jak sobie radzisz? - Dobrze. - Nie potrzebujesz sprzątaczki? Może kucharki? Pomyślał o szczurach, bardziej o szczurach niż o tym, że nie miał gdzie ukryć gitary. Nie mógł dopuścić, żeby mu je odebrali, żeby je zabili. Nie mógł ich zawieść, one mu uwierzyły. Po co przyznawał się, że jest sam? - Nie. Nie potrzebuję sprzątaczki. Dziękuję. - Odłożył słuchawkę. Przecież nie musiał być sam, była rudogrzywa. Jak ona miała na imię? Mówiła mu. Tina! Ze sterty swoich rzeczy wygrzebał kartkę z adresem, który mu dała. Wiedział, że to była skrzynka kontaktowa. Może uda mu się trafić do tej klaczy. Dalej przerzucał rzeczy. Spostrzegł okrągły, złoty kolczyk. Wziął go w zęby. Uśmiechnął się w duchu, przypominając sobie dobre czasy. Odłożył go na bok i wciąż szukał. Jest - przyrząd do zakładania kolczyków. Czegoś mu jeszcze brakowało. Wstał. Jak zawsze kosztowało go to wiele wysiłku. Nagle jednak było warto. Zszedł na dół. Przemierzył kilka ulic i kupił lakier do włosów. Z całym tym sprzętem usiadł później przed lustrem w swojej wielkiej, luksusowej łazience. Dziurka w uchu dawno już zarosła, ale trudno, trochę tylko bolało, gdy przebijał ją znowu. Grzywę należało dokładnie wyczesać i postawić do góry dzieląc na pasemka. Popatrzył w lustro. Od razu lepiej wyglądał. Zaraz przyjdzie Maria i zapyta: „jesteś gotowy?”, a potem przypudruje mu nos i wyjdą na scenę. Wyjdą na scenę... Mario, gdzie jesteś? Tej nocy znowu grał stare melodie słysząc jej głos wzbijający się ku niebu. Szczury jednak nie przyszły, jak gdyby wyczuły zbliżające się nieszczęście.
Stał pod drzwiami nerwowo przestępując z nogi na nogę. Jeszcze nie wiedział, co powie, ani czego tak naprawdę chce. Słyszał powoli zbliżające się kroki. - Po co przychodzisz? - spytał przez zamknięte drzwi głos niemłodej już klaczy. Nie odpowiedział od razu, nie był pewny, czy zna hasło. - By nieść miłość - wydusił w końcu. - A jeśli cię nie wpuszczę? - Będę płakał - odpowiedział bez zastanowienia. - Wchodź! - szczęknęły zasuwy i jego oczom ukazała się rosła i niezbyt urodziwa dama o zielonkawej sierści i ciemnych, wyłupiastych oczach. Wkuśtykał do bogato urządzonego pomieszczenia, rozglądając się uważnie na około. Klacz dokładnie zamknęła drzwi. - Nie jesteś z dołu - powiedziała w końcu. Trochę go przerażała, niesamowicie elegancka i wyniosła, jakiś zapomniany rodzaj klaczy, którego nie spotykało się już na ulicach. - Ale byłem – odpowiedział. - Spałowali mnie. Spojrzała na niego niezbyt uważnie. - Czujesz się nieswojo – stwierdziła. - Nic dziwnego. Takich, jak ja, już dziś niewiele, a ty mieszkasz pewnie w pustym mieszkaniu bez mebli? - Tak. Skąd pani wie? - Zaskoczyła go. - Tacy często do mnie przychodzą – odpowiedziała. - Ale nie mów mi per pani. Jestem po prostu Ziuta, dziś nie ma już między nami różnicy. Kiedyś to było co innego. Byłam żoną Kinga, ileś tam razy prawnuka JC. Podziemna rodzina od pokoleń. Wiesz, kim był JC? - Tak – odparł, a chcąc żeby klacz wreszcie skończyła swoje wywody, dodał - ja jestem Per. Ziuta po raz pierwszy się uśmiechnęła. - Ty też pochodzisz z niezłej rodzinki. Zaraz, zaraz. Ja cię pamiętam. Nie można zapomnieć kogoś o takim imieniu. Śpiewałeś kiedyś z taką brzydką klaczą? - Tak, ale ona nie była brzydka. Ziuta się zaśmiała. - Dobrze, dobrze. My tu gadamy... Po co właściwie przyszedłeś? - Szukam klaczy. - Tak? - Ma na imię Tina. - Taka ruda? - spytała. - Tak. - Cóż, dobrze trafiłeś. Tu jest telefon. - Wskazała na półkę przy drzwiach. - Dzwoń 00125082 - wyrecytowała. Per popatrzył na nią niepewnie. - Nie bój się. To jeden z telefonów bez podsłuchu. Szybko wykręcił numer. - Słucham - rozległ się spokojny głos rudogrzywej. - To ja. Siedzę obok ciebie w biurze. - Nie wiedział co powiedzieć. - Dałaś mi adres do Ziuty, rysowałaś mnie i pomyślałem... Moglibyśmy się spotkać. - Dobrze. Tylko gdzie? - zabrzmiało to, jakby na niego czekała. - Potrafisz dostać się do dzielnicy dla czwartej klasy zarobkowej? – przez głowę przemknęło mu pytanie, czy on to potrafi. I czy na pewno już się nie boi. - Oczywiście. - Więc musisz znać tamtejszy klub dla takich, jak my? - Nagle ugryzł się w…