Podróże · 6 min czytania
Dzieci z dworca Risani
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dzieci z dworca Risani
Skojarzenie z tytułem świetnej książki pewnej zrujnowanej przez narkotyki nastolatki z Niemiec jest mylne. Jedyne co łączy oba teksty to tytułowe dzieci.
Dworzec w Risani leży na końcu świata. Można stąd wyruszyć w morderczą wędrówkę w głąb piekielnej, spalonej słońcem i wrogiej turystom Sahary lub zawrócić w bardziej przyjazne rejony Maroka. Miejsce to doprawdy niezwykłe.. ludzie przyjeżdżają tu z całego świata, by prawie natychmiast marzyć o powrocie. Niewyobrażalny upał jaki panuje w Risani zdają się bez problemu znosić jedynie rdzenni mieszkańcy oraz ich wielbłądy, od których aż roi się na piaszczystych uliczkach miasteczka. Miejscowi prześcigają się w propozycjach dla turystów, oferując wycieczki na Sahare z noclegiem w hotelu położonym u jej stóp. Liczy się czas.. odpowiednio spowalniając negocjacje i ciągle marudząc można zejść z ceną nawet o połowę. Wysłani przez hoteliki werbownicy nerwowo spoglądają na zegarki, denerwując się, że ciągle nie zapełnili swojego jeepa. Póki nie będzie pełny nikt z Risani nie wyjedzie. Co bardziej niecierpliwi decydują się zapłacić więcej byle już tylko ruszać w drogę, gdyż upał staje się nie do wytrzymania. W końcu jeep jest pełny i kolejna partia turystów rusza na podbój osławionej pustyni. W hotelach czeka ich kolejna tura negocjacji, tym razem o warunki wyjazdu w głąb Sahary.
Po przyjeździe skierowani zostaliśmy do centralnego miejsca w mieście, którym jest dworzec autobusowy. Sporych rozmiarów hala zbudowana w całości z wielkich betonowych bloków, w niczym nie przypominała egzotycznych budowli Fezu czy Tetuanu. W budynku można niemal od razu spotkać miejscowe dzieci, które całymi dniami przesiadują w tym miejscu chroniąc się przed słońcem. Tak nam się tylko wydawało, gdyż szybko okazało się, że mają one o wiele ważniejsze sprawy na głowie niż ucieczka przed gorącem upalnego dnia. Dzieci obległy nas momentalnie tak, że ledwo zdołaliśmy dojść do ławki i zdjąć wielkie plecaki z przemoczonych od potu i sfatygowanych pleców. Dzieci mówiły do nas w nieznanych nam językach, podawały ręce, dotykały ubrań i pokazywały różne skarby, które akurat miały ze sobą. Nie sposób się od nich opędzić, gdyż przyzwyczajone do takich reakcji nie zrażają się obojętnością przybyłych. Na dworcu zauważyliśmy dwa sklepy ustawione naprzeciwko siebie. Ruszyliśmy do nich by kupić wodę, ponieważ pomimo wczesnej pory temperatura już miażdżyła nasze bolące po nieprzespanej nocy w autobusie głowy. Co ciekawe mimo, że sklepy dzieli odległość 10 metrów cena wody różni się znacznie, bo o jakieś 40%. Później poznany przez nas werbownik z uśmiechem na ustach wytłumaczył nam, że to specjalnie, bo często ludzie usychający od upału nie zadają sobie trudu by porównać cenę obok i kupują drożej. To kolejny poznany przez nas chwyt Marokańczyków potwierdzający, że w sztuce handlowej nie mają sobie równych. Siedzimy w rogu wielkiego dworca z kamiennej płyty. Wokół nas miejscowi leniwie przyglądają się…