Inne · 8 min czytania
Dzieciak
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dzieciak
Czy jeżeli za waszym oknem, od kiedy tylko pamiętacie, widać wzgórze, pewnego dnia zechcecie spytać: „Dlaczego to wzgórze tutaj stoi?”? Ja z kolei nie pamiętam dnia, w którym po przebudzeniu nie ujrzałbym dziecka. Od zawsze, w kącie mojego pokoju, za szafką kuca sobie dziko żyjące dziecko. Brzydkie i zaniedbane z włosami nie ściętymi i tłustymi, kościotrupio chude a blade, umorusane, o paznokciach długich i zagrzybionych. Zawsze tak samo skulone – w pozycji niemal embrionalnej. Czasem na nie trochę popatrzę, ale nigdy zbyt długo, bo ani to przyjemny, ani ciekawy widok. Nie zawadzało mi jednak nigdy, nie śmierdziało, nie chciało żreć, to i je ignorowałem. Godziłem się na jego trwanie, albo bardziej – nie widziałem sensu niegodzenia się. Kolejny upchnięty gdzieś, byle nie na widoku, rupieć. Ot, dziecko. Ja na różne chadzam pokoje. Ja jestem pisarz ceniony i poczytny niezgorzej. Ja czynię obserwacje rozliczne przy tej okazji, aby potem z czegoś móc czerpać tematy do kolejnych utworów. Ja między wrony, ale ani myślę krakać jak i ony. Ja pokojami nieraz się żywię, ja wysysam to, przez co inni są wysysani. Zmierzam w każdym razie do tego, że zdarza mi się „bywać”, ale kiedy „bywam”, to zawsze odkrywczo. Przydarzyło mi się być pewnego razu na bankiecie u Moligsztajna. Zabawa była niezła, ale trafiały się lepsze. Na szczęście paru moich kompanów tam spotkałem, tośmy sobie mogli przynajmniej w jednej klice siedzieć i rozprawiać o tym, jak to niezła jest zabawa, ale trafiały się lepsze. Czegoś mi jednak bardzo brakowało u Moligsztajna. Było wśród tych ścian coś, co nie pozwalało rozpłynąć się i wesprzeć zmęczone kończyny na powietrzu. Nie było tam tego ulotnego zafałszowania, na które zawsze mogłem liczyć np. u Groszka i jeszcze w paru innych miejscach. U Moligsztajna czułem się, jakby ciągły jakiś natręt usuwał mi fotel spod ciała, przez co zamiast zatopić się w lekko stęchłym, ale jak czasem miłym, sosie zapomnienia, cały czas udzielała mi się drażniąca prawdziwość. Nie jednak prawdziwość tak mi miła zawsze i wyczekiwana przez całe życie. Raczej prawdziwość przez toporność, prawdziwość przez niedosyt smaczków nieodgadnionych i bezkształtnych. Kolejnym frustrującym faktem był brak jakiegokolwiek spostrzeżenia co do czegokolwiek. Wszystko już było, wszystko już znałem, wszystko marność, wszystko wtórność. Obszedłem wkoło mieszkanie – izba po izbie, nieco desperacko szukając obiektu, którym mógłbym zabawić moją znudzoną percepcję. Rzecz to była zaiste głupia. Wszak próbowałem szukać dziwów i wynaturzeń tak, jak szuka się okularów albo pilota od telewizora, a przecież to nie tędy droga – nie tutaj leży istota. Zdenerwował mnie ten wieczór, bo cóż to ma znaczyć – żebym ja „bywał” dla samego „bywania”, a nie dla sztuki, nie dla skromnego rozwijania myśli przedwiecznej. Postanowiłem się czym prędzej pozbierać, a gdy o zamiarze tym napomknąłem moim towarzyszom, oni również wyrazili taką chęć. Nie minęło pięć minut, jakeśmy już szli ulicą, weseli żeśmy opuścili te obmierzłe progi. Gdy potem siedziałem w moim mieszkaniu, próbowałem jeszcze przed spaniem wymyślić na siłę, przypomnieć sobie w sposób rozpaczliwy jakąś dysharmonię u Moligsztajna, wykryć oszustwo, nakryć spaczenie. Nihil jak diabli. Położyłem się spać podenerwowany. Poranne olśnienia – znacie je? Musicie je znać! To kiedy cały wieczór rwiecie sobie włosy i łamiecie głowę nad jakąś sprawą, a tymczasem rozwiązanie przetrzymuje was w tym przebrzydłym ogłupieniu do rana. I wtedy przychodzi lekko i rześko, oświecając nas, że czujemy się nadzy i dziecinni przed samymi sobą. Takie olśnienie właśnie owego ranka stało się moim udziałem. Zbudziłem się i po prostu od razu wiedziałem – dziecko. Dziecko! U Moligsztajna nie siedziało nigdzie dziecko – wiem, bom wszystkie izby aż nadto dokładnie spenetrował – a u mnie siedzi non stop. Ha! Już wiedziałem, z czym tego dnia…