Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 10 min czytania

Dziecię słońca

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dziecię słońca

Po raz pierwszy ujrzała feniksy w wieku piętnastu lat. Było to podczas krótkiej podróży z Nawakszutu, małej miejscowości afrykańskiej, wzniesionej nieopodal pustynnych równin, do Ad-Dachla, położonego bardziej na północ. Przedzierali się przez skrawek pustyni, mając za przewodnika jednego z licznych kolegów ojca, zamieszkałego na stałe w Dakarze. Jechali na koniach achałtekińskich, niezwykle wytrzymałych stworzeniach, używanych jeszcze przez nomadów... Było wczesne popołudnie, najgorsza pora dnia, gdyż słońce na bezchmurnym, błękitnym niebie piekło niemiłosiernie. Karawana składająca się z pięciu osób przystanęła na chwilę, dając wytchnienie wierzchowcom. Trisha pociągnęła łyk z manierki, wachlując się kapeluszem z obszernym rondem. Zapasów mieli jeszcze dużo, także nie groziła im śmierć z pragnienia, ani głodowa. Stojący nieopodal ojciec uśmiechnął się do niej, jednak dało się zauważyć zmęczenie wypisane na jego twarzy. Już nie te lata, pomyślała, wiedząc, że wkrótce ojciec będzie musiał zaniechać dalszych wypraw. Odwróciwszy się, przeciągle popatrzyła na horyzont. I wtedy właśnie dostrzegła dwa mieniące się w oddali punkty. - Mochamed! Co to jest, tam, daleko? – zawołała, wyciągając rękę. Pojący jednego z koni człowiek, uniósł głowę zdziwiony. Jednak po chwili i on dostrzegł przemieszczające się na bezchmurnym niebie kształty, lśniące niczym promienie słońca. Po chwili oba punkty znikły za horyzontem, gasnąc jak płomyk zapalniczki. - To jakieś pustynne zjawisko, fatamorgana? – spytała. Mochamed pokręcił głową w milczeniu. - Z tego co mi wiadomo, nic takiego się jeszcze nikomu nie przydarzyło. Możemy spytać o to dziwo Beduinów, kiedy dotrzemy do Ad-Dachla. Jednak zdarzenie szybko uleciało z pamięci dziewczyny oraz Mochameda, wyparte przez trudy dalszej wędrówki.

Los lubi często płatać figle. To, co z pozoru wydaje się być nieistotne, może mieć duże znaczenie w przyszłości. Tak było i tym razem...

* * *

Serce pustyni skutecznie i długo przywoływało utęsknioną duszę dziewczyny. Po raz wtóry zawitała na Czarnym Lądzie siedem lat później. Już nie jako zwykła turystka, ale cieszący się uznaniem archeolog. Rozpoczęła swą kolejną wędrówkę przez bezkresne morza piasku w Aleksandrii, mając zamiar skończyć ją w Baradai, u podnóża monumentalnych gór Tibesti. Czekała ją długa i niebezpieczna podróż, lecz podsycana nieustanną ciekawością i tęsknotą za potęgą pustkowi. Przewodnikiem był stary Beduin o wypalonej słońcem twarzy i żywych oczach, o którym mówiono, że wydarł serce pustyni, dając jej w zamian swoje. W całym dorzeczu Nilu trudno byłoby znaleźć lepszego. Zamiast koni wzięli baktriany, dwugarbne wielbłądy. Wyruszyli objuczeni sporymi zapasami, żywiąc w duchu nadzieję na szybką i bezbolesną podróż. Mimo to od samego początku nie szło najlepiej. Jeden z wielbłądów w niespodziewany sposób okulał, powodując zdumienie nawet na twarzy ich przewodnika. Po ostrej wymianie zdań uzgodniono, że zwierzę zostanie prowadzone na powrozie, a na grzbiecie będzie wiozło tylko lekkie rzeczy. Problem stanowiły też zimne noce i upalne dnie. Odbijało się to na zdrowiu bardziej wrażliwych uczestników wyprawy. Nie obyło się też bez bolesnych odparzeń... Trisha patrzyła na to wszystko obojętnym wzrokiem, jakby odcięta od rzeczywistości. Upajała się pięknem pustyni i otaczającą ich dookoła przestrzenią. Nie chciała dopuścić do siebie zmartwień i trosk. Kiedyś przyjdzie na nie czas. Ale jeszcze nie teraz. Posuwali się pomału naprzód, przemierzając rozgrzane słońcem wydmy. Minęły trzy tygodnie. Okulały wielbłąd padł. Jeden z murzyńskich niewolników był na skraju wyczerpania, zwyciężony przez trudy podróży. Stary Beduin patrzył na rozgrywający się dramat z milczeniem. Wiedział, że pustynia zbiera swoje żniwo. Czuł jednak, że to jeszcze nie koniec. Po kilku dniach dotarli do Al.-Dżauf, małej miejscowości, objawiającej się strudzonym wędrowcom niczym piękna fatamorgana. Pozostali tam na noc, śpiąc na naprędce skleconych leżankach. Trisha nie miała spokojnego snu. Śniła jej się pustynia – groźna otchłań, a w środku niej – czarnowłosa kobieta z zamkniętymi oczami. Miała na głowie czerwoną opaskę, ubrana w płomienną suknię, ze złożonymi dłońmi. Powiał wiatr. Piach zawirował wokół kobiety. Uniosła lekko głowę, jakby patrząc na Trishę. Nadal nie otwierała oczu. - Chodź do mnie... Przyjdź... Czekam na ciebie – szepnęła zjawa i wnet została zasłonięta przez wirujące drobinki. Gdy piach opadł, nikogo już nie było. Trisha obudziła się z mocno bijącym sercem. Była trzecia w nocy. Idealna pora na dalszą wędrówkę. Noc na pustyni nie jest zwyczajna. Dookoła zalegają nieprzeniknione ciemności, a mimo to wszystko wokół jakby się żarzyło, oddychało i czaiło w mroku. Do świtu została godzina. Karawana ruszyła naprzód, zostawiając za sobą ostatnią przystań. W mniejszym o dwie osoby składzie, bo ubyło następnych ludzi, decydujących się na pozostanie w Al-Dżauf, obserwowali uśpione…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dziecię słońca — czytnik · opowiadania