Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 17 min czytania

"Dziecko Prawdy" cz1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ubrana na czarno postać spoglądała ze skarpy na miasto Abensheval- stolicę królestwa Deval. - Już wkrótce zdobędę koronę. Strzeż się królu Thenie- powiedziała i zniknęła w gęstym lesie Shenak.

Młoda kobieta zapukała do drzwi gospody „Pod Siwym Kozłem”. Otworzył je niechlujny dryblas. - Czego?!- wrzasnął a ta odsunęła się. - To tak się wita gości? A poza tym, człowieku, kiedy ty ostatnio myłeś zęby? Mężczyzna słysząc pytanie oblał się rumieńcem. - Pani, brak nam wody. Wkrótce nadejdzie zaraza i wszyscy zostaniemy ukarani w imię bogów nieba, ziemi i lasów... - Tak, tak, przestań chrzanić. Powiedz mi, piwa w gospodzie nie brak, co? - Piwa jak zawsze jest pod dostatkiem- osiłek wyszczerzył w uśmiechu czarne zęby- Chce pani wejść? - Nie, wolę zostać na podwórzu i pooglądać świnie taplające się w błocie...Jeszcze pytasz?! Jasne, że chcę wejść!- powiedziała nieznajoma i przepchnęła się obok zbaraniałego mężczyzny. - Gospodarzu! Dawaj piwo!- zawołała siadając przy stoliku, Właściciel gospody- Ebriik, zauważywszy kobietę zaklął pod nosem i zwrócił się do siedzącego przy nim mężczyzny. - Akwyk, widzisz ją? To właśnie ta, o której ci opowiadałem. Akwyk odwrócił się, popatrzył na kobietę i uśmiechnął się. - Co z nią? Z tego co widzę jest śliczniutka. - Ona przychodzi tu od trzech dni i wypija średnio jedną beczułkę każdego wieczora. Towarzysz gospodarza spojrzał na niego zdziwiony. - Co? Ona nie wygląda na alkoholiczkę, więc jak to możliwe? A tak w ogóle, to jak ona się zwie? Ebriik tajemniczo popatrzył na Akwyka i szepnął - Powiem ci, ale ma to pozostać między nami. Ta lady bardzo nie lubi swojego imienia. Nazywa się Naatasha... - Oj! Za głośno mówicie gospodarzu!- zawołała z końca sali kobieta. - Przepraszam lady!- krzyknął Ebriik. - Ona ma chyba jakieś zdolności- powiedział zbaraniały Akwyk- Usłyszała twój szept z końca sali. - Tak...Wiesz, ja jestem tylko prostym chłopem no i... Mnie się wydaje, że ona jest jakąś CZAROWNICĄ...- Ebriik przerwał, gdy spostrzegł, że Naatasha stoi za nim. - Ech... gospodarzu, kiedy przestaniesz rozsiewać plotki na mój temat?- zapytała. - Lady! Ja naprawdę...Ja nie chciałem cię urazić- mężczyzna był przerażony- Wiesz lady, właśnie niosłem ci piwo- na potwierdzenie swoich słów podniósł w górę gliniany kufel wypełniony napojem. Naatasha wyrwała go z ręki Ebriika. - Jeszcze raz gospodarzu. Jeszcze raz- zagroziła i usiadła przy swoim stoliku. Mężczyzna odetchnął z ulgą. Akwyk zdenerwowany wyjął z sakiewki kilka złotych monet i rzucił je Ebriikowi. - Nie zostanę tu dłużej. Ta kobieta jest szalona. Wynoszę się stąd- powiedział i chciał wstać ze stołka, ale zauważył ze zdziwieniem, że wisi w powietrzu. - Naatasho! Puść go! Przecież to tylko zwykły pijaczyna!- zawołał gospodarz do kobiety stojącej w kącie izby. Na jej twarzy malował się gniew, ręce miała uniesione do góry i mruczała coś pod nosem. - Lady! Błagam, zostaw mnie w spokoju. Ja jestem zupełnie niegroźny- Akwyk machał rękami, jak ptak uczący się latać. - Nikt nie będzie mówił, że jestem szalona!- krzyknęła Naatasha i machnęła rękami w prawo. Ebriik zamknął oczy, nie chcąc widzieć Akwyka wypadającego przez okno jego gospody. Usłyszał dźwięk rozbijanej szyby i gdy otworzył oczy było już po wszystkim. Zauważył Naatashę siedzącą przy jednym ze stolików, płakała. Zaniepokojony gospodarz podszedł do niej i delikatnie zapytał. - Lady! Chce lady jeszcze piwa? Tak na uspokojenie nerwów. Kobieta podniosła głowę i spojrzała na Ebriika. Ten szybkim ruchem złapał się za serce. - Gospodarzu! Co się stało?- zawołała zaniepokojona gestem mężczyzny Naatasha. - Lady...jak ty wyglądasz...- szepnął Ebriik i padł zemdlony na ziemię. Naatasha wybiegła z gospody, zaglądnęła do pobliskiego koryta z wodą i krzyknęła przerażona. W tafli wody odbijała się nie jej twarz. Jej skóra nabrała niezwykłej trupiej bladości a włosy, zwykle jasnobrązowe były teraz czarne. Zmienił się także kolor oczu kobiety, z niebieskiego na czerwone. - Co się ze mną stało?- szepnęła. Akwyk leżący jeszcze na roztrzaskanym oknie podniósł głowę i zawołał. - Pani! Czy jesteś świnią, że przy korycie klęczysz? Naatasha spojrzała na mężczyznę, wskazała na niego palcem i powiedziała. - Daj mi spokój ty…ty świnio!- po tych słowach Akwyk zamienił się w świnię, która wesoło pobiegła w stronę najbliższego błotka. - Co ja zrobiłam?!- krzyknęła kobieta i wbiegła do gospody. Podeszła do Ebriika, który zdążył się ocudzić i siedział na stołku. Do głowy przykładał sobie kufel. - Ebriiku, ja zrobiłam coś strasznego! Ja...- Naatasha przerwała widząc, ze mężczyzna dziwnie się jej przygląda. - Co jest ze mną nie tak?- zapytała ze łzami w oczach. - Pani, ja chyba mam halucynacje jakieś. Wyglądasz pięknie...tzn. normalnie- powiedział gospodarz- To chyba przez to piwo. Naatasha usiadła przy stole i złapała się za głowę - Ja... Ja przed chwilą zamieniłam tego... jak mu tam? - Akwyka? - Tak, Akwyka. Ja zamieniłam go w świnię. Nie wiem jakim cudem...Ja nie wiem...Gospodarzu? - Tak lady? - Czy znalazłby się pokój dla mnie- zapytała Naatasha. - Lady, dla ciebie zawsze- odpowiedział Ebriik- Pusto tu jak widzisz. Oprócz ciebie, mnie i mojej żony Ester nie ma tu nikogo. Masz do wyboru aż trzy pokoje. - Tak... aż trzy? Hmmm...no to nie mam dużego wyboru. Daj mi ten, który jest najczystszy. - Dobrze lady- powiedział gospodarz i zaczął wycofywać się w stronę schodów, jednak zatrzymał go głos Naatashy. - A czy nie dałoby się załatwić trochę wody? Chciałabym się wykąpać. - Wody ci u nas pod dostatek. - Tak...- zdziwiła się kobieta- Jakąś chwilę temu taki jeden dryblas z cuchnącym oddechem powiedział mi przy wejściu, że brak wam wody, bo zbliża się zaraza. Gospodarz zaśmiał się głośno. - Nie przejmuj się tym dryblasem. Ma na imię Sish. Powiem ci, że on ma trochę nie po kolei w głowie. Przychodzi od czasu do czasu do mojej gospody i opowiada o zbliżającej się zarazie. He he he, nawet nie wiesz jakie on opowiada głupoty. Jednego dnia wpadł tu spanikowany i powiedział, że nadlatują wielkie kruki aby wydziobać nam mózgi. A kiedyś chodził od domu do domu strasząc wielkim ogrem, który rzekomo miał nas pożreć. Nie należy brać jego słów na poważnie. Widzisz? Nie ma go... Pewnie wyszedł po twoim przyjściu. - Tak... zapewne speszył się moim pytaniem o swoje zęby- zaśmiała się Naatasha i zamówiła sobie jeszcze dwa kufle piwa. Gdy je opróżniła, udała się do swojego wynajętego pokoju. Tam czekała już na nią balia z wodą. - Cholera, zimna- stwierdziła wchodząc do kąpieli- Zabiję tego drania Ebriika. Mogłaby być trochę cieplejsza. Już chciała wołać gospodarza, gdy ze zdziwieniem zauważyła, że woda zrobiła się ciepła. Spojrzała na swoje ręce. Były czerwone i gorące. - Nic z tego nie rozumiem- pomyślała- Słyszę najcichsze szepty, potrafię unieść do góry dorosłego mężczyznę tylko siłą woli a potem zamienić go w zwierze, ogrzewam wodę. No i cholera... zmieniam wygląd... To jakaś paranoja- stwierdziła i zapłakała- Co się ze mną dzieje?

***************************************************************************

Młody elf Farkish popatrzył z uwielbieniem na swoją ukochaną stojącą koło starego dębu. - Jolando! Jesteś piękna!- zawołał i podbiegł do kobiety. Ta uśmiechnęła się promiennie. - Farkishu, kocham cię, ale martwię się tym, co ludzie powiedzą na naszą miłość. Ja jestem przecież człowiekiem a ty... Elf przerwał jej. Delikatnie dotknął kory drzewa. - Nie martw się. Możesz przecież zamieszkać ze mną w tym cudownym lesie Shenak. Będziemy razem szczęśliwi, na zawsze. Jolanda uspokojona przytuliła się do ukochanego. Nagle poczuła, że Farkish drży. - Co się stało?- zapytała zaniepokojona. - Ktoś się zbliża. Ktoś zły. Szybko! Uciekajmy!- krzyknął elf i złapał kobietę za rękę. Nie zdążył uczynić nawet kroku bo wyrosła przed nim zakapturzona postać. Farkish puścił dłoń ukochanej i szybkim ruchem chwycił za łuk. Wymierzył do nieznajomego. - Czego chcesz?!- zapytał- Gadaj albo przeszyję cię strzałami! - Elfie! Nie chcę zbyt wiele... Powiedzmy, że chcę... hmm... waszych dusz... Tylko tyle- powiedział nieznajomy i zaśmiał się. - Naszych dusz?- zdziwił się Farkish. - Tak- mężczyzna zdjął kaptur. - Ach- westchnęła Jolanda zauroczona urodą nieznajomego. Był piękny. Jego długie czarne włosy kaskadą spływały po muskularnych ramionach i okalały szczupłą twarz z wąskimi ustami i pięknie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Uwagę zwracały także oczy mężczyzny, niebieskie jak niebo w pogodny dzień. - Piękny nieznajomy, jak cię zwą?- zapytała Jolanda. - Kobieto! Nie wiesz, do kogo mówisz!- zawołał Farkish- On jest zły! Widać to w jego oczach! - W tych pięknych, niebieskich oczach? Nie przesadzaj! Ktoś tak przystojny nie może być zły- powiedziała kobieta. Nieznajomy podszedł do niej i dotknął jej ust. - Jolando, umiesz docenić prawdziwe piękno. To... źle. Czasem najpiękniejsze jabłko może okazać się robaczywe... - Kochanie nie!- krzyknął Farkish. Chciał strzelić ze swojego łuku, ale jakaś siła uniemożliwiła mu to. - Jolando- kontynuował nieznajomy- Oddaj mi swą duszę... Przyczynisz się w ten sposób do stworzenia czegoś wielkiego i pięknego. - Dobrze, weź mą duszę – kobieta pokornie schyliła głowę. Farkish próbował się poruszyć. Bez rezultatu. Jęknął załamany. - Nie zabieraj jej duszy... Ja ją kocham- błagał mężczyznę, który popatrzył na niego z pogardą i rzekł. - Niemądry elfie... Czy ty wiesz czym jest miłość? Miłość to poświęcenie się dla drugiej osoby, dla osoby, którą się kocha... Czy ty jesteś gotowy poświęcić się dla tej kobiety? Elf zawahał się i po chwili odpowiedział. - Tak, kocham ją całym sercem. Oddałbym za nią życie. Nieznajomy uśmiechnął się. - Takiej właśnie odpowiedzi się spodziewałem- powiedział- Wiecie- przytulił Jolandę- Ja muszę zabrać wasze dusze. Muszę zebrać ich 999. Stworzę z nich potomka, wielkiego i potężnego człowieka, który pokona największych władców tej ziemi i da mi panowanie nad wszystkimi krainami i ludami... - Nie masz prawa!- zawołał Farkish- Kim ty jesteś, że chcesz decydować o życiu i śmierci? Tylko bogowie mogą to czynić! - Elfie... Jestem Hevan i mam moc, o której wam- elfom nawet się nie śniło. Wkrótce zapanuję nad wszystkim i na pewno nie przeszkodzisz mi w tym ty!- powiedział mężczyzna i dotknął serca Jolandy. Przerażona kobieta krzyknęła. - Co się dzieje?! - Jolando!- wrzasnął Farkish.

Chwilę później nieżywa kobieta leżała na ziemi i niewidzącymi oczami wpatrywała się w Hevana, który wolnym powoli zbliżał się do Farkisha. - Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego zabrałeś mi jedyną osobę, którą kochałem? - Już mówiłem. Potrzebowałem jej duszy. - W jaki sposób chcesz stworzyć potomka?- zapytał elf przez łzy. - To proste- odpowiedział Hevan- Gdy będę miał już 999 dusz, będę musiał odnaleźć kobietę, w której złoże zebrane duszę. Ale nie może to być pierwsza lepsza kobieta. Jest tylko jedna, którą wybrałem... - Która jest tą nieszczęsną?- Farkish próbował zyskać na czasie. - Powiem ci, choć nie wiem, po co chcesz wiedzieć. Ona nazywa się... a zresztą- przerwał Hevan i dotknął serca elfa. - Nieszczęsna kobieto! Obyś umarła zanim znajdzie cię ten mężczyzna! Zaklinam cię! Nie możesz być matką potwora!- zawołał Farkish i padł martwy na ziemię. Hevan popatrzył na swoją ofiarę. - Taki piękny a taki głupi- pomyślał. Dotknął drzewa, przy którym stał. - Tak, w tym lesie nie znajdę już żadnych dusz godnych uczestnictwa w dziele stworzenia- powiedział i ruszył w drogę, na poszukiwanie kolejnych dusz. W głowie miał obraz wybranki, która miała dać mu syna. Pana Zniszczenia, Pana Śmierci...

****************************************************************************

- Pani! Nie trzeba ci czegoś?- wysoki kobiecy głos nieprzyjemnie drażnił Naatashę. - Odejdź kobieto! Albo zamienię cię w żabę!- krzyknęła i z zadowoleniem stwierdziła, że żona gospodarza odeszła od drzwi. - Jak łatwo można przestraszyć wieśniaków- zaśmiała się. Już dawno skończyła kąpiel. Teraz stała przy oknie i wpatrywała się w grupkę ludzi tłoczących się pod gospodą. - Domyślam się, że rozmawiają o mnie- pomyślała, widząc wśród ludzi zaaferowaną żonę Ebriika. Kobieta nerwowo wymachiwała rękoma i wskazywała na okno pokoju, w którym mieszkała Naatasha. - Mówię wam ludzie! U mnie na pokojach mieszka czarownica! Prawdziwa czarownica!- wykrzyknęła Ester tak głośno, że Naatasha nie musiała używać mocy, aby ją usłyszeć. - Hmmm- zastanowiła się- Nie no, czarownice są brzydkie, ja zaś nie jestem taka zła... Chwilę później przed gospodę wybiegł Ebriik i rzekł do żony. - Kochanie to tylko majaki po piwie! Za dużo wypiłaś. Ja miałem dzisiaj to samo. Widziałem rzeczy, których nie powinienem. Ester popatrzyła ze zdziwieniem na mężczyznę. - Coś widział? Rzeczy, których nie powinieneś? Może raczej osoby, których nie powinieneś? Pewnie podglądałeś tę czarownicę, lady Naatashę w kąpieli? Ty stary zbereźniku! Ja ci dam!- kobieta wyrwała widły z rąk stojącego obok niej wieśniaczka i ruszyła w pogoń za uciekającym mężem. Naatasha zaśmiała się i odeszła od okna. - Masakra, jacy ci ludzie są zabobonni. Myślą, że jestem kobietą z piekła rodem i że chcę ich wszystkich zamienić w żaby. A tak naprawdę to nie wiem, co się ze mną dzieje. Rozmyślanie Naatashy przerwało pukanie a raczej walenie do drzwi. - Cholera, jak to znów ta głupia Ester, to naprawdę zamienię ją w żabę, albo w coś gorszego- pomyślała. I tak jak się spodziewała. Do pokoju wpadł zdyszany Ebriik a zaraz za nim jego żona z widłami. - Lady! Niech mnie lady ratuje, bo ta szalona kobieta mnie zabije! Widzisz? Ona ma widły i nie zawaha się ich użyć! - Nic ci nie pomoże stary draniu! Zdradziłeś mnie i musisz ponieść teraz konsekwencje swego czynu!- wołała wściekła kobieta wymachując widłami. W Naatashy wzbierała złość. Niezadowolona powiedziała. - Przepraszam bardzo, że wam przeszkadzam, ale chciałabym zauważyć, że wynajęłam ten pokój. Oznacza to, że zapłaciłam wam za niego pieniądze i dlatego chciałabym mieć choć trochę prywatności. Zrozumiano?! I wiecie... Wydaje mi się, że nie powinniście wbiegać tu bez mojej zgody! Zaraz was zamienię w coś obrzydliwego- kobieta skinęła ręką, nad głowami Ebriika i jego żony pojawiły się dwie smugi światła. - Od tej chwili jesteście naznaczeni. Gdy tylko skinę głową wasze ciała eksplodują- ostrzegła Naatasha mrugając porozumiewawczo do gospodarza. - Uciekaj!- zawołała w myślach. Ebriik domyślił się, że lady Naatasha zastosowała jakąś sztuczkę aby przestraszyć jego żonę i tym samym umożliwić mu ucieczkę. Uśmiechnął się uroczo do kobiety i powolnym korkiem zaczął kierować się w stronę drzwi. - Stój- warknęła Ester do męża- Nigdzie nie pójdziesz! Co najwyżej ze mną! Mężczyzna skrzywił się. - Kobieto, chciałaś nabić mnie na widły. Nie oczekuj, że teraz gdziekolwiek z tobą pójdę. Poza tym nie wiem jak mogłem ożenić się z taką wstrętną jędzą? Ester ze zdziwienia otworzyła usta. - Ja jestem wstrętną jędzą? A przed ślubem mówiłeś, że jestem najmilszą, najpiękniejszą kobietą na ziemi! Kolejne twoje kłamstwa wychodzą na jaw! Przez tyle lat mnie kłamałeś!- kobieta zaczynała płakać. Naatasha widząc jej reakcję na słowa męża posmutniała. Było jej przykro, że to właśnie jej osoba sprawiła iż Ebriik pokłócił się z żoną. - Ester! Nie o to chodziło Ebriikowi! Nie chodzi o twoja urodę... Kobieta zapłakana spojrzała na Naatashę. - Jesteś z nim w zmowie ty czarownico! Jesteście kochankami, dlatego go chronisz! Naatasha słysząc oskarżenie zaśmiała się. - Ja kochanką Ebriika. Chyba żartujesz? On wygląda jak ropucha- powiedziała i wskazała na niego. W tej samej chwili czerwony ze wstydu gospodarz zamienił się w wielką, brązową ropuchę. - Rebu! I coś zrobiła czarodziejko od siedmiu boleści?! Zamieniłaś mnie w wstrętne żabsko! Jak ja teraz wyglądam?! Jak ja teraz pójdę na dziewki?! Żadna na mnie nie spojrzy!- lamentował Ebriik doprowadzając Naatashę do wściekłości. - Ty obleśny piwożłopie! Ty wieprzu! Całymi dniami żulisz piwo a potem zdradzasz żonę z pierwszą lepszą panienką z ulicy- wrzasnęła kobieta. - Skąd ty to wszystko wiesz?!- zapytała ropucha. - Widać to w twoich oczach. Zajrzałam w głąb twej duszy- powiedziała czarodziejka i spojrzała na żonę gospodarza, która trzęsła się z przerażenia. - Nieszczęsna kobieto- zaczęła- Kochasz mężczyznę, który okazuje się być aż takim łajdakiem- Naatasha westchnęła- Mogę ci pomóc Ester... jeżeli tylko wyrazisz na to zgodę. Kobieta popatrzyła na czarodziejkę z nadzieją. - Rebu rebu! A co ze mną?- zapytał Ebriik, ale szybko pożałował swego pytania bo Naatasha popatrzyła na niego z gniewem. - Nie wiem jak cię odczarować. Dopiero odkryłam w sobie moc. Nie umiem jeszcze z niej w pełni korzystać. Hmmm... może minąć trochę czasu zanim się tego nauczę. Może miesiąc... a może kilka lat. Ale nie martw się... gdy już będę profesjonalistką na pewno cię odczaruję. Masz moje słowo. Na razie potraktuj to jako karę. Zdajesz sobie sprawę za co? Za kłamstwa i czyny, których dopuściłeś się względem swojej żony- powiedziała kobieta i uśmiechnęła się do Ester. - Chodź ze mną. Pomogę ci zacząć wszystko od początku. Obie kobiety wyszły z pokoju. - Hej! Nie zostawiajcie mnie tu samego! Nie chce być żabą!- zawołał Ebriik i zaczął skakać w stronę drzwi. Bardzo trudno było mu się odbijać od śliskiej podłogi i raz po raz lądował jak długi na ziemi. - Cholerny losie! Dlaczego zesłałeś mi te dwie czarownice?! To najgorsze przekleństwo w moim życiu- lamentował Ebriik- Kto mi teraz pomoże? Kto uwolni mnie z tego więzienia? Hmm- pomyślał- Tylko pocałunek pięknej księżniczki. Doskonale. Muszę odnaleźć jakąś piękna dziewiczą księżniczkę i przekonać ją, że powinna mnie pocałować. To nie powinno być trudne. Z moją aparycją- gospodarz wyraźnie pocieszony odbił się mocno od podłogi i uderzył o drzwi. - Cholerne drzwi- przeklął i padł nieprzytomny na ziemię...

***********************************************************************

- Nie rozumiem, dlaczego ja nie mogę być szczęśliwa?- zapytała Ester Naatashę. Kobieta pokręciła głową. - Nie wiem niestety i ja. Sama nie rozumiem, co w tym momencie dzieje się ze mną. Ester wyraźnie posmutniała. - Skoro nawet największa czarodziejka ma problemy, to co mam począć ja? - Ester, nie jestem największą czarodziejką. Nie umiem kontrolować mocy, którą w sobie odkryłam. Ale nie martw się na pewno ci pomogę, jeszcze poczujesz czym jest szczęście- powiedziała Naatasha i uśmiechnęła się. Przed kobietami rozciągały się wzgórza Tesal. - Pójdziemy południowym gościńcem i za pięć dni powinnyśmy dojść do miasta Fashrek. Tam rozpoczniesz nowe życie- zadecydowała czarodziejka. Ester uśmiechnęła się szeroko. - Taaa.. Ebriik nie był mnie wart. Dla niego najlepsza byłaby baba bez zębów... Chociaż, przy nim miałam zapewnione dostatnie życie. Miał karczmę i wielu klientów z pełnymi sakwami i ... Naatasha przewróciła oczyma. - Czy wszystkie kobiety są takie same? Ciebie obchodzą tylko pieniądze? Na słowa młodej kobiety Ester momentalnie zapłonęła rumieńcem. - Chyba każda normalna kobieta- w tym momencie popatrzyła ze strachem na Naatashę- Lubi życie w luksusie. Te wszystkie bogactwa...hmmm...nie cieszy cię brzdęk monet? Jak to z tobą jest, młoda czarodziejko? Ty możesz mieć wszystko czego tylko zapragniesz. To musi być cudowne uczucie. Naatasha obrzuciła Ester chłodnym wzrokiem. - Nie mam zamiaru wykorzystywać czarów aby zapewnić sobie dostatnie życie. Wyznaję pewną zasadę. Według mnie pieniądze, które uda się zarobić poprzez uczciwą, godną i niekiedy ciężką pracę mogą przynieść nam największą satysfakcję. Na luksus trzeba sobie zapracować. Zapamiętaj to, a na pewno będziesz zawsze szczęśliwa. Kobiety pogrążyły się w ciszy. Weszły na południowy gościniec, zwany przez miejscowych Phanel. - Czy wiesz droga Ester, dlaczego ten gościniec nazywa się właśnie Phanel?- zapytała Naatasha- Nazwa ta wzięła się od imienia dzielnego młodzieńca, który zginął tu broniąc czci swojej ukochanej- Jehine. Jego historia jest znana miejscowej ludności i powtarzana z pokolenia na pokolenie. Z chęcią ci ją opowiem, gdyż ma ona w sobie pierwiastek niesamowitości, rzec można magii. Phanel był młodzianem, który podróżował wraz ze swoją narzeczoną Jehine z małego nadmorskiego miasteczka Ghan do Shenak, gdzie mieszkała rodzina jego ukochanej. Gdy wjechali na tenże gościniec zaatakowało ich dziesięciu zbójców. Herszt bandy upodobał sobie młodą, nieprzyzwoicie śliczną Jehine. Kazał związać Phanela, chciał bowiem na jego oczach pozbawić czci dziewczynę. Phanel nie mógł pozwolić na to by jego ukochana cierpiała. Do tej pory nie wiadomo jak, ale udało mu się uwolnić z więzów i pokonać prawie wszystkich zbójców. Jednemu z nich udało się zbiec. Opowiedział on o całej historii mieszkającym w pobliżu ludziom. Powiedział, że w chwili, gdy Jehine z łzami w oczach wykrzyczała imię swego narzeczonego, Phanelowi wyrosły wspaniałe skrzydła, które upodobniły go do anioła. Wszyscy są niemal pewni, że młodzian poczuł przypływ niesamowicie silnej energii i że to właśnie ta energia pomogła mu ocalić ukochaną z rąk bandytów. - Mówiłaś, że Phanel zginął, gdy bronił czci ukochanej. Jak to możliwe, skoro powiedziałaś, że pokonał on wszystkich zbójców. Naatasha uśmiechnęła się smutno. - Niestety Ester… zbójca, któremu udało się zbiec opowiadał, że Phanel i Jehine zginęli ponieważ młodzian nie umiał panować nad nowo odkrytą w sobie energią. Podobno, gdy Jehine podeszła do niego rozerwała ich oboje energia, której Phanel nie mógł powstrzymać… Czarodziejka przerwała opowieść ponieważ wyrosła przed nimi zakapturzona postać. Naatasha szybkim ruchem wyjęła z pochwy miecz, który zawsze miała przy sobie i zasłoniła sobą Ester. - Kim jesteś?- zapytała silnym głosem nie wyrażającym ani krzty strachu. Postać nie odpowiedziała, zezłościło to Naatashę. - Gadaj kim jesteś albo wypruję ci flaki- zagroziła. Nieznajomy machnął ręką. Naatasha została odrzucona kilka metrów, uderzyła w stojące nieopodal drzewo i straciła przytomność. - Lady Naatasho!- krzyknęła przerażona Ester- Co chcesz zrobić?- zapytała postaci zbliżającej się do niej. - Nie obawiaj się piękna kobieto. Chcę tylko abyś mi pomogła. Oddaj mi swoją duszę- powiedziała i zdjęła kaptur. Ester otworzyła usta ze zdziwienia. Przed sobą miała mężczyznę przecudnej urody. - Panie, jesteś piękny- westchnęła- Czy możesz mi dać nowy los? Naatasha otworzyła w tym momencie oczy i zauważyła co się dzieje. - Kobieto! Nie podchodź do niego! Czuję, że on ci zrobi krzywdę! Nie zbliżaj się do niego!! Ale żona karczmarza nie zwracała uwagi na słowa młodej czarodziejki. - Lady, spójrz tylko na jego oczy. Mogłabym w nich utonąć- powiedziała i podeszła do nieznajomego. - Pomóż mi- poprosiła, wtulając się w jego szeroką pierś. On uśmiechnął się i mocno przytulił kobietę. - Oczywiście, że ci pomogę. Widzę w twych oczach ból i cierpienie. Czy jesteś nieszczęśliwa? - Tak… jestem- odpowiedziała Ester. - Ester, nie- szepnęła Naatasha i dźwignęła się z ziemi- Zostaw ją ty… ty…ty…nie wiem nawet kim jesteś. - Hmmm...myślę, że mogę wam się przedstawić i tak zaraz zginiecie. Nazywam się Hevan- mężczyzna spojrzał na czarodziejkę. Długi czas się jej przyglądał. W końcu zapytał. - Czy ty jesteś Naatasha? Kobieta odpowiedziała. - Tak, ja jestem Naatasha. - A więc to ciebie miałem szukać. To ty będziesz matką mojego syna. - Słucham?- Naatasha nawet nie próbowała ukryć swojego zdziwienia- Chyba żartujesz? Kim ty jesteś, że będziesz mi narzucał rolę matki twojego dziecka. Nawet cię nie znam- w głębi duszy czuła, że zaraz zaleje ją krew- To, że nazywasz się Heban... - Hevan- przerwał jej mężczyzna. - Zwał jak zwał- powiedziała Naatasha- Zacznę jeszcze raz. To, że nazywasz się Hevan nie oznacza wcale, że będziesz zabierał ludziom ich dusze i że będziesz rozkazywał mnie. Mnie! Wielkiej Naatashy Kangee, która ma moc, o której ci się nie śniło prostaczku! Hevan wybuchnął śmiechem. - Moc, o której mi się nie śniło? Nie rozśmieszaj mnie. Przejdźmy do sedna… Jak zdobędę 999 czystych, ludzkich dusz, oddam je tobie i… - A jak się nie zgodzę?!- zawołała Naatasha. - Hmm....tak, jesteś wspaniała. Nie dość, że piękna, to jeszcze inteligentna i trochę buntownicza. Takie kobiety lubię. Czarodziejka doprowadzona do granic wściekłości krzyknęła. - Wystarczy już twojego gadania! Pora przejść do czynów lub... do rękoczynów jak wolisz- uniosła ręce w górę. Nagle wszyscy poczuli silny wiatr, który uniósł Ester do góry. - Lady Naatasho! Co lady sobie myśli?! Postaw mnie na ziemi! Boję się!- krzyczała kobieta desperacko machając rękoma. - Zamknij się Ester! Właśnie ratuję twój tyłek- powiedziała czarodziejka przez zaciśnięte zęby i zwróciła się do Hevana- Teraz zajmę się tobą! ASE VENI IMAL SEN!. Naatasha rzuciła się z mieczem na mężczyznę. Ten uśmiechnął się i zręcznie odparował cios. Następnie machnął ręką. Pod nogami Naatashy pojawiły się pędy, które w błyskawicznym tempie owinęły ją i skutecznie unieruchomiły. - Co to?! Nie mogę się ruszyć. Wypuść mnie!- zawyła widząc, że Hevan podchodzi do Ester, która z głuchym jękiem uderzyła o ziemię, w momencie gdy Naatasha została uwięziona w roślinnej pułapce. - Ester… proszę, oddaj mi swą duszę- powiedział mężczyzna i delikatnym ruchem ujął jej dłoń- Przyczynisz się do powstania czegoś wielkiego. - Dobrze- zgodziła się kobieta- Zabierz moją duszę. - Ester!- zawołała Naatasha- Nie musisz nic robić dla tego kłamcy! Błagam posłuchaj mnie i szybko odejdź od niego- czarodziejka na próżno próbowała przekonać Ester, że Hevan ma wobec niej złe zamiary. Ta, zaślepiona urodą mężczyzny klęknęła przed nim i pokornie spuściła głowę. Hevan uśmiechnął się z triumfem, dotknął serca kobiety i zabrał jej duszę. Naatasha patrzyła na powolną śmierć Ester ze ściśniętym z bólu sercem. - Ester, dlaczego zgodziłaś się oddać mu życie?- zapytała cicho i poczuła, że traci przytomność...

*****************************************************************************

Naatasha otworzyła oczy i zauważyła, że nie jest już skrępowana przez pędy i leży na ziemi. Cała i zdrowa. Podniosła się, niedaleko niej leżało ciało Ester. Miała ona otwarte oczy i uśmiechała się. Wszystko wskazywało na to, że przed śmiercią musiała zobaczyć coś pięknego. Czarodziejka przypomniała sobie wydarzenia, które rozegrały się przed tym jak zemdlała. - Ester… oddaj mi swą duszę (…) To ty jesteś Naatasha! To ciebie miałem szukać. Ty będziesz matką mojego syna- słowa nieznajomego zadźwięczały kobiecie w głowie. - Ester, ty idiotko! Jak mogłaś tak łatwo zaufać temu potworowi?- zapytała z łzami w oczach i klęknęła przy zmarłej. - Chociaż… Nie dziwię ci się… on rzeczywiście był piękny- westchnęła przypominając sobie twarz mężczyzny. Zamknęła oczy nieżywej. - Muszę odnaleźć Ebriika i powiadomić go o twej śmierci. Ale… cholera! Zamieniłam go przecież w żabę!- krzyknęła- Jak ja go teraz odnajdę? A z resztą- podniosła się z kolan- Najpierw muszę cię pochować, później znajdę tego żabiego Romea- zdecydowała i rozglądnęła się. - Skąd ja wezmę na tym odludzi łopatę. Cholera, cholera i jeszcze raz cholera!- Naatasha była wściekła, ale wkrótce zreflektowała się, że przecież jest czarodziejką i posiada moc. - Tak Naatasho. Pogratuluj sobie inteligencji. Zapomniałaś, że możesz wyczarować sobie łopatę- powiedziała i jednym ruchem ręki sprawiła sobie nowiusieńką… miednicę. - Co do…?- kobieta była zdziwiona- Hmm... przecież zamawiałam łopatę. Postanowiła spróbować jeszcze raz. Machnęła ręką i chwilę później u jej stóp leżała upragniona łopata. Naatasha podniosła ją. - Nareszcie cię mam- szepnęła, upodabniając się do mężczyzn, których dane jej było spotkać na swej drodze. Zawsze było tak samo. Gdzie tylko nie weszła zawsze wzbudzała podziw i uznanie. Wszyscy mężczyźni gwizdali i cmokali na nią, co bardzo ją denerwowało. Naatasha nienawidziła tych wszystkich pijusów, którzy łapali ją za tyłek. Niestety, tych z każdą gospodą przybywało i młoda kobieta z trudem się od nich odpędzała. Zdarzali się jednak tacy, którzy robili na niej wrażenie. Nie dawała uwieść się od razu. Udawała kobietę trudno dostępną, choć w głębi duszy pragnęła jak najszybciej znaleźć się w ramionach mężczyzny, który pokochałby ją nie tylko za wygląd, ale także za charakter i dobre serce. W końcu nadchodził wieczór, w którym godziła się na romantyczny spacer w świetle księżyca. Po takim spacerze upatrzony przez Naatashę mężczyzna odprowadzał ją do wynajętego w karczmie pokoju i brał w ramiona. Niestety, każdy szeptał jej do ucha to samo: „Nareszcie cię mam”, zamiast upragnionego: „Jesteś piękna”. Zawsze, po takim wyznaniu następował moment, w którym Naatasha robiła się czerwona ze złości i z furią wykrzykiwała - Tak?! To ja jestem rzeczą, którą się zdobywa?! Wynoś się zboczeńcu!- po tych słowach delikwent, który śmiał obrazić lady Naatashę lądował za drzwiami, które zamykały się za nim z hukiem. Natomiast kobieta siadała na łóżku i tępym wzrokiem wpatrywała się w ściany pokoju. Później pluła sobie w brodę, że po raz kolejny dała się oszukać...

Naatasha skończyła kopać grób, pochowała w nim Ester i spojrzała na swoje „dzieło”. - Nie chciałabym być grabarzem. To niewdzięczna robota. Lepiej zostawić ją prawdziwym chłopom- stwierdziła i postanowiła ruszyć w dalsza drogę. Nadal chciała dotrzeć do Fashrek. Zastanawiała się też nad tym, jak odnaleźć żabę, która był obecnie Ebriik. - Wszystko zwaliło mi się na głowę akurat w tym momencie- pomyślała i opuściła miejsce, w którym swe życie oddała niewinna niczemu Ester. - Po co temu draniowi dusza Ester? Jak można z 999 dusz stworzyć człowieka?- Naatasha nie wiedziała dlaczego, ale bała się mężczyzny imieniem Hevan. Długi czas szła w milczeniu rozpamiętując minione wydarzenia. - Mam być matką jego syna... A tak w ogóle, to dlaczego tak mnie zostawił? Przecież mam być jego oblubienicą. A on mnie porzucił nieprzytomną. Nic nie rozumiem- Naatasha złapała się za głowę- O czym ty myślisz głupia idiotko? Jaką oblubienicą?- kobieta robiła sobie wyrzuty, że w ogólne mogła pomyśleć o tym, że będzie z Hevanem.

W tym samym czasie dochodził on do miasta Fashrek. Nie mógł otrząsnąć się po spotkaniu z młodą czarodziejką. - Ona jest idealna. Piękna i trochę pyskata. Takie lubię najbardziej!- mężczyzna uśmiechnął się- Musiałem ją niestety zostawić, ale niech się nie martwi. Wkrótce ją odnajdę i uczynię swoją królową. Podszedł do bram miasta. Dwóch strażników popatrzyło na niego podejrzliwie. - Kim jesteś panie?- zapytał jeden z nich, niski chłopek z wąsami. Widać było po nim, że został strażnikiem tylko po to, aby robić wrażenie na okolicznych pannach. Przecież „za mundurem panny sznurem”. - Nie muszę się przed nikim tłumaczyć- odpowiedział chłodnym tonem Hevan. Drugi ze strażników, wysoki blondyn uśmiechnął się pod nosem i powiedział wyuczoną regułkę. - Albo się waszmość przedstawi, albo potraktuję waszmościa moją Leleniewką- na potwierdzenie swoich słów wyjął z pochwy miecz i przystawił Hevanowi do szyi. - To co? Gadasz czy nie?- zapytał wąsaty i uśmiechnął się wyzywająco. - Wygląda zupełnie jak mokry bóbr- pomyślał Hevan i powiedział do drugiego strażnika. - Czekaj, czekaj... może się jakoś dogadamy? Na co masz najbardziej ochotę? Blondynek zaczerwienił się. - Wiesz panie… w mieście jest… no, jakby to powiedzieć… no… dom schadzek jest! Wiesz, co mam na myśli? - Chyba się domyślam- rzekł mężczyzna i uśmiechnął się- Ci wieśniacy myślą tylko o jednym- pomyślał. - No i w tym „domu schadzek” jest taka jedna. Monara się nazywa- strażnik podrapał się w głowę- No i ona… no ona mnie nie chce! Próbowałem do niej zagadywać, ale ona zawsze odwraca się gdy ja idę. Czyżbym był aż tak brzydki?- zapytał i uśmiechnął się szeroko, ukazując swe spróchniałe zęby. Hevan odsunął się z obrzydzeniem i zadał strażnikowi pytanie. - A powiedz ty mi, często uśmiechasz się do niej tak… promiennie? - No zawsze. Przecież tak się podrywa kobiety, nie? - Tak!- powiedział Hevan- To wyjaśnia całą sprawę. Mam propozycję stary. Ty mnie wpuścisz a ja załatwię ci spotkanie z tą całą Monarą. Stoi? Wąsaty, który do tej pory przysłuchiwał się rozmowie kolegi z nieznajomym, teraz włączył się do dialogu. - Senel! Nie możemy tak robić! Nie wchodzimy w żadne układy! - Przecież możemy zrobić wyjątek- powiedział Senel do wąsatego- To jak panie? Nadal chce pan wejść?- zapytał Hevana. Ten skinął głową. - Tak, chcę wejść, ale… chcę dać temu durniowi nauczkę- rzekł wskazując drugiego strażnika. Zamknął oczy i wypowiedział czarodziejską formułkę. Gdy skończył rozkazał wąsatemu uśmiechnąć się. Ten posłusznie wykonał polecenie. Senel zobaczywszy co stało się jego koledze wybuchnął śmiechem. - Co ci się stało Senel?- zapytał wąsaty z głupawym uśmieszkiem. - Stary, nie pytaj mnie. Lepiej weź się przeglądnij w jakiejś kałuży. Masz spróchniałe zęby! Tak samo jak ja!- wykrzyknął szczęśliwy strażnik i zastanowił się- Skoro jego zęby są zepsute to może moje… są całe i w dodatku białe!- mężczyzna podekscytowany otworzył bramę i podbiegł do koryta z wodą. Zaglądnął do niego i uśmiechnął się. - Jejku! Ja mam zęby! Ja mam piękne zęby!- krzyczał szczęśliwy, biegnąc w stronę domu schadzek. Hevan wszedł do miasta. - Mogłem zabrać jego duszę. Nie! Jestem w dużym mieście. Tutaj znajdę lepszych ludzi od tego żałosnego chłopka- zamyślił się- Tak! Wszyscy wieśniacy myślą o tym samym…

*****************************************************************************

- Teee... pani! Od kiedy młode kobiety chodzą ubrane w ten sposób? Wyglądasz raczej jak chłop niż jak baba!- męski głos wyrwał Naatashę z zamyślenia. Kobieta oglądnęła się przez ramię i zobaczyła wóz, na którym siedział młody mężczyzna. Był dość przystojny, jednak widać po nim było jego chłopskie pochodzenie. Niebieskie oczy zuchwale i wyzywająco patrzyły na Naatashę, ciemne kosmyki włosów opadały szelmowsko na oczy nadając mężczyźnie wygląd niezłego ziółka. Czarodziejka pomyślała, że nieznajomy w dzieciństwie na pewno ciągnął wiejskie dziewczynki za warkocze i zaglądał im pod spódnice. - Do mnie mówisz nieznajomy?- zapytała Naatasha próbując unikać palącego spojrzenia mężczyzny. - Hmmm... nie widzę tu drugiej, równie dziwacznie ubranej niewiasty. A tak w ogóle nazywam się Leodius Cave. A ty jakże oryginalna pani?? Naatasha poczuła, że nieznajomy zaczyna ją irytować. Postanowiła jednak być dla niego miła, gdyż nie chciała mieć kłopotów z tutejszymi chłopkami. - Naatasha Kangee- mruknęła czarodziejka- Powiedz mi Leodiusie... - Możesz mi mówić Leo a ja będę do ciebie mówić Nat- przerwał kobiecie Cave. - Po pierwsze, nie pamiętam żebyśmy przechodzili na ty- powiedziała Naatasha- A po drugie i najważniejsze... na pewno nie będziesz na mnie mówić Nat, nie życzę sobie tego. W ogóle nie życzę sobie byś używał mojego imienia. - To jak mam do ciebie... oj, przepraszam...do pani mówić w czasie naszej wspólnej podróży? - Mów do mnie...- zaczęła czarodziejka- Słucham?! Podczas „naszej wspólnej podróży”?! Jak to?! - Słuchaj Nat. Przecież widzę, że gdzieś podążasz... a ja...no cóż... przyznam ci się, że obecnie to jestem... jakby to powiedzieć... bezrobotny. Innymi słowy, nie mam roboty i jestem wolny... postanowiłem zrobić sobie małe wakacje. No i wiesz Nat. Ty gdzieś idziesz, męczysz swoje biedne, małe stópki. No a ja mam wóz, więc mógłbym cię zabrać na niego... byłoby ci lżej. Powiedz Nat, gdzie podążasz? - W sumie to nie twoja sprawa Leodiusie, ale skoro tak bardzo chcesz wiedzieć, to powiem ci, że idę do Fashrek, mam tam do załatwienia kilka spraw. - Super! Słyszałem, że w Fashrek mają świetny dom schadzek. Podobno dziewczyny są niewyobrażalnie piękne!- wykrzyknął szczęśliwy mężczyzna i spojrzał na Naatashę błagalnym wzrokiem- Proszęęęę... pozwól mi podróżować ze sobą do Fashrek. - A co?- zapytała podirytowana kobieta- Nie możesz pojechać sam? - Eeee... Nat, samemu tak głupio. We dwoje raźniej. Będę ci opowiadał różne ciekawe historie, a wieczorami śpiewał ballady. To co? Pojedziesz ze mną?- zapytał Leodius, wyciągnął rękę do Naatashy i uśmiechnął się. Czarodziejka zamyśliła się. Nie za bardzo uśmiechało jej się podróżowanie z obcym mężczyzną, który na dodatek na za dużo sobie pozwalał. Jak mógł nazwać ją Nat?? Ostatecznie jednak zwyciężyło zmęczenie, które dawało się jej już we znaki. Tak więc podała swą dłoń Leodiusowi i powiedziała. - Dobrze, pojadę z tobą, ale pod jednym warunkiem. - Co zechcesz- odpowiedział Cave. - Nie będziesz już do mnie mówił Nat. Lady wystarczy. - Dobrze lady- Leodius pomógł Naatashy wejść na wóz- Widzisz lady, właśnie rozpoczyna się nasza wielka przygoda. Jak się czujesz z tą świadomością? - Wspaniale- mruknęła z ironią czarodziejka i wlepiła wzrok w swoje dłonie- Jedźmy już. - Oczywiście lady- powiedział mężczyzna i ruszyli. Wjechali do lasu Shenak. Naatasha wszystkimi zmysłami chłonęła piękno i atmosferę tego lasu. Czuła się tak, jakby po długiej nieobecności wróciła do domu. Czuła jedność z tym starym lasem. Z radością słuchała świergotu ptaków, który miał na celu uwielbienie wspaniałości przyrody. Ze łzami wzruszenia w oczach przypatrywała się wiekowym drzewom, które na pewno mogłyby opowiedzieć niejedną historię na temat stworzeń mieszkających w Shenak. Rozmyślania czarodziejki przerwał głos Leodiusa. - Teee... Nat, nie odpowiedziałaś mi na moje pytanie. Od kiedy młode kobiety chodzą ubrane w ten sposób? - Lady!- powiedziała ostrym i zimnym jak stal głosem kobieta. Jednak w duchu zaśmiała się. - Ten Leodius to naprawdę śmieszny facet, czuję, że nie raz będę płakała ze śmiechu w jego towarzystwie- pomyślała i uśmiechnęła się- Jak będziesz cierpliwy to może kiedyś opowiem ci, dlaczego jestem ubrana tak a nie inaczej. - Dobrze lady, będę czekał- rzekł Cave i popędził konie- Wiesz, mogę ci opowiedzieć ciekawą historię, jak to kiedyś wpadłem do wiadra z pomyjami- zaczął, ale przerwał gdy zobaczył ślady krwi na jednym z drzew obok którego przejeżdżali. Momentalnie zatrzymał wóz, zeskoczył z niego i podbiegł do tego drzewa. Obejrzał z uwagą zaschnięte ślady i rozglądnął się dookoła. - Lady! Możesz tu podejść?!- zawołał. Naatasha tknięta złym przeczuciem zeszła z wozu i podeszła do Leodiusa, który z pobladłą twarzą wpatrywał się w ciało młodej kobiety. Czarodziejka spojrzała w jej piękne oczy i poczuła ukłucie bólu. Cofnęła się do tyłu i obejrzała za siebie. Z przerażeniem zauważyła, iż w niedalekiej odległości od ciała kobiety leży ciało elfa. Poczuła napływające do oczu łzy. - Hevan, dlaczego?

*****************************************************************************

- Nat... wiesz...…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%