Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 22 min czytania

Dzielnica Samobójców cz. III i IV

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Początkowo nie potrafił określić, czym jest obiekt znajdujący się w rogu pokoju, ledwie widoczny w świetle zapalniczki. Płomień drżał, ssąc tlen z dusznego powietrza. Zapach w pomieszczeniu był nie do zniesienia. Dorian czuł obrzydzenie do wszystkiego, co mogło czekać na niego w ciemności. Smród zgnilizny, wdzierający się w jego nozdrza doprowadzał do zawrotów głowy. Gdy próbował się obrócić, zapalniczka zgasła. Poczuł zimny pot na plecach, porażające uczucie osaczenia. Jednak zapalniczka znów zaskoczyła przy drugiej próbie zapalenia. Podszedł do przedmiotu, który zauważył już w pierwszej chwili. Znajdował się kilka metrów dalej, jednak, gdy w miarę zbliżania się do niego obiekt nabierał regularnych kształtów, Dorian zdał sobie sprawę, że leży przed nim ciało w zaawansowanym stanie rozkładu. Ręce trupa powykręcane były nienaturalnie, leżał na plecach z podkurczonymi nogami. Twarz przypominała jeden wielki, zaschnięty strup, do momentu, gdy sporych rozmiarów pająk nie przeszedł w pośpiechu z oczodołu do ust. Swoim ułożeniem trup sprawiał wrażenie, jakby kiedyś, na pewno dobre kilka miesięcy wstecz, umarł z zimna. Teraz jednak temperatura była wysoka, a jego ciało zaczęło gnić, podobnie jak całe pomieszczenie. Rozejrzał się, spostrzegając inne zwłoki. Potem następne. Na granicy wątłego światła majaczyły kolejne. W drżącym świetle zapalniczki wyglądały tak, jakby zaczynały się ruszać. Dorian odwrócił się gwałtownie. Potem jeszcze raz. Nie potrafił znieść faktu, że ktoś lub coś, coś żywego, może znajdować się za jego plecami. Zapalniczka znów zgasła, wypadając mu z rąk. Zaczął szukać jej w popłochu, przesuwając nerwowo dłonie po zimnej podłodze, jednocześnie panicznie bojąc się natrafić nimi na coś innego niż znajomy, podłużny kształt.. Wreszcie ją odnalazł. Pstryk. Nic. Pstryk. Iskra pojawiła się i znikła, jak rażący błysk lampy fotograficznej. Przy trzecim pstryknięciu pojawiła się na dobre. Siedział teraz przy ciągnącej się w ciemność ścianie pokrytej ogromnymi, cuchnącymi plamami pleśni. Wilgoć i przeciekający dach zamieniła to pomieszczenie w jeden wielki, gnijący ogród. Kątem oka dojrzał kolejnego pająka, niespiesznie paradującego w świetle zapalniczki. Jego nogi wydłużały się nienaturalnie w blasku drgającego światła, tułów wydawał się grubszy, spokojny krok sprawiał przypominał przedśmiertne drgawki. Dorian wpatrywał się w pająka niewidzącym wzrokiem, przerażony i zagubiony jak nigdy wcześniej. To, co zdawał się w sobie odkrywać, znikało teraz, schowane gdzieś za płynną granicą światła. Pająk przechadzający się po ogromnym grobowcu symbolizował wszystko, co jeszcze może spotkać chłopaka w budynku. Z perspektywy tego, co już widział, śmierć od kuli wydawała się być najlepszym rozwiązaniem. Śmierć z własnej ręki. Dłoni a dotknął wybrzuszenia w spodniach, miejsca gdzie znajdowała się broń. Jednak nie potrafił w tym momencie zdecydować się na nic. Może lepiej bym zrobił, gdybym strzelił w łeb sobie, a nie im… Przed oczyma zobaczył samicę, widok jej pięknego, młodego ciała, roztrzaskanego na asfalcie. Potem zobaczył przekrwione oczy trzech samców, obraz furii, która skierowana była wyłącznie na niego. To, że tak zwlekałem sprawiło, że jestem winny śmierci tej dziewczyny.. W jego głowie myśl zabrzmiała bardziej jak stwierdzenie niż jak pytanie. Jednak nie czuł wyrzutów sumienia. Nadal, mimo strachu, oscylującego na granicy paniki, czuł podniecenie tym, co wydarzyło się w ciągu ostatniej godziny. Odczuwał zmianę, w sobie i w świecie, który tworzył swoim życiem. Chciał jeszcze posmakować tego, co zakazane, wypaczyć wszelkie prawa, przez chwilę pomyślał, że potrafiłby jeszcze przywyknąć do życia w ciemności. Pająk zniknął z pola widzenia. Zgasił zapalniczkę. Nie chciał ryzykować wyczerpania się gazu. Po kilku minutach w dusznym, pleśniejącym pomieszczeniu, jego węch przyzwyczaił się już częściowo do atmosfery panującej wewnątrz. Mógł już normalnie oddychać. Co teraz…? Dokładnie w momencie, kiedy miał zdecydować się, by ruszyć w dalszą drogę, usłyszał na dachu kroki, gdzieś nad sobą. Były nieregularne i nakładały się na siebie. Było ich wielu. Stwierdził, że około dziesięciu. Decyzja musiała być podjęta od razu. Jeśli Nowi znaleźliby wejście do budynku, nie miałby szans. Wstał i wyjął broń. Jego dłoń przestała drżeć, zaciskając się wokół chłodnej rękojeści uchwytu. Znów miał zacząć działać i znów czuł, że wraca mu pewność siebie. Jakby otaczający go mrok dodawał mu nieokreślonych, nieosiągalnych dla niego wcześniej sił. Musiał znaleźć wyjście. Z zapalniczką w ręku ruszył wzdłuż ściany, najpierw jednej potem kolejnej. Zapalniczka służyła mu za celownik, broń trzymał tuż ponad linią światła, mierząc w ciemność. Dwie ściany okazały się puste. Kroki na dachu nabierały intensywności, potem cichły. Wydawało mu się, że zbierają się wokół miejsca, gdzie według jego obliczeń znajdował się właz. Ale równie dobrze te przypuszczenia mogły być wywołane strachem przed tą ewentualnością. Na trzeciej ścianie znalazł drzwi. Wyjście było równie zarośnięte pleśnią, co cała reszta pomieszczenia. Klamka pokryta była miękkim puchem, który pod naciskiem dłoni zamienił się w chłodną, lepką maź. By je otworzyć, musiał zgasić zapalniczkę lub schować broń. Zdecydował się na to pierwsze rozwiązanie. Nad sobą usłyszał skrzypienie podnoszonego włazu. Do pomieszczenia wpadło już nieco światła, oświetlając dziesiątki rozkładających się ciał. Klapa opadła z hukiem. Jednak wiedział, że będą próbowali dalej. Nacisnął klamkę. Ręka ślizgała się na wilgotnym uchwycie. Wymagało to dużo wysiłku, jednak stary mechanizm w końcu puścił. Szarpnął drzwi. Odrzuciło go do tyłu i zdał sobie sprawę, że szarpnięcie nie wymagało tyle wysiłku, ile w nie włożył. Właz znów zaczął się podnosić. Dobiegło go wycie i ciężki oddechy stłoczonych na dachu Nowych, wcześniej tłumione przez gruby sufit. Znów poczuł przerażenie. Chciał uciec jak najszybciej, gdziekolwiek.

- Myślisz, że tamten chłopak jeszcze żyje? - Nie mam pojęcia. Właściwie nie robi to żadnej różnicy… - …Tak, ale sama twierdziłaś, że może się przydać. - Wiesz, jaka jest Dzielnica… Do końca możesz liczyć tylko na siebie. - Skoro mu nie pomagamy, to co my tu właściwie robimy…? - Zajmujemy się trupami, a nie żywymi. Funkcjonujemy w luce między światem Dzielnicy, a resztą Miasta… To cała nasza rzeczywistość. Dobrze wiesz… - Na zewnątrz Miasta jest jeszcze następny świat. - Jeszcze gorszy niż ten… Nie myśl o tym. To nic nie daje…

Wkroczył w kolejną warstwę mroku, tak samo nieprzeniknionego jak poprzednia. Jednak atmosfera było tu inna. Wydawało mu się, ze powietrze, którym oddycha jest czyste, nieskażone. Tutaj było o niebo lepiej w porównaniu z grobowcem, z którego właśnie się wydostał. Zamknął drzwi. Wiedział, że Nowi też końcu odnajdą wyjście, ale liczył na to, że ich zaskoczenie tym, co znajdą w pierwszym pomieszczeniu będzie większe niż jego. To dałoby mu czas. Zapalił zapalniczkę. Znajdował się w korytarzu, w świetle wątłego płomyka nie mógł ocenić jak daleko przed nim ciągnęła się przestrzeń. Usłyszał jednak ruch. Przed sobą. Coś poruszyło się w mroku, lecz niemożliwym było ocenić odległości, w jakiej znajdował się potencjalny przeciwnik. Dorian rozpaczliwie wyczekiwał następnego odgłosu, jednak jedyne, co mógł zrobić to celować w otaczającą go ciemność. Podszedł do ściany i zaczął przesuwać się wzdłuż niej, do przodu. Każdy krok kosztował go niebywale dużo sił, nie chciał tam iść, nie chciał zbliżać się do kolejnego monstrum. Jego ciało rozpaczliwie pragnęło uciec jak najdalej, jednak na granicy słyszalności dobiegały go pomruki z sąsiedniego pomieszczenia. Uciekając, wróciłby do nich. Idąc dalej, znajdował się w zasięgu następnej bestii. Osaczony, przemknęło mu przez głowę. Jestem osaczony. Czuł łzy napływające mu do oczu, nogi się pod nim uginały. Gdzieś przed sobą, a może tylko we własnej głowie, usłyszał szelest przesuwających się nóg. Starał się nie myśleć o otaczającym go mroku, jednak ciemność sama atakowała go ze wszystkich stron, dusząc płomień zapalniczki. Mijał po drodze kilkoro drzwi, jednak nie próbował w nie wejść. Czekał na to, co przed nim. Musiał znaleźć drogę na dół. Wydostać się z tego cholernego budynku. Światełko drżało w ciemności. Zgasło. Raz, drugi. Za każdym razem zapalał je tak, jakby miało go ono utrzymać przy życiu. Może właśnie tak było. Nowi błąkali się po sąsiednim pomieszczeniu. Słyszał ich za sobą, bał się, że w każdej chwili usłyszy trzask otwieranych drzwi. Z trudem powstrzymywał chęć obejrzenia się za siebie. Szedł dalej, przesuwając nogi po powierzchni korytarza. Na podłodze znalazł rozbite szkło, trochę zaschniętej krwi, kępkę włosów. To wszystko działało na jego wyobraźnię, podsycając strach, atakując go obrazami rzezi, które musiały odbywać się w tym miejscu. Nie wiedział, czy krew pochodziła od zabitych tu ludzi, czy to Nowi zabijali się nawzajem w ciemnych korytarzach opustoszałego już budynku. Wydawało mu się, że znajduje się już w połowie korytarza. Wtedy właśnie zobaczył windę. Dwoje drzwi, a nad nimi strzałka z liczbami, wskazująca piętra. Po prawej stronie podziałki widniała liczba osiemnaście. A więc tyle było pięter. Tyle kręgów piekła musiał jeszcze przebyć, by znaleźć się na samym dole, by znaleźć drogę na zewnątrz. Mógł czekać, a potem znów wyjść dachem. Ale wiedział, że wyczują jego obecność. A wtedy nie będzie miał szans. Zabije trzech, może czterech. Potem rozszarpią go z furią, jakiej nie zaznał jeszcze w życiu. Jego ciało zgnije tutaj, zamieniając się w skorupę pleśni i raj dla robaków... Winda. Kurwa, skup się na windzie! Nie możesz nią jechać, pewnie i tak nie działa. Na końcu korytarza muszą być schody. Dlaczego zawsze na tym drugim końcu..? Idź, nie myśl o tym. Przygotuj się do strzału i idź przed siebie. Zapalniczka znów zgasła. Wtedy usłyszał kroki, gdzieś przed sobą. Coraz szybsze, przechodzące w bieg. Odgłos stóp uderzających głucho o podłogę dudnił w korytarzu przeraźliwym echem, potęgując ogarniającą go panikę. Zapalił zapalniczkę, niemal wypuszczając z ręki broń. Koniec, pomyślał. Biegnący napastnik był coraz bliżej. Znów zgasła. Zapalił ją znowu. Płomień rozświetlił fragment mroku, jednak bestia nie była jeszcze widoczna. Była jednak już tylko kilka metrów od Doriana. Jego głowę przeszyła nagła myśl. On też mógł stać się niewidoczny. Gdy cień napastnika, pochylonej sylwetki biegnącej na niego pojawił się już na granicy światła, chłopak przesunął ręką w powietrzu, kierując ją na drugą stronę korytarza. Wyglądało to tak, jakby sam robił unik, skacząc w bok. Jednak on stał w miejscu. Pomysł okazał się dobry. Napastnik otarł się o niego, skacząc w mrok. Smród niemytego ciała wdarł się w nozdrza Doriana. Potem usłyszał trzask miażdżonego szkła. Zrozumiał, że bestia…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dzielnica Samobójców cz. III i IV — czytnik · opowiadania