Thriller · 11 min czytania
Dzień dobry!!!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dzień dobry!!! -Jakie to szalenie dziwne uczucie, gdy człowiek chcąc zanucić sobie dobrze znaną piosenkę jest w stanie wydusić tylko parę pierwszych wyrazów a na resztę śpiewanego tekstu składa się tylko rytm, melodia i różnego rodzaju lalalala. -pomyślał Hubert zaraz po zaśpiewaniu słów „i love you babe!”. Hubert jednak nie martwiąc się tym zanadto ruszył przed siebie gdy tylko uliczne światła zmieniły swą barwę z czerwonych na zieloną. Momentalnie, na poprzecinanym białymi szramami asfalt runął potok przechodniów wśród których Hubert wyróżniał się tak jak by co najmniej był nagi. W porównaniu do całej reszty ludzi nie leciał przed siebie z obawą o otarcie się o innego człowieka , lecz niespiesznym krokiem pokonywał dystans nucąc sobie pod nosem i lekko podskakując z nieukrywaną wesołością. -Pomyślmy- rzekł do siebie w myślach- Wczoraj wieczorem kłóciłem się z żoną . Zaczęło się dość typowo. Typowo jak na ostatnie parę miesięcy. Bo od jakiegoś czasu kłócimy się niemal co wieczór. Jednak to dopiero wczoraj stan naszego małżeństwa odbił się tak wyraźnie na naszej zastawie stołowej, na nocnej lampie i na obrazie od którego z reszta odbił się lecący wazon z kwiatami. Noc spędziłem na kanapie. Nie po raz pierwszy. -Przepraszam bardzo-potok myśli przerwał mu skądś znajomy głos- może ma pan jakieś drobne. Nie jadłem dziś śniadanie a południe minęło już parę ładnych godzin temu- Hubert powoli obrócił się na pięcie by zobaczyć właściciela tak niesamowicie zachrypniętego głosu, który z tak strasznie wyraźną nutą cwaniackiej wesołości nie pozwalał pozostać bez odzewu. -A może ma łaskawy pan kawałek bułki?- Hubert spojrzał na swego rozmówce zamyślony. A trzeba przyznać że przepaść była między nimi gigantyczna. Biedak ubrany w powycierany, szarawy i ubłocony garnitur, tenisówki i za krótkie spodnie wcale nie wydawał się ani mniejszy ani gorszy od stojącego obok, ubranego w białą koszule, krawat i błyszczące czernią buty dwudziesto siedmio latka. Młodzieniec, bo przy siwawym lumpie wyglądał naprawdę młodo, trzymał w ręku ponadto neseser i marynarkę. Popołudnie było nad wyraz gorące w czym nie pomagały nawet cienie otaczających drapaczy chmur miasta New York. -Jak chcesz mam parę drobnych-rzekł Hubert próbując naraz przetrzeć czoło z potu i sięgnąć po pieniądze do kieszeni. -Nieźle daje, nie- zagadnął bezdomny -Co?- zapytał jakby bez zastanowienia -Słońce. Piecze tak od tygodnia i ani jednej chmury.- rzekł lump patrząc w niebo zakrywając sobie jednocześnie dłonią zmarszczone od blasku czoło. -Tyle starczy? -Pewnie. Bóg zapłać. Dobrego dnia życzę.- krzyknął odchodząc rozweselony jałmużną bezdomny. -Miłego dnia. Hubert ruszył dalej. Tak właściwie to i jemu zachciało się jeść. Faktycznie jest już 15:14, a to oznacza że jest najwyższa pora na lunch. Znajdował się w okolicy knajpy, w której to zazwyczaj się stołował. Przebiegł więc na drugą stronę ruchliwej ulicy i stanął pod drzwiami knajpy. Nie było w niej nic co by odróżniało ją od innych lokali tego typu, lecz Hubert ani razu nie rozchorował się po posiłku w tym miejscu. Był to atut którego lekceważenie jest głupotą. Otwierające się drzwi poruszyły bezwładnie dotąd wiszący dzwoneczek, który to poinformował swoim „dzyń dzyń” o przybyciu kolejnego klienta. Za kontuarem zamówienia przyjmował starszy człowiek w kucharskiej czapce na głowie i służbowym fartuchu. Dwoił się on i troił by nadążyć z wydawaniem poleceń kucharzom, poganianiem kelnerek i odbieraniem zamówień od klientów. Mimo iż na sali były ledwo dwie dziewczyny a klientów naliczyć można było co najwyżej piętnastu to przy samym barze rwetes panował nieludzki. Na widok Huberta starszy człowiek uśmiechnął się rozpoznawczo i zapytał zanim ten pierwszy zdołał zbliżyć się do lady. -Dziś środa, naleśniki jak zwykle? -Tak, czemu nie- odpowiedział pewnie gdyż to miejsce i obyczaje tu panujące wydawały mu się szczególnie dobrze znane. -Zaraz podamy- dodał Hubert usiadł w rogu Sali gdzie nie było już tak głośno. Szum jednak zrodził się w jego głowie. Na miejsce wcześniej panującej błogiej wesołości wkradła się niepewność i pytanie czemu właściwie jest taki wesoły. Próbując cofnąć się pamięcią o parę godzin zdał sobie sprawę że cały dzień spędził włócząc się, siedząc w parku na ławce i ogólnie oddając się różnego rodzaju spacerom. Cofanie jednak się do momentu poranka stało się nad wyraz ciężkie, gdyż spostrzegł że jego pamięć koło godziny dziesiątej ustawiła sobie zaporę nie do obejścia. Dalsze rozmyślania przerwała mu jednak kelnerka nalewając do szklanki kawę i stawiając na stole talerz z naleśnikami. Zajął się więc jedzeniem. Nie trwało to jednak długo. W jego kieszeni zabrzmiał głośno telefon. Sięgnął więc do niej i starając się by nie wypadły mu z ust kawałki naleśnika z owocami odebrał. -Gdzie ty się chłopie podziewasz?!- odezwał się w słuchawce znajomy, rozjuszony głos.- Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego która jest godzina- Hubert nawet nie był w stanie wydusić z siebie słowa takiego jak „słucham”, „dzień dobry” a co dopiero coś odpowiedzieć. -Urząd skarbowy stoi nam na głowie bo Jaśnie Pan zaspał i zapomniał zanieść makulatury do banku -Przepraszam- odpowiedział skołatany bo przypomniał sobie głos. To był Tom, jego…