Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 13 min czytania

Dzień po wojnie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

— Zgłoś się, Saturn. — Trzaski w głośniku deformowały głos. — Tu Rubin. Zgłoś się — zapadła cisza. Mężczyzna śpiący na kawałkach tektury przekręcił się na lewy bok. — Saturn, kurwa, pijaczyno zgłoś się! — Czego? — warknął, przecierając przekrwione oko jedną ręką, a drugą chwytając denerwujące ustrojstwo. — Księżniczko, od pięciu minut powinnaś patrolować Młyn i San Francisco — urwał nagle. W głośniku zaczęło szumieć i trzeszczeć, każdy dźwięk przysparzał pulsującego bólu głowy. — Jesteś tam? — Już wychodzę — westchnął. — Ale na Franciszka nie pójdę, Templariusze obstawili wzgórze. Na baszcie mają snajpera. Zarobię kulkę… — Spokojnie, Biała Śmierć nocą szturmowała zamek. Nie słyszałeś strzałów? To rzut granatem od ciebie… — Wybacz, spałem jak kamień. I co z tym szturmem? — zapytał, zakładając na nogi przetarte oficerki. Przebiegł przekrwionymi oczyma po małym pokoiku, ze ścian odpadał tynk, a przez wybite okno wlatywało zimne, jesienne powietrze. Jego M 16 stał oparty o przeciwległą ścianę. — Nie wiadomo dokładnie. Nasi chłopcy przeszli przez San Francisco bez żadnych problemów. Urządzili obóz pod wzgórzem. — Głośnik zaczynał charczeć coraz bardziej, niemiłosiernie denerwując Saturna. Ochota na ciśnięcie ustrojstwem o podłogę narastała. — To po cholerę mam patrolować ulicę? — Nie chcesz, chyba żebym cię uczył roboty? Zwiadowcą jesteś, musisz po mieście łazić i wypatrywać Templariuszy, Białej Śmierci i wszystkich innych świrów z bronią — odpowiedział. — Bez odbioru. Wstając, usłyszał trzaśnięcia kolan, twarz wykrzywiła mu się samoczynnie. Poranki zawsze wyglądały tak samo: kac, trzaśnięcia w stawach, wszędobylski ziąb, duszący smród wilgoci i alkoholu. Nawet robaki biegające po kątach zawsze były te same. Nie potrafił wytłumaczyć czemu, ale te małe żyjątka traktował jak zwierzęta domowe. Podlewał je wódką, czasami zostawiał na noc kawałek pokruszonego suchara. Gdyby potrafił je rozróżnić, wszystkim nadałby imiona. Za oknem — jak co dzień — stały te same smutne budynki i betonowy plac z lejem po wybuchu pośrodku. Ołowiane chmury monotonnie przewalały się nad Iłżą — miastem, w którym zostali tylko wariaci i bezpańskie psy. Saturn splunął i ruszył w stronę klatki schodowej, po drodze złapał, stojącą pod ścianą, broń. Czyściłem ją przed snem?, pomyślał, choć ta czynność przychodziła mu ostatnio coraz gorzej. Nie musiał myśleć, tutaj wykonywał rozkazy. Przystanął na chwilę, wbijając wzrok w odrapany karabinek. — No nic — powiedział. — Może mi nie eksplodujesz w dłoni, co? — Pocałował zimną stal. Zbiegł na dół, ominął minę przeciwpiechotną, ukrytą pomiędzy gruzami. Ze swoją siłą mogła zabić człowieka, ale nie miała prawa naruszyć konstrukcji budynku. Tylko dzięki niej mógł spać spokojnie. Wyszedłszy na dwór, poczuł jesienne powietrze, pachnące mgłą i deszczem. Przebiegł wzrokiem po zabudowaniach. Niegdyś turystyczne miasto, wyglądało złowrogo, kolory wyblakły i sposępniały. Większość kamienic została zrównana z ziemią, po drzewach zostały zwęglone pnie. Ulice gęsto zaśmiecały wraki, połamane lampy, rozwleczone walizki. W bocznych uliczkach królował cień i odór krwi. Samochody od czasu do czasu służyły jako umocnienia w bazie Junaków. Pokruszonymi obudowami lamp, można było kroić konserwy tłuszczowe, a walizki, niekiedy, skrywały skarby. Baszta starego, biskupiego zamku górowała nad aglomeracją, jak obdarta z mięsa kość. Do niedawna zajmowała ją organizacja Templariuszy, jedna z wielu jakie utworzyły się w Polsce. Sojusz ten oferowała psie pieniądze w zamian za pracowanie dla nich, dodatkowo dawali karabin i uczyli strzelać. W pewien sposób przynależenie do nich zapewniało bezpieczeństwo — ostatnimi czasy najcenniejszy towar. Saturn należał do Jeźdźców Junaków. Liczącego trzydziestu członków oddziału stacjonującego w Iłży od lat. Dowodził nimi Rubin, stary generał Wojska Polskiego. Siwy żołnierz wyznaczył Sylwestra swoim zastępcą, jednak ten odmówił bez głębszego zastanowienia. Nie miał zamiaru komplikować sobie życia. Dobrze wiedział, że gdyby Stary kopnął w kalendarz, na jego barkach spoczęłaby opieka nad oddziałem, załatwianie amunicji, paliwa do samochodu. Wyprawy na bloki i proszenie inżyniera o naprawę zepsutych karabinów. Po prostu nie chciało mu się tego wszystkiego. Mężczyzna wszedł na ulicę Mostową. Brukowaną nawierzchnię przykrywał dywan bursztynowych liści i szkła z powybijanych sklepowych witryn. Na końcu drogi czekał jeden z członków Jeźdźców, z daleka pomachał do niego butelką wódki. Usta Saturna wykrzywił uśmiech: — Wytrzeźwiałeś po wczorajszym? — spytał. — Saturnek, tacy ludzie jak my nigdy nie trzeźwieją — usłyszał w odpowiedzi, obaj wybuchli śmiechem. — Czekam na ciebie i czekam, aż złożyłem meldunek Rubinowi, żeby cię pogonił. — Dzięki za opierdol od rana. — Zobaczył, jak jego towarzysz szczerzy pożółkłe zęby. — Sam sobie na to zasłużyłeś. Wczoraj się umawialiśmy… pozwól, że aż pierdolnę cytata: „Pijemy jutro od rana”. Sam tak powiedziałeś. Zaczynali schodzić na zniszczony most, betonowe płyty utworzyły trójkątną jaskinię z szerokim wylotem, w której płonęło małe ognisko. Leniwy strumień przepływał pomiędzy gruzami, wydając kojące dla ucha dźwięki. Mężczyźni usiedli obok ognia, oparli karabinki o ścianę. Saturn zbliżył dłonie do płomienia, poczuł jak ciepło, zaczyna przechodzić przez ciało. Nareszcie jakaś przyjemna odmiana. Olimp sięgnął po leżący nieopodal plecak, gmerał w nim chwilę. — Czego tam szukasz? Wódkę przecież mamy. — Gdzieś tu schowałem śledzie — oznajmił. — Znalazłem. Wyciągnął płaską konserwę. Rozciął ją nożem i postawił nieopodal trzaskającego drewna. Odkręciwszy butelkę, Sylwester pociągnął solidny łyk. Olimp uczynił tak samo, po czym westchnął głęboko. — Doskonała — rzekł cicho. — Skąd ty bierzesz te wszystkie gorzałki? — spytał Saturn, czując działanie wojennego nektaru zapomnienia. Światu wracały kolory, jeszcze kilka łyków i może usłyszy śpiew ptaków. Chciałby posłuchać ćwierkotu wróbli, który swego czasu tak bardzo go denerwował. — Codziennie przechodzę polami na Piłatkę. Tam jest jeden rolnik, który robi to z ziemniaków hodowanych w piwnicy. — Udoił niemałą porcję. — Ma tam wielkie lampy, mówił mi, że całymi dniami siedzi i pielęgnuje te kartofle. — Z czegoś musi żyć. Iłża leży cholernie daleko od Piłatki, że ci się chce… — Cztery i pół kilometra tylko — przerwał mu Olimp. — Pierdoliłbym taką robotę. Tyle zachodu dla paru butelek. — Jak chcesz, to pij szambo ze strumyka. — Zacharczał i wypluł do wody kulę

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%