Inne · 2 min czytania
Dzień siódmy – odpoczynek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kiedy mówiłam o dniu siódmym żaden ptak nie wzlatywał ku niebu, żaden wiatr nie krępował mi nóg, żaden deszcz nie zmywał ze mnie grzechów całej tej zasranej ludzkości i głupich sąsiadek, co zaglądają mi w okna. Mieniłam się zawsze w odcieniach bieli po skraj zeszłolistnej żółci. Właśnie w nią wchodzę, nienaruszenie w żółć, pełną pajęczyn i gęstej jesieni w ustach. I wcale nie mam spuszczonych po brodę powiek. Zapytał mnie ktoś czy jestem szczęśliwa. No jestem, a co miałam mu odpowiedzieć? Że dzieci mam wrzaskliwe, że mąż bije po łbie patelnią (a zdarza się i tak)? Przecież obcemu nie będę się spowiadać. Zresztą to był chyba jakiś akwizytor, bo zaraz chciał mi sprzedać odkurzacz…