Filozofia · 15 min czytania
Dzień w którym siadł internet czyli connection int
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
DZIEŃ W KTÓRYM SIADŁ INTERNET CZYLI CONNECTION INTERRUPTED.
Opowiadanie należałoby zacząć w jakiś ciekawy sposób, aby od razu nie zniechęcić czytelnika. Najlepiej byłoby wprowadzić ciekawego bohatera, który ma wielce zajmujące życiowe rozterki, albo jest po prostu zabawny, albo i jedno i drugie. -A co powiesz na faceta, który wątpi w to, że istnieje? – zapytałem. Mój rozmówca uśmiechnął się delikatnie. – Musiałbyś chyba być sam pewien swojego istnienia. – Dlaczego? – Dlatego, że inaczej nie ma sensu to wszystko co powiesz. Przecież to oczywiste, jeśli sam nie istniejesz, wtedy również iluzją jest fakt, iż opowiadasz o pewnym bohaterze. Po chwili zastanowienia zapytałem – A czy może być tak, że ja, opowiadający historię, nie istnieje, natomiast istnieje postać o której opowiadam? – Hmmm...prawdziwa historia prawdziwego człowieka opowiedziana przez nieistniejącego? Ale czy wtedy istnieje sam fakt opowiadania? Zanim powrócę do naszej rozmowy, muszę się na chwilę cofnąć do wcześniejszych wydarzeń. Wcześniej też rozmawialiśmy i zapytałem się mojego rozmówcy: - Skąd się wzięły góry, lasy, rzeki..? – A skąd się wzięło twoje pytanie? – odpowiedział. To bez sensu przecież. Po co ja o tym wspominam. Zamiast tej wcześniejszej rozmowy, mogłaby się odbyć każda inna, na przykłada taka: mógłbym mu opowiedzieć pewną historię o człowieku, któremu śniło się, że jest motylem. Kiedy się przebudził, nie wiedział czy jest człowiekiem który właśnie przed chwilą śnił o tym, że jest motylem, czy motylem, który teraz w tym momencie śni o tym, że jest człowiekiem... Naprawdę żałuje że mu tego nie opowiedziałem. Teraz widzę go siedzącego nie w półmroku jak to zwykle się siedzi, kiedy ktoś o tym opowiada, ale po prostu, na zwykłym krześle przy stole, na którym stał jego komputer. Właśnie dziś z nieznanych powodów nawaliło mu połączenie internetowe. Może właśnie dlatego z braku innych możliwości dziś tak wiele może sobie pozwolić na różne rozmowy i pogadanki ze mną. Nie wiedział dokładnie w którym momencie połączenie z Internetem znikło. Kiedy tak po dłuższym czasie grzebania w komputerze nic się nie udało naprawić, powiedział: - A wiesz....w sumie, mimo że nie wychwyciłem tego jednego momentu, w którym Internet przestał działać, to teraz się zastanawiam jak to jest...znaczy..ten moment to taki punkt odniesienia, punkt oparcia. Archimedes powiedział kiedyś: dajcie mi jeden stały punkt oparcia, a poruszę Ziemię. No więc mamy ten moment, kiedy sieć mi siadła tak? To jak moment przebudzenia. Moment graniczny pomiędzy snem a rzeczywistością. Ale co, jeżeli nie wiadomo co jest po której stronie, znaczy, czy przechodzisz ze snu do rzeczywistości, czy z rzeczywistości do snu....rozumiesz analogię.?. – Może i rozumiem, ale nie każdy musi, niektórym jest wszytsko jedno, albo bardzo chcą aby nie było im wszytsko jedno ale nie udaje im się to. -Kiedyś to wszystko pierdolnie, zobaczysz...powiedział.... Znałem go w sumie od bardzo dawna, ale niewiele pewnego mogłem o nim powiedzieć. Nasze rozmowy w gruncie rzeczy zawsze musiały dojść do jakiś ogólników. Niemniej jednak lubiłem go słuchać, a on lubił opowiadać, o wszystkim....Wszystko....kluczowe pojęcie.... Czekaliśmy więc czy coś się wydarzy. Powiedziała mi dziś że jestem nienormalny. Tak, dokładnie tak powiedziała: Jesteś nienormalny. Hollywoodzka narracja. Opowieść bierząca i retrospekcje. Film. Tu jesteśmy my, tam są oni i one. Hollywoodzka narracja i literatura. Opowiadanie o człowieku, który nie jest pewien czy istnieje. Inny człowiek nie jest pewien jak je napisać. (Czasami tuż po przebudzeniu, albo wspominając sen, doznawałem takiego dziwnego uczucia świadomości przez ułamek sekundy, za pomocą pewnej migawki w głowie, jakby obrazu, kadru z filmu,przypominałem sobie coś, co chyba mi się kiedyś śniło, albo się wydarzyło naprawdę, sam nie wiem, i zestawiało mi się to w głowie z czymś co jest teraz, albo właśnie dopiero co mi się przyśniło, coś się ulotnie kojarzyło z czymś innym i ja to czułem, ale to było potem nie do odtworzenia..ale wtedy..w tym momencie, to było takie oczywiste, jakbym to naprawde był ja tam, w tym skojarzeniu, a nie tutaj..)
-Opowiedz mi o tym - poprosiłem... -Ok, dobra, więc...Spotkałem się z nią w tej spelunie przy metrze. wiesz...tam gdzie czasem chodziliśmy na kawe i papierosa albo na piwo po wyjściu z kina...pare dni wcześniej poznałem ją w Internecie...od słowa do słowa w końcu postanowiliśmy się spotkac. Byłem nieco rozczarowany jak ją zobaczyłem. Niby pokazała mi wcześniej online swoje zdjęcie, ale mimo wszystko wyobrażałem ją sobie inaczej, myślałem że będzie trochę bardziej pasjonującą opowieścią. A tu prosze, ona po prostu istnieje, siedzi po drugiej stronie stolika i pije redbulla. Jeździ starym BMW... -Więc nie spodobała ci się jako kobieta? -Wiesz....w Internecie sprawiała korzystniejsze wrazenie...wyskakiwały mi jej teksty i te teksty tworzyły taki obraz oderwany od pojęć, a będący nastrojem gry, jak wykładanie kart na stole...Teksty, teksty...ulepiłem sobie z tego pewną opowieść. A kiedy rano się obudziłem, w jednym momencie, w ulotnym punkcie oparcia, 3 sprawy zlały mi się w nieuchwytne jedno: mój dzisiejszy sen, świadomość nadchodzącego z nią spotkania, oraz jakiś wcześniejszy sen, chyba sprzed roku..nagle mi mignął, jak jeden kadr z filmu, a właściwie jak jedna klatka.. I przez chwilę wiedziałem o co chodzi...to wszystko przez tekst i wyobraźnie..nic tylko same zapośredniczone znaki.. (Mógł mówić różne spontaniczne zdania, wyrażać myśli metaforycznie, a jednak jakoś intuicyjnie zawsze czułem o co mu chodzi, był to jednak taki ulotny punkt oparcia...) -A rozmowa się kleiła? -Taaaak, wiesz...od początku bez problemu. wiadomo, zawsze znajdą się tematy neutralne jak studia czy coś takiego..a potem zawsze łatwo do wszystkiego nawiązać, jak nie kino to literatura....A kiedy po drugim piwie zacząłem jej opowiadać o różnych moich fascynacjach, ona właściwie to rozumiała wszystko...mogłem mówić różne spontaniczne zdania, wyrażać myśli metaforycznie, a jednak jakoś intuicyjnie zawsze czułem o co mu chodzi, był to jednak taki ulotny punkt oparcia...
Wyobraziłem sobie jak siedzą w tym barze...Powiedzmy że stolik nie przy oknie, a blizej środka. On jednak czesto w strone okna spogląda. Wolałby utonąć w jej spojrzeniu, ale jednak nie odnajduje tam nic ciekawego, atrakcyjnego. Choć czasem próbuje szukać. Ona ma na stole komórkę. Ale ani razu nie bierze jej do ręki. Zresztą, lezy wyświetlaczem do stołu. Jedynym co ich łączy właściwie to wspólna popielniczka. Oboje palą papierosa za papierosem. Kawa z mlekiem, bez mleka, piwo, redbull, on drugie piwo...Rozmowa od początku przebiega bez problemu. Wiadomo, zawsze znajdą się tematu neutralne jak studia czy coś takiego...a potem zawsze łatwo do wszystkiego nawiązać, jak nie kino to literatura...W pewnym momencie jakoś to wszystko przeistoczyło się w natchnioną dyskusję o świecie współczesnym i przyszłym, w której on opowiadał z pasją, a ona uśmiechami i wtrąceniami wyrażała pewne zrozumienie. -Wiesz - mówił - wiesz co jest w tym wszystkim pasjonujące? Względność...zobacz: jest naukowo udowodnione, przez fizyków, że możliwe są podróże w czasie. Nie wiem jakie są możliwości techniczne wg stanu dzisiejszego, ale teoretycznie jest to mozliwe. Wiesz, ja w sumie sie na tym nie znam..ale znajomy mi opowiadał że chyba jest do odkrycia jakaś cząsteczka, jakiś atom czy coś, on istnieje, trzeba tylko…