Podróże · 55 min czytania
Dzień z życia emigranta
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Dzień z życia emigranta
Dźwięk budzika w komórce wyrwał mnie ze snu. Szósta rano. Czas wstawać! Powietrze przeszywa ogłuszający huk podchodzącego do lądowania samolotu pasażerskiego. Heatrow jest zaledwie kilka kilometrów stąd. Powietrzne statki przelatują sto, dwieście metrów nad domem w którym mieszkam. Ruch jest bardzo duży; za dnia łoskot silnika odrzutowego rozlega się co minutę. Wcześniej, tuż po przyjeździe rok temu, nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Budził mnie pierwszy przylatujący rano samolot. Teraz zupełnie już nie reaguje. Wręcz przyzwyczaiłem się do tego hałasu do tego stopnia, że kiedy wyjadę na dłuższy czas do rodziny w Polsce zaczyna mi go brakować. Lubię patrzeć jak te wielkie powietrzne statki majestatycznie, powoli zniżają lot i suną w stronę płyty lotniska. Mam swoje ulubione miejsce: kładka nad torami kolejowymi. Kiedy na niej stoję widzę jak pięć, sześć maszyn w ustawionych w jednej linii w jednokilometrowych odstępach, świecąc mocnymi reflektorami podchodzi do lądowania. Myślę sobie wówczas, że mieszkam w fajnym miejscu skoro wszyscy tutaj tak tłumnie przybywają. Czasami przeleci też samolot LOTu Cieszę się wówczas, bo to tak jakbym patrzył na kawałek Polski. W marynarce wojennej pokład okrętu stanowi cześć terytorium danego kraju. W cywilu powinno być tak samo z samolotami. Znowu się nie wyspałem. Janet wróciła z pracy o pierwszej w nocy. Jak zwykle zachowywała się niefrasobliwie głośno. Rozmawiała przez telefon komórkowy, trzaskała drzwiami. Sprzeczała się ze Siergiejem. Janet jest murzynką, córką emigrantów którzy ponad trzydzieści lat temu przyjechali z jakiegoś państwa w Afryce do Wielkiej Brytanii. Janet mówi o sobie z dumą że jest „English” a ja zawsze myślę sobie, że pod tą szerokością geograficzną rdzenni mieszkańcy rodzą się mając biały kolor skóry. Niech już sobie będzie tą English, ale niech się z tą swoją angielskością nie obnosi i nie wywyższa. W końcu bliżej nam do Anglii z Polski, niż z jej przodkom z Afryki. Jej narzeczony Siergiej jest Rosjaninem. Cerę ma białą, ale jego skośne oczy zdradzają azjatyckie pochodzenie. Domyślam się, że pewnie jest Gruzinem, (chociaż się tym nie chwali), bo parę razy przyłapałem go na oglądaniu gruzińskiej telewizji. Siergiej to w ogóle tajemniczy i zagadkowy typ – zabija samym spojrzeniem. W jego oczach widać ile tam w jego duszy nagromadziło się brudu. Sam polsko rosyjska mieszanką słów przyznaje się do tego że w Rosji „diełał niedobryj biznes”. Nikt do końca nie wie, czym on się tam zajmował. Wychował się na Syberii, służył w armii rosyjskiej. Pracował w firmie odzyskującej długi. Wiadomo, jakimi metodami takie firmy się posługują a zwłaszcza w Rosji. Chodziły słuchy, że Siergiej był expracownikiem wywiadu wojskowego, ale tego nikt na głos już nie chciał mówić…
Podobno kiedyś, zanim się jeszcze wprowadziłem wynikła scysja, bo okazało się, że ktoś nieustannie podbiera jedzenie z lodówki. Wieczorem Siergiej zebrał wszystkich współlokatorów w salonie ( a mieszkało tam wtedy około dziesięciu osób) i powiedział, że znajdzie złodzieja, a jak go znajdzie to go - cytat dosłowny - „zakopie w ogrodzie”. Po tej akcji później nigdy już nic nie ginęło. Ale znałem też Siergieja i z drugiej strony – typowa słowiańska dusza. Kiedyś ciepłą nocą siedzieliśmy na progu domu od strony ogrodu, a Siergiej pił wódkę na umór. Był niesamowicie zdenerwowany, widać było, że gniew i złość drąży go i rozsadza od środka. Zaczęliśmy rozmawiać i po pewnym czasie na przemian śmiejąc się i płacząc powiedział mi, że oszukał go wspólnik Polak, na dwa tysiące funtów. „A ty wiesz Wiesław na co mnie te pieniądze są potrzebne… Ja na wesele zbierał” – powiedział po polsku ze swoim charakterystycznym rosyjskim akcentem, zakrywając oczy dłonią, abym nie widział płynących z nich łez. Żal mi się go zrobiło, bo po latach błądzenia po manowcach poznał kobietę, chce się ożenić, wejść na dobrą drogę i tutaj brutalny los drwi z niego i rzuca mu kłody pod nogi. A tą kłodą okazuje się być Polak oszust. Budzik w komórce odzywa się po raz drugi. Najwyższy czas zwlec się z łóżka. I zaczyna się kolejny powszedni dzień życia na emigracji. Wstaję i idę do łazienki. Na szczęście o tej porze jest zawsze wolna. Mariusz, trzydziestolatek z Ostrołęki wstaje około półgodziny wcześniej, pozostali lokatorzy budzą się około ósmej. Siergiej i Zbyszek prowadzą własna firmę budowlaną i sami decydują o tym kiedy zaczynają pracę. Janet pracuje jako kierowca autobusu, skoro wróciła wieczorem to będzie spała pewnie aż do południa. Siłą rzeczy rano zawsze mam dla siebie wolną łazienkę. W innych domach bywa z tym różnie, czasami mieszka w nich po sześć do ośmiu osób a bywa, że i więcej. Ale to są już skrajne przypadki, które żałosna polska prasa opisuje jako powszechną regułę. Golę się niedbale. Pracuje na budowie a tam kilkudniowy zarost nikogo nie dziwi. Mimo to podtrzymuje nabyty w Polsce nawyk golenia się codziennie. Kiedyś nawet kolega z pracy, Polak, powiedział mi: ”na pewno przedłużą ci kontrakt, bo codziennie przychodzisz ogolony a to znaczy, że szanujesz robotę”. Nie wiem czy akurat gładkie policzki o tym zadecydowały, ale faktycznie pracuję w tej samej firmie już kilka miesięcy. Po umyciu się zszedłem po schodach na dół. W salonie zauważyłem Mariusza przygotowującego się do wyjścia do pracy. W telewizji leciał jakiś teledysk na MTV. Mariusz robił sobie kanapki. Kanapki rzecz święta, nie weźmiesz to będziesz się przewracał z głodu albo będziesz musiał wybulić dwa i pół funta na gotowe ze sklepu). Mariusz pracuje jaki malarz, żyje bardzo oszczędnie i każdy zarobiony grosz przesyła do żony. Kolega z Ostrołęki ma rodzinę – żonę i dwuletniego synka. Jego oszczędne życie polega na tym, że nie chodzi na żadne imprezy, w weekendy siedzi w domu, kupuje najtańszą żywność i sam gotuje. Też próbowałem tak, żyć przeliczając ceny w funtach na złotówki, ale wytrzymałem miesiąc to znaczy dokładnie tyle ile czasu zajęło mi otrzymanie pierwszej wypłaty. Późnej zacząłem obliczać jak długo na coś pracuje, zamiast przeliczać na polskie pieniądze. I okazało się, że żywność wcale nie jest aż taka droga biorąc pod uwagę zarobki w Anglii. Pozdrowiłem Mariusza przechodząc obok niego i wszedłem do sąsiadującej z salonem kuchni. Wyjąłem z lodówki puszkę fasolki w sosie pomidorowym. Otworzyłem ją, wrzuciłem zawartość do półmiska i włożyłem go do mikrofalówki. Typowe angielskiej jedzenie – oni objadają się fasolką tak jak my ziemniakami. Nie można tego nazwać lokalnym przysmakiem, ale raczej lokalnym zapychaczem żołądka. Taka fasolka odgrzana w kuchence mikrofalowej jedzona solo nie smakuje najlepiej, jest mdła. Można jej zjeść zaledwie kilka łyżek. Znacznie lepiej smakuje kiedy je się ją z chlebem posmarowanym masłem. Wówczas da się zjeść nawet całą puszkę. Jest ona tanim i sytym posiłkiem w sam raz dla kogoś, kto nie ma czasu na gotowanie i nie che wydawać zbyt wiele na jedzenie. Dlatego jest popularna wśród będącego na dorobku środowiska zapracowanych emigrantów. Jedząc fasolkę rozmawiam z Mariuszem. Narzeka on, że jutro w sobotę nie idzie do pracy, a więc nie zarobi dodatkowych sześćdziesięciu funtów dniówki. To zasadnicze różnica czy zarobi się trzysta funtów, czy trzysta sześćdziesiąt w danym tygodniu. Biorąc pod uwagę, że pokój kosztuje sześćdziesiąt funtów tygodniowo, to w pierwszym wypadku jest się 250 funtów do przodu a w drugim 310, co w dużym stopniu wpływa na nastrój oraz satysfakcje z pracy, zarobków i ogólnie całego pobytu w Anglii. Dzień bez pracy, poza Niedzielą – bo musi być w końcu taki dzień kiedy trzeba bez wyrzutów sumienia odpocząć - jest dniem straconym. Nie dość że niczego się nie zarobi to jeszcze na dodatek dochodzi problem nadmiaru wolnego czasu, z którym nie wiadomo co robić. Zaczyna się wówczas tęsknić za Polska, rodziną, człowiek zastanawia się co tutaj w ogóle robi w tym dziwnym kraju w którym samochody jeżdżą po przeciwnej stronie ulicy, dookoła słychać obcy język, a wszędzie jest pełno kolorowych. W tej zupełnie innej niż Polskiej rzeczywistości większość Polaków czuje się obco i samotnie. Tutaj wśród polskich emigrantów nie ma normalnych relacji miedzy ludźmi tak jak w we własnym kraju - Polsce. W Anglii dla każdego na pierwszym miejscu najważniejszy jest pieniądz a reszta życia podporządkowana jest temu aby go zarobić. Ludzie nie spotykają się wieczorami, bo albo są zmęczeni ciężką fizyczną pracą, albo biorą nadgodziny lub idą wieczorem do drugiej pracy. W weekendy wszystkich rodaków pochłaniają sprawy zaopatrzeniowe, a wiec zakupy żywności w supermarkecie, kupowanie tanich ciuchów w Primarku, albo na lokalnym bazaru od Hindusów, a także gotowanie jedzenia, sprzątanie domu, pranie, telefonowanie do Polski Dodatkowym utrudnieniem w Londynie są duże dystanse do pokonania, które dzielą znajomych. Do mojej koleżanki, która mieszka w Hendon leżącym po drugiej stronie Londynu, jadę metrem około półtorej godziny. Powrotny bilet na metro kosztuje sześć funtów, więc jest drogi. Jazda autobusem nie wchodzi w rachubę, ponieważ trwałoby to około czterech do pięciu godzin. Dodatkowo wielu Polaków przyjeżdża do Londynu tylko na kilka tygodni, lub miesięcy a później wracają do kraju. W takich warunkach trudno jest nawiązać trwałe relacje z ludźmi. Czasami nie ma z kim szczerze porozmawiać. Z tego też powodu wielu z rodaków sięga po środek szybki i niezawodny – alkohol. Swego czasu mieszkał u nas pewien czterdziestokilkuletni Polak. Pochodził z małego miasteczka w Polsce centralnej. Pracował tam jako elektryk w jakimś dużym zakładzie. Natomiast tutaj w Londynie zajmował się budowlanką. W Polsce miał hobby, które go mocno wciągało – wędkowanie. Pamiętam jego opowieści o tym jak to wychodził o trzeciej nad ranem z domu po to by bladym świtem zarzucić wędkę. W Anglii nie miał żadnego hobby, po prostu wieczorami i weekendy już od samego rana pił. To taki typowy przykład życie emigranta samotnika i w pewnym sensie wyjaśnienie, dlaczego Polacy na emigracji tak piją i często widzi się ich pijanych. Szybko zrobiłem kanapki do pracy. Pożegnałem się z Mariuszem założyłem kurtkę i wyszedłem na przystanek autobusowy. Tak się akurat składa, że ja i sąsiad – dwudziestokilkuletni hindus wchodzimy z domów o tym samym czasie. On ubrany w garnitur a ja w jakieś tanie ciuchy w których pracuje na budowie. W torbie nosze kask budowlany oraz obuwie ochronne (tak zwane safety boots). W takich chwilach zawsze boli mnie to, że w Warszawie pracowałem w jednej z najlepszych w kraju firm informatycznych, a tutaj muszę zasuwać na budowie. Nie sądzę, abym był głupszy od tego hindusa, ale niestety pewna bariera składająca się z wielu czynników powoduje, że będąc doświadczonym informatykiem, tutaj w Anglii imam się rożnych zajęć takich jak praca na budowie, w magazynie, na polo, przy rozładunku ciężarówek. Uogólniając, nie rozpisując się o tym szczegółowo można powiedzieć, że emigracji jesteśmy tutaj naprawdę mile widziani ale tylko w pewnych ramach prac i zawodów. To znaczy jest dla nas przeznaczona praca fizyczna, albo ciężka albo nudna. Prace dobre i ciekawe, albo też biurowe zarezerwowana są dla Anglików. Oczywiście po kilku latach płacenia frycowego można dostać się do branży IT, ale jest to okres bardzo bolesny a im dłużej pracuje się poza branżą tym częściej ma się wątpliwości, czy wciąż jeszcze jest się informatykiem. Elegancko ubrany hindus wsiada do zaparkowanego przed domem samochodu i wkrótce odjeżdża, znikając na rogiem ulicy. Trzymając w ręce reklamówkę z safety boots i kaskiem idę na przystanek autobusowy. Jest wcześnie rano, za kilka minut siódma. Na przystanku stoi kilka osób trzech hindusów, dwie murzynki i jakaś biała dziewczyna sądząc po rysach twarzy Polka. Nie znalem jej nawet z widzenia, to znaczy, że musiała tutaj zamieszkać niedawno. Nie próbuje jej zaczepić o tej porze nikt myśli o nawiązywaniu nowych znajomości. Po drugiej stronie ulicy stoi samochód z zatknięta na szybce kartką informującą o tym, że jest na sprzedaż. Przechodziłem obok niego wielokrotnie i wiem, że jest to Wolsvagen Passat, z 2003 roku za 1700 funtów. W Polsce ten sam rocznik kosztowałby pewnie około trzydziestu tysięcy. Czyli w sumie nie dość, że w Kraju zarabia się średnio pięć razy mniej to jeszcze samochody, motocykle i wszelki sprzęt wyprodukowany na zachodzie jest u nas droższy. Zapewne jest to jeden z powodów, dla których wykształcona polska młodzież po studiach, przyjeżdża tutaj, szoruje gary na zmywaku i ani myśli o powrocie do Polski. To przykre i smutne stwierdzenie, ale każdy to tutaj przyjechał czuje, że to zmywanie garów, to pierwszy krok do znacznie lepszej przyszłości niż, pierwsza czysta i kulturalna praca w Polsce, na przykład w call center, która w naszym biednym kraju jest początkiem prozy życia polegającej na wiązaniu końca z końcem. Znam hindusa, który pracuje w kawiarence internetowej. Czasami z nim rozmawiam. Powiedział mi kiedyś: „w tym kraju naprawdę możesz się dorobić, naprawdę możesz zarobić duże pieniądze, wystarczy tylko, że będziesz ciężko pracował. Ten kraj jest tak przemyślany, żeby ludzie mogli się bogacić, bo kiedy ludzie się bogacą to i kraj się bogaci. Gdzie indziej nie dokonasz tego co tutaj. W innych krajach nie, ale tutaj tak”.
Nie musiał mi tego mówić. Do tego wniosku można samemu dojść już po kilku miesiącach życia w Anglii. Osoby, które pragną uruchomić własny biznes mają tutaj duże ułatwienia w porównaniu do rozkręcanie firmy w Polsce. W Anglii nie trzeba rejestrować własnej działalności przez pierwsze trzy miesiące, bo to jest okres, w którym przyszły biznesmen ma sprawdzić jak mu się interes rozkręca, czy to będzie mu się opłacało. Ubezpieczenie wynosi dwa i pół funta tygodniowo, a nie jak w Polsce 700 zł miesięcznie, co z góry już na starcie zabija wszelką inicjatywę. Rejestracja firmy odbywa się w jednym miejscu, można zarejestrować firmę przez Internet i kosztuje to tylko 35 funtów. Przyznanie kredytu konsumenckiego jest dużo prostsze niż w Polsce, nie trzeba przynosić żadnych zaświadczeń z pracy o zatrudnieniu i dochodach. Po prostu po zalogowaniu się do bankowości internetowej kilka się na odpowiedni przycisk i po kilku minutach żądana kwota (w ramach pewnych indywidualnych widełek) jest już na koncie. Bank nie potrzebuje żadnych zaświadczeń, przecież sam widzi jaka jest historia konta. Do tego trzeba dodać, że przecięty Anglik głowi się nad tym w jaki sposób wydać nadmiar pieniędzy, a Polak w Kraju jak dotrwać do pierwszego. Z tych spostrzeżeń jawi się obraz Anglii jako raju obiecanego i rzeczywiście taka ona jest, ale tylko dla pracowitych i wytrwałych. W tej sytuacji wychodzi na jaw naiwność polskich polityków, którzy nie znając brytyjskich realiów twierdzą, że młodzi emigranci zarobią pieniądze na własną firmę i za jakiś czas wrócą. A niby do czego mają wracać? Skoro dorobili się pieniędzy w Anglii, to zwiększenie stanu posiadania łatwiej przyjdzie im w tym samym kraju. Dlaczego mają inwestować ciężko zarobione pieniądze w Polsce, w której każdy przedsiębiorca z założenia traktowany jest jako potencjalny przestępca, a bezkarny urzędnik może doprowadzić do bankructwa firmy i zrujnowania czyjegoś życia? Są ludzie, którzy wracają, ale decyzja o powrocie nie ma przesłanek ekonomicznych, lecz raczej emocjonalne, bo Polska to jedyny kraj na świecie w którym możemy się czuć u siebie. Czyli jednym słowem, czasami tęsknota za krajem jest większa niż chęć pokonania drogi do bogactwa w obcym kraju. Po kilku minutach na przystanek podjeżdża charakterystyczny, czerwony dwupodłogowy autobus. Wsiadam przednimi drzwiami i pokazuje kierowcy ważna „trawel card” potocznie nazywana „trawelką”. Kierowca akceptuje skinieniem głowy jej ważność i przeciskam się w stronę środka. Już o tej wczesnej porze w autobusie jest tłok. Najwięcej jest hindusów, później murzynów, Indonezyjczyków a najmniej białych. Taka jest właśnie populacja tej dzielnicy; miedzynarodowa mieszkanka z naciskiem na przewagę hindusów. Mieszkają oni tutaj od wieków, czują się jak u siebie w domu, często ubierają się tak jak w Indiach. Chyba, że ktoś pracuje w poważnym biurze wówczas ubiera się po europejsku. W polskim slangu na hindusa mówi się „Ciapaty”. Długo głowiłem się nad tym skąd pochodzi takie śmieszne określenie. Aż tutaj pewnego ranka, mieszkając w hinduskim domu odkryłem, że taka nazwa widnieje na opakowaniu po ich specyficznym chlebie, który z wyglądu przypomina naleśnik, lub ciasto do kebabu. Ponieważ hindusi są właścicielami sklepów oraz domów, które wynajmują, w polskim środowisku utarło się kilka typowych zwrotów „gdzie to kupiłeś? kupiłem u Ciapatego”, albo „dzisiaj wieczorem przyjdzie ciapaty po rent za flat”, oraz „jak będziesz przechodził koło Ciapatego to kup mi piwo”. Wtajemniczeni hindusi wiedzą, że Polacy tak ich nazywają, wiec na wszelki wypadek w ich towarzystwie nie używa się tego słowa. Na dole wszystkie siedzenie są już zajęte, wychodzę po schodkach do góry. Rzut oka po pasażerach. Widzę ich zaspane, szarosine twarze. Z przodu autobusu, w drugim rzędzie jest jedno wolne miejsce. Idę tam i siadam obok jakiegoś starego murzyna. Autobus rusza do przodu. Przez chwilę obserwuje ruch na ulicy, po czym znudzony oglądanym co dnia tym samym widokiem, zamykam oczy i próbuje się zdrzemnąć. Okazuje się jednak, że raczej nie będzie to możliwe. Jadąca do szkoły rozwrzeszczana dzieciarnia, zachowuje się skandalicznie głośno, nic sobie nie robiąc z tego, że przeszkadzają innym pasażerom. Siedzący za mną hindus wyjmuje telefon komórkowy i puszcza na głos, drażniącą słuch melodyjkę rodem z Indii. On też nie przejmuje się, że może to komuś przeszkadzać. A co tam. Jak luz to luz. W Polsce kierowca autobusu pewnie wyprosiłby takich głośno zachowujących się delikwentów na zewnątrz. Ale tutaj w Anglii jest promowane są luz i swoboda osobista. Tylko, że niestety często zdarza się, że narusza to przestrzeń osobistą innej osoby i staje się zwykłym chamstwem. Autobus kołysząc się jedzie do przodu. Ulice w Londynie są bardzo wąskie, samochody mijają się praktycznie na lusterka. Kierowcy autobusów nie mają łatwego zadania. Muszą ostrożnie manewrować wysokim kolosem, między jadącymi z naprzeciwka i stojącymi na jezdni samochodami (w Anglii nie ma zwyczaju parkowania częściowo na chodniku). Kierowcom autobusów dobrze im tutaj płacą, około 400-600 funtów tygodniowo. Podobno w Angielskiej kulturze kierowanie autobusem jest zajęciem poniżającym tak jak u nas zamiatanie ulic. Dwadzieścia lat temu, komunikacja w UK przeżyła kryzys ponieważ zaczęło brakować chętnych do tego pracy w tym zawodzie. Wówczas Anglicy ściągnęli ludzi z byłych kolonii w Afryce. Obecnie efekt tego jest taki, że większość kierowców autobusów to murzyni. Wiem, że ostatnio zaczęli też zatrudniać Polaków i są z nich bardzo zadowoleni. Parę miesięcy temu, kiedy mieszkałem w Bristolu, rozmawiałem z kierowcą autobusu – Polakiem. On również bardzo sobie chwalił tę pracę. W Polsce pracując w PKS zarabiał 1200 zł. miesięcznie, tutaj bez nadgodzin po odtrąceniu kosztów zakwaterowania wyciągał 360 funtów tygodniowo. Mówił, że nie ma zamiaru wracać do Polski. Przy takich dochodach, jakie miał w Polsce i jakie ma teraz w UK wcale mu się nie dziwie. Po kilkunastu minutach jazdy autobus zatrzymuje się przed stacją metra Hounslow West. Wchodzę wprost do budynku stacji. Od razu zauważam grupę bacznie lustrujących tłum policjantów. Stoją tuż przy bramkach wejściowych. Dwa policyjne psy obwąchują ludzi przechodzących przez bramki. „Ocho! Coś musiało się stać! – pomyślałem sobie. Niestety od czasu wybuchów w metrze, tutaj w Londynie żyje się cały czas z lękiem przed atakiem terrorystycznym. Przyjechałem do Anglii kilka dni to tej tragedii i nigdy nie zapomnę widoku setek wieńców, którymi otoczona była stacja metra „Horboln”. Wówczas zdałem sobie sprawę, że to wydarzyło się naprawdę i było nie tylko wydarzeniem medialnym, lecz realnym ludzkim dramatem. Stanąłem w kolejce do kasy i po kilku minutach kupiłem bilet ważny na piątą i szóstą strefę. Dzisiejszego dnia miałem sporą drogę do przebycia. Musiałem wyjechać aż poza Londyn do jakiegoś małego miasteczka na północ od Londynu. Trasę przejazdu zaplanowałem w ten sposób, że dojadę do ostatniej stacji metra na północy Londynu „Seven Sisters” a później przesiądę się do pociągu. W sumie cała droga zajmie mi około dwóch i pół godziny. Na szczęście nie pracuje na tej budowie codziennie. Wysłano mnie tam w zastępstwie innego pracownika, który z przyczyn losowych wyjechał na kilka dni do Polski. Inaczej nie zniósłbym tak długich dojazdów. Kieruje się w stronę wejścia do metra. W momencie gdy przechodziłem przez bramki policjanci przyglądali mi się przez moment. Pies delikatnie musnął nosem torbę. Przeszedłem bez problemu. Towarzyszył temu dreszczyk emocji. Nigdy nie wiadomo, co tym policjantom (a tym bardziej psom) może strzelić do łba. Kiedyś przez pomyłkę policja zastrzeliła Brazylijczyka, biorąc wystające kable od słuchawek odtwarzacza MP3, za druty podpięte do ładunku wybuchowego. Policja jest najbardziej podejrzliwa w stosunku do kolorowych, a w szczególności do Muzeumanów. To właśnie spośród nich wywodziła się grupa terrorystów, którzy spowodowali masakrę w metrze. Idę długim korytarzem i schodzę po schodach w dół na peron. Pociąg metra przyjedzie za kilka minut. Obok jest wolna ławka, ale nie siadam na niej. Zaspanym jeszcze wzrokiem wodzę bezmyślnie po reklamach. Tłumek ludzi na peronie narasta z minuty na minutę. Z przyzwyczajenia przebiegam wzrokiem dookoła, żeby sprawdzić czy nie ma bezpańskiego bagażu, jakiejś torby albo paczki, które potencjalnie mogłaby skrywać bombę. Nie jestem przesadnie podejrzliwy po prostu jeżdżę metrem codziennie i robię to automatycznie. Po kilku minutach, pociąg podjeżdża i zatrzymuje się na peronie. Drzwi się otwierają i słychać charakterystyczny komunikat nadawany przez maszynistę ”Mind the gap, mind the gap between train and the platform”. Komunikat ten jest powtarzany na każdej stacji. Ze względu na to, że dziennie metrem w Londynie podróżuje miliony ludzi, a sieć lini i stacji pokrywa całe miasto, stał on się w pewnym sensie symbolem londyńskiego metra. W centrum Londynu można kupić pamiątki na przykład koszulki lub flagi z napisem „mind the gap”. Usiadłem na wolnym miejscu tuż przy wejściu. Maszynista zapowiedział następną stację i pociąg ruszył naprzód. Ponieważ pierwszą stacją tej linii metra „Piccadili Line” jest „Heatrow Airport” w pociągu siedzi masa turystów, przeróżnej narodowości za walizami i innymi bagażami do których podpięte są jeszcze na lotnisku charakterystyczne „plakietki”. Ludzie ci to na ogół biznesmeni, menadżerzy, którzy przylecieli do Londynu w sprawach firmowych, albo turyści. Osoby które przylatują do UK do pracy, lądują na lotniskach pod Londynem na przykład „Stansted”, „Gatwick”, „Luton” tam gdzie operują tanie linie lotnicze. Tuż po ruszeniu pociągu zaczyna się gra nieufnych i podejrzliwych spojrzeń. Jedni patrzą na drugich oceniając, kto może być potencjalnym terrorystą. Z największą nieufnością patrzy się na Arabów. Spojrzenia biegną od jednego pasażera do drugiego, czasami spotykają się, wówczas ktoś odwraca wzrok. Pasażerowie lustrują wnętrze wagonu w poszukiwaniu porzuconego, nie należącego do nikogo bagażu. Czasami z nieufnością zatrzymują się na jakiejś dużej, lub krzywo stojącej torbie lub walizce. Czasami skupiają się na jakieś podejrzanie wyglądającej osobie. Po upewnieniu się, że wewnątrz wagonu potencjalnie nic nie zagraża, można na chwilę przymknąć oczy. Kiedy pociąg zatrzymuję się na następnej stacji, od nowa zaczyna się analizowanie i „skanowanie” wsiadających i przyglądanie się ich bagażom. W miarę jak pociąg zbliża się do centrum, napięcie znacznie rośnie sięgając zenitu w pierwszej strefie. Gdyby ktoś zechciał odpalić bombę zrobiły to właśnie w centrum, ponieważ tutaj jest największy ruch i jest najwięcej białych oraz najwięcej Anglików, słowem najwięcej docelowych ofiar. Po przejechaniu przez pierwszą strefę niepokój opada ponieważ, każdy rozumuje że skoro bomba nie wybuchła w centrum to już nie wybuchnie.
Część 22 / 2
Tymczasem pociąg przemieszcza się do przodu. Robi się co raz tłoczniej. Ludzie ledwo mieszczą się w wagonie. Nie ma żadnej swobody ruchu. Jedni przy drugich ściśnięci jak śledzie w beczce. Jest duszno. Irytuje mnie jakiś Hindus, który usiadł obok mnie i słucha drażniącej melodii przez jakieś tanie słuchawki, które chyba bardziej grają na zewnątrz niż do wewnątrz ucha. Dźwięk tych słuchawek jest słyszany chyba do połowy wagonu, ale Hindus nic sobie z tego nie robi. Jak luz, to luz.
Pociąg zbliża się do centrum. Zmienia się „kolorystyka” pasażerów. Ubywa murzynów, hindusów, azjatów a przybywa białych. Ludzie są ubrani co raz bardziej elegancko, najczęściej w odzież typowo biurową. Właśnie tutaj w centrum można zobaczyć ładne, szczupłe i zadbane angielki i dla niektórych może runąć mit o tym, że w tym narodzie nie ma pięknych kobiet. Są i trzeba powiedzieć, że Angielki są bardziej kulturalne od Polek. Ale jak to śpiewa Rosiewicz „najwięcej witaminy mają Polskie dziewczyny” i tutaj już nie śmiem z nikim polemizować. Na stacji Hammersmith wsiada liczna grupa Polaków. Nie rozumiem o czym rozmawiają, ale słyszę charakterystyczne świszczące i łaskoczące ucho zgłoski „ś”, „cz”, „sz”. Kiedy mieszkałem w Bristolu, nie słyszałem Języka polskiego przez tydzień. Pewnego razu na ulicy usłyszałem Polkę rozmawiającą ze swoim małym dzieckiem. Przysłuchiwanie się ich rozmowie stanowiło prawdziwą fizyczną pieszczotę dla moich uszu.
W kilka minut jazdy po stacji Green Park, pociąg zwalnia i zatrzymuje się w podziemnym tunelu. Z głośników dobiega lakoniczny komunikat „sorry we have a signal problem”. Co po prostu oznacza, że pociąg stoi na czerwonym świetle. Prawdopodobnie jesteśmy około pięćdziesiąt metrów pod ziemią. Dłużą się sekundy, upływa minuta, a pociąg nadal stoi. Robi się co raz duszniej. W oczach niektórych pasażerów widać panikę klaustrofobiczną panikę. W takich sytuacjach również ją mam. Siedzieć w zatłoczonym wagonie pięćdziesiąt metrów pod ziemią, w którym zaczyna brakować tlenu nie należy do przyjemności. Rozlega się drugi komunikat. Maszynista przeprasza za długie oczekiwanie, informuje że nadal jest „red light” i że nie wiedzą kiedy zapali się zielone. Robi się już naprawdę duszno. Jeszcze tylko kilka minut i zaczną mdleć ci, którzy są szczególnie wrażliwi na brak tlenu. Na szczęście po kilkunastu sekundach, pociąg zaczyna ruszać. Powietrze dopływa do środka. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Takie dłuższe zatrzymania pociągu zdarzają się średnio raz na tydzień. Bardzo tego nie lubię. Wyjeżdżamy z pierwszej strefy. Pokonując stacje za stacją, pociąg przemieszcza się na północ Londynu. Tłum pasażerów przerzedza się. Jest co raz więcej miejsca. Białych zaczynają wypierać mieszkańcy Azji i Afryki
Po godzinie i dwudziestu minutach jazdy pociąg dojeżdża do stacji „Finsbury Park” na której muszę się przesiąść. Wychodzę z wagoniku na peron i czuje zmęczenie długotrwała jazdą. Półtorej godziny w tym huku i drganiach potrafi nieźle dać się we znaki. A przede mną, jeszcze godzina drogi. Na następnej stacji mam spotkać się z Polakiem, który mieszka tutaj lokalnie i razem z nim pojechać koleją na budowę w jakimś małym miasteczku.