melodramat · 8 min czytania
Dzień zmarłych
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}{b}Dzień zmarłych{/b}{/i}
Czarny kruk przysiadł na skraju marmurowej płyty. Szalejący wokół wiatr, zrywający ostatnie liście z drzew, zdawał się być mu obojętny. Ptak utkwił swe czarne, duże oczy w szczupłej, ciemnowłosej kobiecie, stojącej teraz kilka metrów przed nim. Ta jednak nie uraczyła ptaszyska swoim spojrzeniem nawet na chwilę. Zupełnie go lekceważąc, stała w milczeniu i wpatrywała się w napisy na płycie. Świeże, pozłacane literki układały się w dwa różne imiona i wspólne nazwisko. Kobieta nie odwróciła wzroku nawet wówczas, gdy ptak zakrakał głośno, usilnie próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Kruk — symbol śmierci, wpatrywał się w nią jeszcze chwilę, po czym odleciał, złowieszczo łopocząc skrzydłami, jakby zły, że go zlekceważono. Nie zrobiło to na kobiecie żadnego wrażenia. Nadal nie spuszczała wzroku z liter przytwierdzonych do płyty, jakby miała nadzieję, że samo patrzenie na nie może coś zmienić. Wokół stopniowo gromadzili się inni ludzie. Przybywali, by pomodlić się za tych, którzy odeszli. Było ich wielu, z każdą chwilą coraz więcej. Każdy z nagrobków skrywał dramat. Przy niemal każdym stało w tej chwili po kilka osób. Jedni płakali, drudzy pocieszali płaczących, starając się samemu nie okazywać emocji, a jeszcze inni zachowywali kamienną twarz, jakby znaleźli się tutaj z obowiązku. Sektor z nowymi nagrobkami zdawał się żyć swoim życiem. Historie ludzi tak niedawno w nim pochowanych przeplatały się tutaj ze sobą, a niektóre z nich nadal raniły. Ból porozdzielanych rodzin zdawał się wisieć w powietrzu. Kobieta czuła, że powinna tu być. Nie musiała nic mówić. W zasadzie nawet nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć. Przecież słowa, choć nierzadko wzniosłe, tak niewiele znaczyły. Szczególnie teraz, gdy było już na nie za późno. Stała więc samotnie, a gdy tłum zaczął gęstnieć, rozejrzała się niespokojnie. Czyżby nikt inny nie zamierzał przyjść? Wiedziała, że przynajmniej jedna osoba powinna się tu jeszcze pojawić. I pojawiła się, wkrótce potem. Po chwili zaledwie kobieta dostrzegła w tłumie znajomą twarz. Tak młodą, a jakby naznaczoną starością, a przynajmniej przeszywającym na wskroś smutniej. Gdy ostatnim razem ją widziała, dziewczyna promieniała szczęściem. To było zaledwie miesiąc temu. Zanim to się stało. Zanim pojawił się ten pomnik, ten marmurowy, zimny nagrobek. Dziewczyna nie szła sama, była z nią jeszcze jedna znajoma postać. Starsza kobieta, powłócząca powoli nogami, ocierała chusteczką łzy. Odwracała się za każdym razem, gdy słone krople wypełniały jej oczy. Chyba nie chciała, by wnuczka widziała jej ból, choć ukrywanie emocji słabo jej w tym momencie wychodziło. Obydwie podeszły powoli do grobu. Żadna nie odezwała się ani słowem. Zupełnie, jakby były tam same, obrażone na cały świat i jednocześnie niemo wołające pomocy. Kobieta spojrzała na dziewczynkę ze współczuciem. Widok towarzyszącej jej staruszki i u niej wywołał łzy. Smutek przepełnił tę cichą nieznajomą, która do tej pory trwała tutaj jak skała. Zrobiwszy kilka kroków w stronę przybyłych, położyła swoją dłoń na ramieniu dziewczynki. Nic nie powiedziała — wiedziała, że nie musi. Dziewczyna wzdrygnęła się, ale jej nie strąciła. Spojrzała jedynie w stronę kobiety kątem oka i w tym momencie jej duże, niebieskie oczy wypełniły się łzami. Babcia podała jej chusteczkę, ale ta odmówiła. Przetarłszy oczy rękawem czarnego płaszcza, wyciągnęła z kieszeni mały znicz, po czym położyła go na środku grobu, obok bukietu ładnych, białych róż. Chwilę później starsza kobieta również wyciągnęła podobny znicz i kładąc go obok pierwszego, zwróciła się do wnuczki: — Zobaczysz, będzie dobrze… Ale ona wcale jej nie słuchała, pogrążona w modlitwie. Mówiła na głos. Ku zaskoczeniu kobiety zdawała się nie przejmować tym, że inni mogą ją usłyszeć. Chyba uważała, że są wystarczająco zajęci opłakiwaniem własnych zmarłych. — Przepraszam was — zaczęła, a łzy ponownie stanęły jej w oczach. Kontynuowała jednak dzielnie. — Byłam taka niegrzeczna, taka…