melodramat · 9 min czytania
Dzień życia dniem śmierci
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
18.04.2000 22.15
Dziś na świat przyszła moja mała, różowa Kuleczka. Ma we śnie tyle spokoju. Oddycha, wiem… Ale i tak ciągle sprawdzam. Śpi ufnie i mocno, trzymając mnie za palca. Tak ufnie… Tak cicho. I wiem, że chronić jej będę do końca tej walki zwanej życiem, chronić będę, mimo tego, że tej walki nie przetrwa. Nadzwyczaj krótka, krwawa bitwa, ona w centrum. Odejdzie, wiem. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie. Lekarze mówią, że za dzień, za dwa. Ja nie wierzę. Mówili, że w ogóle się nie urodzi, a przecież jest, nieprawdaż? Moja mała Kuleczka. Przez sen wskazuje na mnie palcem, wie, że patrzę. Już dobrze złotko, już dobrze. Będę do końca. Marszczy brwi, jakby myślała. Ona nie wie, że nie ma czasu, że śpiąc oddala się ode mnie, choć mam ją dopiero dzień. Ale niech śpi. Lepszy taki niż ten wieczny. Jak to zrozumieć. Chcę ją narysować. Uwielbiam rysować. Jestem w końcu jeszcze dzieckiem. Przecież mam 15 lat… Na kartce zaznaczę jej maleńkie dłonie, chłodne, niemowlęce stópki i nosek. Łagodną linię powiek, chroniącą sen przed kurzem zmartwień. Szybciej oddycha, może śni jej się niebo, jej przyszły dom? Pachnące słodkimi owocami, których nie zdąży pogryźć… To takie przykre. Patrzę jak moja Kuleczka zasypia i zastanawiam się, czy zdążę usłyszeć jej płacz. Nie wiem, czy się obudzi. Na razie oddycha, już wolniej. Nie sądziłam, że pozwolą mi jej dotknąć. Ale chyba już nic nie da się zrobić, więc mogę się z nią powoli żegnać. Przypominam sobie jak czułam jej serduszko pod swoim. Czułam je tylko pięć miesięcy, teraz czuję tylko pod dłonią, choć ledwo, bo nie mogę za mocno nacisnąć. Tuliła mój brzuch, od strony, od której nikt już nigdy go nie utuli. Już więcej nie. Czasem przejechała paluszkiem po kręgosłupie… Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że przyjdzie na świat o cztery miesiące za wcześnie. Gdyby to było miesiąc później, miałabym ją na zawsze. Ale widocznie wybrała inny czas. Teraz go traci, bo śpi. Nie, to ja go tracę, ona niech śpi. Nie chcę na nią patrzeć, bo rozstanie będzie wtedy trudniejsze. Nawet nie ma imienia. Jest po prostu Kuleczką. Kuleczką pozostanie, błagam Boga, chociaż do jutra. Niech da mi z nią być do jutra. O nic więcej już nie proszę, wiem, że nie mogę o więcej prosić. Czekam na cień uśmiechu na jej cudnej buzi. Ale nie, już nie patrzę, będę ją miała na rysunkach. Jaka bledziutka. Ma w nosku jakieś rurki, rączki całe pokłute igłami. Dałabym jej trochę swojej siły, ale nie mogę, nawet przez spojrzenie, bo ona śpi. Niedługo lekarze zaczną jej podawać środki wywołujące śpiączkę, żeby nie cierpiała, żeby odeszła we śnie. Wtedy już nie będę mogła jej dotknąć, bo się obudzi. Na razie śpi jakby wiecznie, ale nie… To jeszcze nie ten sen, oddycha. Chcę być strażniczką jej snów, wyganiać upiory. Moja mała Nieznajoma. Czy mnie słyszy? Mówią, że tak, że usłyszy. Jak się obudzi, będę jej śpiewać. Niedługo stanę się wrakiem, strawionym przez łzy. Teraz chcę, żeby ich nie widziała. Jak śpi, łzy ciekną same, nie potrafię nad tym zapanować. To świat się mści na mnie? Czy Bóg? Czy sama sobie karę wymierzyłam. Czas przestać płakać, zaraz ją obudzą. Witaj maleńka, nie wyjmuj tych rurek, wiem, upijają… Mamusia też takie miała. Nie dali nam odejść. Teraz nie dadzą odejść mnie razem z tobą. Dobrze się rozejrzyj, żebyś jak najwięcej przekazała babci. Ona już tam na ciebie czeka… Będzie twoją mamą, bo przecież mogłaby… Kuleczka patrzy na mnie. Tak, spojrzała! Ma takie wielkie oczy… Ma się wrażenie, że tym jednym spojrzeniem prześwietliła mnie całą. Już zna moje myśli i obawy. Nie chciałam ich przed nią obnażać. Żeby nie spała źle… Bo przecież widzę, że zaraz znów uśnie. Uśmiech… Poznała mój głos. To mój koniec. Kocham ją bezgranicznie. Jednak miłość ta ma wyznaczoną straszną granicę, jest tak słabiutka ta moja Kuleczka. Prostuje nóżki, widzę, że sprawia jej to dużo bólu i wysiłku, ale nie mogę jej pomóc. Nie wiem czy już się żegnać, nie wiem czy mogę. Chyba nie dam rady. Nie jem, nie piję, nie zasnę. Tylko czuwam. Jeszcze trochę. Zasypia. Czy za każdym razem będę się z nią żegnać na zawsze? Biorę ołówek i znów rysuję. Łzy kapią na karton i rozpryskują się na jej policzkach. Wsiąkają w papier tak jak ja cała nią przesiąkłam. Oddycham nią i płaczę… Nie rusza się. Śpi. Może też powinnam? Póki…