Inne · 30 min czytania
Dziennik Janusza Recza (fragment)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
DZIENNIK JANUSZA RECZA (FRAGMENT)
19.09.2011
Dzisiejszego ranka przydarzyła mi się rzecz dziwna, bardzo niepokojąca. Jak już pisałem poprzedniego dnia, dzisiaj zaczął mi się urlop. Och, całe dwa tygodnie tylko dla mnie, dla Ewuni, dla Basi i Czarusia. Wreszcie rozpoczyna się czas przeznaczony na przebywanie z rodziną i oddawanie się jej w całości. Cóż, praca jest pracą i, niestety, bezlitośnie zabiera nam nasze rodziny, a raczej nas odbiera im, ale i tak na jedno wychodzi. Dlatego właśnie byłem taki szczęśliwy i rozanielony. Niestety, nie wypaliła nam organizacja wyjazdu, a chcieliśmy wyjechać gdzieś w góry choć na tydzień, no ale to już jest wrzesień, więc Basia i Czaruś poszli do szkoły, a samych ich nie zostawimy. Nawet, gdyby byli już bardziej samodzielni, żeby na tydzień zostać samemu w domu, to przecież nie po to mam urlop, żeby uciekać od ukochanych dzieci. O nie, co to, to nie. Dzieci mam od tego, aby je kochać i z nimi przebywać, one zresztą mają mnie w tym samym celu. Mimo tej niefortunnej zbieżności dat mojego urlopu z ich rozpoczęciem roku szkolnego, postanowiłem nie robić tragedii i maksymalnie wykorzystać wszelkie uroki, które proponują swoim mieszkańcom Międzyzdroje. Zupełnie nie wiedząc, jak mam to zrobić (wczasowanie i urlopowanie nigdy nie były moimi silnymi stronami – jestem raczej człowiekiem tradycyjnym, człowiekiem pracy), postanowiłem wstawać co ranek o godzinie piątej rano (wcześniej, niż do pracy, a to urlopowicz by się uśmiał), wskakiwać w dres i, razem z Reksem, wybiegać na powitanie Słońca. Świetny pomysł, myślałem sobie i moje szczęście po raz kolejny trochę wzrosło. Dzisiaj pierwszy dzień wymarzonego urlopu. Dzisiaj pierwszy dzień porannego biegu po ulicach wyludnionego porannym snem miasteczka. Dzisiaj pierwszy dzień dwutygodniowego szczęścia. Ach, jakie to życie jest piękne, naprawdę. Nadziwić się temu nie mogę. Zawsze, gdy dzieje mi się coś dobrego, szczodrość życia i jego wspaniałomyślność, aż mnie onieśmiela, a gdy dzieje mi się cos przykrego, nigdy nie mam wrażenia, że życie jest niesprawiedliwe, co więcej: taka myśl nigdy mi nawet nie zaświta. I dzisiaj również: nie czułem przykrości, że mnie to spotkało, tylko radość, że tak dobrze się skończyło. O piątej rano obudził mnie budzik i w pierwszym odruchu wstałem z łóżka, w sposób automatyczny chcąc, jak co dzień, iść do pracy. Dopiero po zerknięciu na tarczę budzika, którego wskazówki wskazywały piątą, a nie szóstą, coś zaczęło mi świtać w głowie, aż w końcu zrozumiałem: jestem na urlopie, nie idę do żadnej pracy. Od razu zrobiło mi się przyjemniej i pełen pozytywnych wibracji, wstałem z łóżka, składając wcześniej buziaka na cieplutkim czole mojej śpiącej jeszcze żonie i po cichutku, na paluszkach, szybko wskoczyłem w dres, cmoknąłem na Reksa i wyruszyliśmy na pierwszy dzień urlopu. Dopiero po wyjściu z domu zdałem sobie sprawę, że wrzesień to jednak nie przelewki i zatrząsłem się z zimna. No, ale odwrotu juz nie było – nie chciałem obudzić tych moich kochanych śpioszków. Gwizdnąłem na Reksa i zacząłem biec, bo tylko to mogło mnie wtedy rozgrzać. Muszę przyznać, że czułem się trochę niepewnie w tak bardzo opustoszałym mieście. Nie, ono wcale nie wyglądało, jakby było zmożone ciężkim snem, lecz jakby było całkiem wyludnione. Owszem, mieszkali tu ludzie i to w każdym z tych domów, ale już dawno się wynieśli zupełnie nie wiadomo dokąd i dlaczego. Od razu przypomniały mi się chwile marzeń z mojego uroczego dzieciństwa, gdy tak wyobrażaliśmy sobie puste miasta, po których możemy sobie do woli chodzić, zaglądać we wszystkie kąty, zwiedzać pozostawione mieszkania, oglądać, jak żyli tam ludzie i tak dalej i tak dalej; takie tam dziecinne marzenia. Ale teraz nie w głowie były mi takie dziecinady, byłem raczej przestraszony, niż zafascynowany i dlatego swoje kroki skierowałem ku plaży. A Reks, mój wierny przyjaciel, pobiegł tam razem ze mną. Od razu nastrój mi się rozpogodził, bo, mimo przenikliwie zimnego wiatru, morze zawsze jest żywe. Teraz również nie przeszkadzał zupełny brak ludzi (choć po drodze minąłem jednego, bardzo sympatycznego, starszego pana, który to robił skłony), bo morze dzięki ruchom fal imitującym jego oddech, wspomagało rannego (tzn. wcześnie wstającego, hi hi, ale mi się powiedziało) ptaszka w samotności. Na szczęście po niebie płynęło tylko kilka chmurek, więc obserwacja wschodu słońca nie była niczym utrudniona. Spojrzałem więc w te stronę, a tam już zaczęły ukazywać się pierwsze promienie i razić sobą oczy, po chwili zaczęła wyłaniać się i rosnąć nad wodą jego monumentalna tarcza; i tak staliśmy: ja, morze i nawet Reks cały sztywny z kijem w pysku, wszyscy wpatrzeni w Piękno. Aż wreszcie Słońce wyszło całe i, już unosząc się nad wodą, wyglądało niczym Hostia wyniesiona na ołtarz (Boże, mam nadzieję, że się nie obrażasz o takie porównania). No i wtedy, mrużąc oczy i osłaniając je, trzymając dłoń przy czole, zauważyłem głębiej na plaży jakiś przedmiot. Bez chwili zastanowienia odwróciłem całą swoją uwagę od słońca i zaprosiłem Reksa do wspólnego zbadania sprawy (ach, ja tego mojego Reksa też traktuję jak rodzinę i kocham go chyba tak samo mocno, jak żoneczkę i dzieciuchny). Już w trakcie zbliżania się do tego przedmiotu, mogłem rozpoznać w nim jakiś zeszyt. Widziałem wyraźnie jak wiatr przewracał bez żadnego trudu jego kartkami. W końcu dobiegliśmy do niego; oczywiście Reks był pierwszy, więc musiałem go upomnieć, żeby nie próbował czasem tego zjeść. Podniosłem zeszyt do oczu i z całą pewnością mogłem stwierdzić, że jest to czyjś dziennik. Niestety, chociaż teraz myślę, że może to i lepiej, większość stron była albo podarta, albo słona woda definitywnie rozmazało atrament. Zachował się tylko pierwszy wpis, pierwszy dzień dziennika i to w bardzo dobrym stanie. Oczywiście w pierwszym odruchu od razu chciałem przeczytać, co zdołam, ale poniechałem tej chęci, bo poczułem jak Reks ciągnie mnie zębami za bluzę od dresu i uświadomiłem sobie, kto tu jest mądrzejszy: przecież tym, że go znalazłem, wcale nie nabyłem sobie prawa do jego lektury. Nie mogę tak po prostu wtargnąć w cudze życie. Oj, dziękuje ci za to mądry piesku. Choć, muszę przyznać, że mnie korciło… Dlatego postanowiłem porozmawiać o tym z kochaną Ewunią, ona zawsze ma radę na wszystko. Wróciłem więc co rychlej do domciu, a tam zastałem już wszystkich przy śniadaniu, w kuchni całej wypełnionej zapachem kawy. Och, i dla mnie znalazła się też porcja. Dzieci ukochane w końcu wyruszyły do swych szkół i mogłem opowiedzieć Ewci o moim znalezisku. Ta najpierw ucałowała mnie w odruchu miłości, a później powiedziała w przypływie zdrowego rozsądku (mi zawsze go brakowało): „ Janku, kochanie. Przecież sam widzisz jak ten dziennik wygląda. Musi już długo tak tu leżeć. Oczywiście, że nie ma żadnych przeszkód moralnych w tym, żeby go przeczytać”. I oczywiście miała rację, bo data pierwszego i drugiego wpisu (jedynych zachowanych) sięgała roku 2001. To, co jednak tam przeczytaliśmy jest tak szokujące i przerażające zarazem, że postanowiłem cały ten fragment wkleić do swojego dziennika:
19.09.2001
Sobota. Gówno. Gówno. Dzień gówniany jak każdy inny. A nawet jeszcze bardziej gówniany. Czemu akurat ona musi być pierwsza w tym zasranym dzienniku? W ogóle po jaką cholerę go zakładam? W ogóle po co? Wszystko to po co? Ile jeszcze razy będę zadawał te zasrane pytania? Wszystko do dupy. Jezu, jakie to wszystko jest bez sensu. Po co ja to piszę? Co ja tu robię? Jak długo jeszcze? I po co ci wszyscy inni ludzie, co to, kurwa, udają, że są szczęśliwi, że żyją? A gówno prawda – nikt nie jest szczęśliwy; to niemożliwe. Chociaż Iwaszkiewicz napisał: „W cudzy ból zęba nie uwierzy nawet ten, kogo własny ząb boli”. Cóż, może to działa tez na odwrót i może mój brak wiary w jakiekolwiek szczęście nie jest żadnym dowodem na jego brak. Ale z drugiej strony dowodu na jego istnienie też nigdy nie dostałem. A że ludzie gadają, to chuj mnie to obchodzi. Nie ma i koniec. Gówno. No ale co z tego? No oczywiście: gówno. Cóż warte są te moje gówniane dywagacje w tym świecie, pozbawionym wartości? Owszem, on ma wartości, ale to są wartości innych ludzi, nie moje. Ja ich nienawidzę. Tak, jak Patti Smith zaczyna swoją płytę „Horses”: „Jesus died for somebody’s sins, but not mine”. Oczywiście, okrzyknięto ją skandalistką i zaczęto się bulwersować. Złamane kutasy. Niech zdychają, niech, kurwa, wszyscy zdychają! ZDYCHAJCIE KUTASY ZŁAMANE! Oto mój manifest, z którym do was idę, jego słuchajcie. Czy nienawiść jest wystarczającym usprawiedliwieniem morderstwa? Zresztą nie, nikt nie ma prawa za nic mnie ukarać, bo kto to, kurwa, zrobi? Nikt nie jest bez winy, każdy sobie zasłużył na śmierć. Kurwa, nie na śmierć, bo ona jest czymś upragnionym, ale dożywotnie ciąganie wora to na pewno? A baby? Pierdolić baby. Hm, wyraziłem się celniej niż zamierzałem. Tak, tak, to jest bardzo dobre: pierdolić baby. Pewnie, że pierdolić. Ha, nawet srać im na ryje. A pewnie, że tak, co mi tam, mogą mi naskoczyć.
No dobra. To było tak sobie, żeby jakoś zacząć ten mój dziennik. A teraz powiedzmy prawdę: jak jest? Ano jest do dupy. Siedzę tu sam samiuteńki, pławię się w tej swojej nienawiści i, prawdę mówiąc, nic z tego nie mam. No bo co mi po satysfakcji, kiedy jest ona tylko moim udziałem? A nawet jutro sam muszę iść na rajd. Ale to wszystko przez to, że ja nie mogę z nimi wszystkimi gadać, nikt tak naprawdę mnie nie rozumie. Kompletnie nikt. NIKT! I przez to w każdym dialogu muszę ja się zgadzać na ich warunki i rozmawiać na tematy, albo o rzeczach, które interesują mnie co najwyżej w 55%. A jeśli nawet już trafi się ktoś taki, komu leżą te same rzeczy, to podajemy je sobie w zupełnie inny sposób i znowu wszystko kończy się oddaleniem i pozostaje tylko pustka. Gdzież są jej pierdolone granice? Trzeba odizolować się od ludzi totalnie i dawać znać o sobie dopiero, gdy sprawy służbowe wymagają poświęcenia, ale w żadnym wypadku nie włączać się w to gówno w celach prywatnych. PO CO? No, kurwa, po co? Nie ma sensu. Nic nie ma sensu. Koniec. Dobrze… Trochę sobie ulżyłem.
Część 22 / 2
Taak, to tyle, jeśli chodzi o moje manifesty. Jest on tu nie po to, aby oddać mój stan wewnętrzny, czy inne takie chujstwa, tylko dlatego, że wydawało mi się, iż każdy dziennik powinien zaczynać się czymś w rodzaju wyznania. Więc to tylko tak, dla zachowania formy.
No, a teraz już konkretniej: jutro wybieram się na rajd. Idę oczywiście sam ze sobą, no bo jak inaczej? Obmyśliłem taką traskę Goleniów – Załom. I trzeba zajebiście wcześnie wstać.
20.09.2001
Niedziela. Szósta trzydzieści z rańca, kiedy dochodzą mnie obrzydliwe pikania mojego obrzydliwego budzika. Jestem gotów zaryzykować stwierdzenie, iż odgłos ten, rozbrzmiewający o tak prymitywnych porach, jak szósta (siódma) rano, jest rzeczą najbardziej nienawistną ludzkości. Zważając na fakt, iż rzeczy takich jest nieskończona liczba (praktycznie wszystkie nadają się do bycia obiektem nienawiści), stwierdzenie powyższe jest rzeczywiście ryzykowne. I co, kurwa, z tego, skoro ja sam ten budzik sobie nastawiłem i z własnej nieprzymuszonej woli chciałem na ten pedalski rajd w pojedynkę wyruszyć. A propos pedalskich rajdów: musiałem ostatnio wyjść z tym durnym kundlem, a unikam tego jak ognia, bezsens totalny: wędrówka bez celu z jakimś durniem na sznurku, który po prostu chce się wysrać. Spotykam Kulę, chwilę stoimy i gadamy – cóż za męcząca chwila – pyta się w końcu, czy nie idę już do domu, to byśmy razem wrócili, ja w celu uniknięcia takiego obrotu sprawy, bezczelnie kłamię, że muszę z nim (pokazuję na psa) zrobić jeszcze kółko. Kula na to: „co ty, pedał jesteś?” I dopiero uświadomiłem sobie jak wyglądam łażąc z tym zwierzakiem. Co za gówno. Stado pedałów. Zresztą wolę pedałów i samemu się pedalić, niż jakichś wyjątkowo rozmownych kolesi. A zresztą mam to w dupie.
W końcu wstałem z tego idiotycznego łóżka i jak zwykle dwa te same doznania, kiedy jestem wyrwany ze snu: przenikliwy ziąb (nawet, jak jest ciepło) i ból w żołądku. Jakieś wrzody, czy nadżerki… jedyni towarzysze mej niedoli na tym parszywym łez padole. Nie jem śniadania, żeby mi się srać nie zachciało, bo bym nie zdążył na czas. Na siódmą do kościoła; najlepsza msza, bo najkrótsza. Za każdą następną wizytą w kościele, coraz mocniej zdaję sobie sprawę, że już prawie nic nie łączy mnie z tą instytucją i jej zachłanną obłudą, jednym słowem z instytucją, która dla własnych zasranych celów wyciera sobie Chrystusem mordę. Ale na razie wciąż coś każe mi tam chodzić. No to lezę, nie?! Znowu przesiedziałem tam te 45 minut z zamykającymi się oczami, otoczony bandą staruchów, którzy to już kompletnie nie wiedzą, co jest czym i z czym się co żre, a ich obłuda kościelna aż wylewa się na schody świątyni i ludzie nią nie skażeni (gdzież oni? – ja pytam!) ślizgają się na niej wychodząc po mszy, ledwie ratując własne życie. A niech giną! Sami sobie winni! A współczucie jest obrzydliwe. Strasznie mnie dziwi szczególnie współczucie śmiertelnym ofiarom wypadków, czy takich tam, skoro śmierć to wybawienie. Kompletnie nie rozumiem debili obawiających się śmierci – jakaż to obłuda do kwadratu, być szczęśliwym i chcieć żyć w nieskończoność. Gówno prawda, nie wierzę w żadne ich zasrane słowo. Jestem przeciw! Przeciw! Przeciw wszystkiemu!
Szybki powrót do domu i na dworzec: pociąg świnoujski o ósmej czterdzieści z peronu trzeciego. Goleniów. Wysiadam. I zaczyna się: poszukiwania szlaku. Tak, zgadza się, pierwsze dwa znaki namalowane, ale całą resztę chuj strzelił. Te skurwysyny z pttk mają to chyba głęboko w dupie. I tak włóczę się z mapą po całym Goleniowie i z chorym żołądkiem poszukuję właściwego wyjścia. Ciągle wcześnie rano, wszyscy świątecznie ubrani przechodzą koło mnie, mijamy się wzajemnie, ale nie zadaję im pytań, nie proszę o pomoc, o wskazanie drogi właściwej, bo pytanie moje pozostawiłoby zbyt wiele swobody, która mogłaby urodzić rozmowę, na której wspomnienie dostaję gęsiej skórki. Rzygam na ich pomoc. Niech się nią brandzlują u nich w domu. Sebastian ostatnio, kiedy go odwiedziłem, ciągle wpierdalał kanapki, więc zacząłem szydzić z jego przyszłego otylstwa, a ten: „gdybyś przez dziewięć miesięcy musiał odmawiać sobie tego, na co masz ochotę, też byś tyle żarł w Szczecinie”. Kurwa, przecież ja całe życie odmawiam sobie tego, co naprawdę chciałbym robić: zabijać ludzi, przynosić im ból i rozpacz na tyle wielką, aby już nie mogli w żaden sposób znaleźć sił na życie w wyimaginowanej szczęśliwości. W końcu poddałem się. Gdy już zwątpiłem w sens poszukiwań, postanowiłem wrócić na dworzec i może rozpocząć od nowa. Tylko, że nie wiedziałem jak tam wrócić, więc musiałem spytać, ale to pytanie proste, wymagające na szczęście prostej, szybkiej i konkretnej