Komedia · 7 min czytania
Dziennik Nieco Rubaszny, część 03
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
11 lutego 1989 roku (sobota) Filozofia odkryta przed kilkoma dniami niczym mgła zasnuwa zdawałoby się ukonstytuowany już obraz. Rzeczy wyglądają inaczej niż dotąd. Jeszcze wczoraj i przedwczoraj były obce, dziś są niemalże tożsame ze mną. Poruszając się w życiowym labiryncie przedmiotów, zjawisk i wydarzeń czuję się prawie tak, jakbym dokonywał przeglądu własnych atrybutów.
Ranek bardzo sympatyczny. Mama nie nawiązywała do wczorajszej rozmowy o ojcu. Na szczęście, bo nie cierpię tego płaczu, że rzucił ją mężczyzna dla którego wszystko poświęciła. Zaraz po śniadaniu zgodnie ze zwyczajem wyszła na spacer. Nawet nie pytała czy mam ochotę wyjść z nią. Zapewne nie chciała abym czuł się przymuszony do wspólnego wyjścia tylko dlatego, że jeszcze się nie pokłóciliśmy. Jednak po pół godziny też wyszedłem. Postanowiłem z budki telefonicznej zadzwonić do Bogdana. Najbliższa jest przy szkole, mam do niej jakieś pięćset metrów. Tuż przy budce, na ubitym śniegu dzieci zrobiły sobie ślizgawkę. Mimo zachowania ostrożności wywinąłem tam niezłego kozła. Podnosząc obolałe dupsko, ujrzałem nad sobą uśmiechniętą postać śniegowego bałwana stojącego w samym środku budki, wyglądał jakby się schował przed mrozem. Swą śniegowością całkowicie wypełniał jej przestrzeń. Autor dowcipu dla dopełnienia efektu do jego białej łapy doczepił jeszcze prawdziwy telefon. Przez chwilę zastanawiałem się, czy wyrwać bałwanowi telefon, czy skierować się na pocztę. Ból w tyłku i plecach mówił żeby odebrać mu telefon, że nie mam ochoty na żarty, jednak silniejsze od niego było zamiłowanie dla takich nieco surrealistycznych pomysłów. Przy poczcie chętnych do skorzystania z telefonu było już więcej. Oprócz mnie jeszcze trzy osoby. Kobieta około sześćdziesiątki za którą stałem w kolejce odwracając się burknęła, że grubas gada przeszło dziesięć minut. Nic nie odpowiedziałem, ale słysząc te słowa pożałowałem szacunku dla ludzkiego dowcipu i wykorzystywaniu do tych celów śniegowych bałwanów. Kiedy sześćdziesiątka skończyła swoją rozmowę, w duchu pomodliłem się aby czas uczenia się cierpliwości w kolejce został mi wynagrodzony w postaci zastania przyjaciela. Wrzucam żetony, sprawdzam czy się nie pomyliłem przy wybieraniu numeru i czekam... Jest połączenie! Ale zamiast tradycyjnego: „Słucham uprzejmie, przy telefonie Bogdan Żur” słyszę rozmowę obcych facetów. Co robić? Dwóch facetów bezceremonialnie obchodzi się ze sobą przez telefon. Czy mam się wtrącić? Zawstydzić sposób ich rozmowy? W steku epitetów, naraz słyszę jak jeden mówi do drugiego: „...ty bałwanie...”. Pomyślałem; acha, to tamten bałwan... - znaczy się, dobrze zrobiłem, że przyszedłem pod pocztę - skoro on wciąż jeszcze gada. Odłożyłem słuchawkę i spróbowałem połączyć się jeszcze raz. Tym razem udało się. Telefon odebrał Bogdan. Pytam, co słychać. On, że prawie nie do poznania mój głos – po czym na serio oznajmia, że na okrągło tłumaczy znajomym, iż czas, przestrzeń oraz materia – nie istnieją. Jego dar przekonywania spowodował nawet, iż któryś z jego kumpli na wieść o tym wszystkim chciał wyskoczyć przez okno. Bogdan musiał przypomnieć mu, że zgodnie z tą filozofią nie tylko nie ma okna - ale również, nie ma komu przez to okno skakać! Na wspomnienie tego zdarzenia rzucił mi jeszcze do słuchawki zawiedzionym głosem, iż nie przypuszczał, że z taką…