Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 22 min czytania

Dziesięć naćpanych obliczy Matiasa - EPIZOD 5

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Cycki, pokaż cycki, krzyczały moje myśli, gdy gmerała dłonią pod warstwami czarnego topu i czerwonego biustonosza. Przez moment dostrzegłem nawet fragment brązowej brodawki, ale choćbym nie wiem jak się skupiał, nie mogłem wyłapać sutka. Sutki dużo mówią o kobiecie. Jeśli laska ma małe, kształtne suteczki, to jest to znak, że świetnie nadają się by je pieścić, jeśli natomiast ogromne, przypominające wentyle suty, znaczy to, że mój język nigdy na nich nie postanie. - Dobrze widzę, gdzie patrzysz, paróweiro – skarciła mnie Sam oschłym tonem. Z trudem oderwałem wzrok od kuszącego dekoltu i przeniosłem go na błękitne oczy. Jej głos był zimny, ale na twarzy malował się szeroki uśmiech, a to tylko potwierdziło moją teorię, że kobiety karcą nas za zboczenie tylko dla formalności, w środku aż prosząc, żebyśmy dawali im do zrozumienia, że chcemy je zerżnąć. Pieprzone konspiratorki. Zawsze mnie zastanawiało dlaczego grają w te chore gierki, zamiast od razu powiedzieć, że chcą się bzykać. - Po prostu oglądam twoją bluzkę. Też bym sobie taką kupił. - Uśmiechnąłem się niewinnie. - Mogę ci pożyczyć, chyba mamy ten sam rozmiar. Wyjęła ze stanika samarkę z kilkoma małymi, kolorowymi papierkami. Kwasy... Kurwa mać, miała tupet, chciała wypierdolić się w kosmos z obcym facetem, o którym nie miała zielonego pojęcia. Równie dobrze mogłem być gwałcicielem mordercą, zabrać ją na stronę, wyruchać w odbyt i poderżnąć gardło tulipanem. Chociaż, jakby się tak zastanowić i to wszystko logicznie przemyśleć, to prędzej ona mogłaby wyrządzić krzywdę mnie. - Ochujałaś! - Chciałem, aby wyszło karcąco, ale mój szeroko uśmiechnięty ryj zdekonspirował mnie na momencie. - Wiedziałam, że ci się spodoba, kocurze – mruknęła tryumfalnie, otwierając woreczek. Jakby z namaszczeniem wsunęła do niego dwa palce i delikatnie wyjęła LSD. - Zamknij oczy, otwórz buzię – roześmiała się. Bez sprzeciwu wykonałem polecenie, a Sam ułożyła mi kwasa na języku. - A teraz żryj tego panoramixa, Matiasie Gonzales, żryj ku chwale ojczyzny! - God bless America - zanuciłem i zamknąłem usta. Poczułem chujowy smak celulozy, ale że zwiastował nieuniknione nadejście pierdolnięcia w mózg, byłem w stanie to znieść. Sam zjadła swoją porcję LSD i ułożyła głowę na moim brzuchu. - Czuję jak trawisz – szepnęła i obróciła się na bok tak, że jej ucho przylegało teraz do miejsca, gdzie mniej więcej powinien być mój żołądek. - Ale to chyba dobrze, co? Przynajmniej jeszcze żyję. - Nie na długo, maleńki. Nie na długo... - Skąd pewność, że to nie ty zdechniesz dziś w męczarniach? Intrygowała mnie. Wydawała się być do bólu pewna swoich możliwości. Odnosiłem dziwne wrażenie, że nie należała do tych pustych lasek, które podniecają się nowym tuszem do rzęs, modną kiecką, butami znanych projektantów, które płaczą w obliczu złamanego paznokcia. W moim odczuciu Samantha prędzej chwyciłaby pałkę teleskopową niż tubkę fluidu. - Nawet jeśli tak się stanie, to możesz być pewien, że pociągnę cię za sobą prosto w odmęty piekielne, Gonzales. - Pociągnąć to ty mi możesz drąga co najwyżej, kochanie – parsknąłem – i to jeszcze jak będę miał dobry humor. - Podłożyłem ręce pod głowę i przeciągnąłem się, wypinając klatę ku górze. - Na pieszczoty to sobie trzeba zasłużyć – odparła Sam leniwie, podnosząc głowę z mojego brzucha. Usiadła ze skrzyżowanymi nogami i lustrowała mnie uważnie wzrokiem. Na jej twarzy malował się głupawy uśmieszek, a ja zastanawiałem się o czym myślała. - W gips się pchasz? - To już wiemy po kim małolat jest taki wyszczekany! - O co ci chodzi? Josh to bardzo miły chłopak. Uśmiechnąłem się kpiąco. - Nieważne, chica. Spojrzałem na ocean, który był dziś wyjątkowo spokojny. Zamknąłem oczy. Piasek pod moimi plecami drgnął lekko, potem ponownie i jeszcze raz. Minutę później falował już na maksa. A może to ja falowałem? Takie przemyślenia wcale nie były mi potrzebne, by wiedzieć, że sowita bania powoli przytula mnie do piersi. Kwestią czasu było kiedy zniknę pośród jej dwóch potężnych cycków. Drobna dłoń wylądowała na moim brzuchu. Opuszki powoli kreśliły kręgi dokoła mojego pępka. Smukłe palce ruszyły w górę, poprzez żebra, do sutków. Zacisnęły się na kolczyku, delikatnie go wykręciły. Na brodawce poczułem paznokcie i nie miałem żadnych wątpliwości, że należały one do Samanthy. Chciałem coś powiedzieć, napomknąć, że powinna raczej kierować się w stronę rozporka, ale nie potrafiłem albo nie chciałem nawet otwierać ust czy oczu. Było zbyt przyjemnie. Ciepłe promienie, falujący piasek, delikatny dotyk kobiecej dłoni, który sprawił, że rozpływałem się jak czekolada na trzydziestostopniowym upale. Nagle poczułem jej wargi na swoich. To było zaledwie muśnięcie, które chwilę potem zmieniło się w pocałunek. Szok, kurwa, szok. Co ona robiła? Dlaczego zamiast ją odepchnąć i opierdolić, rozchyliłem usta? Ugryzła mnie w dolną wargę. To było przyjemne. Poczułem jak jej język łączy się z moim, a jej druga dłoń suwa się wzdłuż linii moich szerokich bermudów. - Och, Mat... - jakby z oddali usłyszałem jej westchnienie. Szarpnięcie, potem kolejne, po chwili cała pierdolona seria szarpnięć. - Mat! MAT! Otworzyłem oczy. Samantha trzęsła mną, wykrzykując moje imię. Poderwałem się gwałtownie i nieprzytomnie rozejrzałem dokoła. Spojrzałem na nią z jednym wielkim „what the fuck” w oczach. - Człowieku, leżysz wywijasz językiem i dziwnie się napinasz. Już myślałam, że masz jakiś pieprzony atak. - Kurwa, dziewczyno, właśnie wytrzęsłaś ze mnie najcudowniejszą fazę, jaką miałem od kilku miesięcy! Rzuciłem okiem na ocean. Wydawało mi się, że na horyzoncie dostrzegam jakiś dziwny kształt, który powoli, powoli zbliżał się w naszą stronę. - Mhm, to musiała być przednia bania – zachichotała, wskazując palcem na wybrzuszenie pod moim rozporkiem. - Mówisz tak, jakbyś w życiu nie obcowała w towarzystwie stojącego fiuta – odpowiedziałem z szerokim uśmiechem. Niby było mi wszystko jedno, ale odruchowo usiadłem tak, żeby ukryć chwilowe pobudzenie mojego małego kolegi. Mrugnąłem. Świat stał się zielony, zupełnie jakbym założył na oczy kolorowe okulary. Mrugnąłem ponownie, błękit zastąpił zieleń, potem jeszcze raz, otoczenie przybrało barwę czerwieni. - Skąd pewność, że nie jestem lesbą? Może wolę raczej towarzystwo cipki? Samantha nagle wzdrygnęła się. Spojrzałem na nią z rozbawieniem. Rzuciła głową w lewo i machnęła ręką, zupełnie jakby coś od siebie odganiała. Wybuchnąłem niekontrolowanym śmiechem. Kwasy zawsze były przechuj zabawne pod tym względem. Patrzyłeś na kogoś jak uskakuje przed czymś, czego nie ma, z jękiem szoku wyciśniętym z ust, i toczysz z niego zwałę, by za chwilę sam lekko się obsrać, gdy zwykła dziura na ulicy staje się odmętami Hadesu, a po krótkim spojrzeniu w muszlę klozetową w domu, starasz się przypomnieć sobie, kiedy wpuszczałeś tam jebane chińskie karpie. Ponownie spojrzałam w stronę oceanu. Dziwny kształt był już na tyle blisko, że rozpoznałem w nim piracką banderę z potężnymi, czarnymi żaglami nadętymi silnym wiatrem, którego nie było. Na bocianim gnieździe, tuż pod flagą opatrzoną czaszką, majaczyła lekko zgarbiona sylwetka. Nie mogłem oderwać wzroku, rozkminiając, że kwasy to definitywnie najlepszy sposób na piątkowe popołudnie. Samantha dźwignęła się z ręcznika Lacoste, klepnęła mnie w ramię i zamruczała mi do ucha: - Porywam cię, Gonzales. Chodź... Spojrzałem na nią zdziwiony. Alex na bank będzie wkurwiony, gdy się dowie, że opierdoliłem LSD bez niego i jeszcze miałem czelność zostawić go na plaży w towarzystwie trojaczków oraz dziecięcego basenu. Była też Vero, to fakt, ale ona w tej sytuacji należała raczej do minusów. Przed oczami stanęła mi wściekła morda Stanforda, który odgraża się, zapluwając przy okazji wszystko wokół, że zostawi mnie w odwecie w gejowskim klubie. Ta wizja rozbawiła mnie do tego stopnia, że parsknąłem niekontrolowanie, gdy podnosiłem się z ręcznika. Samantha odwróciła się bez słowa, ale nie musiała nic mówić, jej tryumfalny uśmiech był wystarczająco wymowny. Cwana suka, miała mnie w garści. Szedłem za nią posłusznie jak pies, wlepiając wzrok w jej zajebiste plecy, z delikatnie zarysowanymi mięśniami i kilkoma pieprzykami. Wyrzeźbione, damskie plecy działały na mnie bardziej niż jędrne tyłki, sam nie wiedziałem dlaczego. Spojrzałem w lewo na ocean, nie widziałem tam już pirackiej bandery, a syreny, które machały do mnie. Pomyślałem, że Samantha zajebiście nadawałaby się na jedną z nich, więc zwróciłem wzrok w jej stronę. Zabarwiony na czerwono świat zatoczył okrąg, a ja mimowolnie przystanąłem. Johnson odwróciła się do mnie. Jej twarz była wykrzywiona czymś, co zapewne pierwotnie miało być uśmiechem. - Co jest, Matty? Zmęczyłeś się już? - Chwyciła moją dłoń i pociągnęła mnie za sobą. Chichotała, więc i ja zacząłem. Niby nie było w tej sytuacji niczego zabawnego, ale nie potrafiłem się opanować. Chwilę potem oboje zanosiliśmy się głośnym śmiechem. Na trzeźwo pewnie pomyślałbym, że to strasznie ckliwa i dziwaczna opcja, myk jednak polegał na tym, że nie byłem trzeźwy, a moje myśli jakoś nie chciały współpracować i układać się w logiczną całość. Przypominały raczej wyrwane z kontekstu urywki. Nie potrafiłem wyjaśnić dlaczego w jednej chwili myślałem o ustach Samanthy, a w następnej już o kiełbasie, jednorożcach czy grubasach w McDonaldzie. Zeszliśmy z plaży. Czułem się kurewsko dziwnie, gdy moje stopy nagle napotkały twardy opór chodnika, który kontrastował z falującym piaskiem. Zachwiałem się na nogach i niepewnie zrobiłem kolejny krok. Samantha pisnęła ze śmiechu w specyficzny, pocieszny sposób, jak mała dziewczynka na widok piętrowego sklepu z zabawkami. Mógłbym przysiąc, że przez moment widziałem ją nawet ubraną w różową, falbaniastą sukienkę, ale gry mrugnąłem wszystko wróciło „do normy”, jeśli można tak nazwać otoczenie cały czas zmieniające barwy i kształty. Pierdolony mindfuck... - Napiłbym się czegoś – rzuciłem luźną myśl. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że czułem się jak odrąbany kutas, pozostawiony na pastwę palącego słońca Sahary. Samantha przystanęła i zmierzyła mnie wzrokiem. Jej przejebanie błękitne oczy raz kurczyły się do rozmiarów główki zapałki, a potem stawały się tak ogromne, że długie rzęsy trzepotały gdzieś przy czubkach uszu. - Zajebisty plan, Gonzales. Teraz tylko trzeba wprowadzić go w życie! - Rozejrzała się powoli po wszystkich otaczających nas budynkach zapewne w poszukiwaniu sklepu. - Kierunkujmy się w tamtym kierunku! - Wskazała palcem na ulicę po naszej prawej. Gdy przechodziliśmy przez jezdnię, oczywiście na przejściu dla pieszych jak na wzorowych obywateli przystało, Samantha wrzasnęła dziko i zatrzymała się gwałtownie na białym pasie, obsesyjnie patrząc pod nogi. Ludzie od razu obrzucili nas pełnymi politowania spojrzeniami. Jakaś spasiona murzynka mruknęła coś do faceta po swojej lewej, krzywiąc przy tym pucołowaty ryj. Była tak łudząco podobna

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%