Romans · 1 godz. 10 min czytania
Dziewczyna marzeń (1)- Rajska plaża
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Damiana obudziła rano krzątanina w kuchni, nie chciało mu się wstawać, w głowie wciąż kołatały mu wspomnienia ostatniej, upojnej nocy, spędzonej z Izabelą. Byli ze sobą od trzech miesięcy. Doskonale czuł się w jej towarzystwie. Od jakiegoś czasu nalegał, by przeprowadziła się do niego. I tak większość czasu spędzali w jego mieszkaniu. Ona jednak wciąż chciała zachować niezależność. Zawsze przed świtem wstawała, tak, by go nie obudzić, wymykała się chyłkiem z jego domu i wracała do siebie. Mimo, że starała się zachowywać jak najciszej on zawsze się budził, słyszał, jak robiła sobie w kuchni kawę, zbierała swoje rzeczy i wychodziła. Teraz było tak samo, mimo, że miał zamknięte oczy, nie spał. Przewrócił się na drugi bok i naciągnął kołdrę na głowę, miał jeszcze dużo czasu, by zdążyć na dziewiątą do pracy. Zwykle wstawał o wpół do ósmej, a dochodziła dopiero szósta. Za oknem panowała jeszcze szarość, pokój skąpany był w półmroku, z zewnątrz dobiegały słabe odgłosy budzącego się do życia miasta. Nie znosił kiedy Iza tak uciekała od niego w środku nocy. Zawsze, kiedy szykowała się czekał, aż wyjdzie, dopiero wtedy mógł spokojnie usnąć. Tym razem było jednak inaczej. Dziewczyna wślizgnęła się do pokoju i cichutko podkradła do stolika nocnego. Damian obrócił się do niej. - O cześć – powiedziała wyraźnie zaskoczona. - No witaj – uśmiechnął się, zapalił lampkę. Izabela miała dziwny wyraz twarzy, na jej ślicznej, delikatnej buzi malowało się zmieszanie, oraz coś jeszcze, jakiś nieokreślony smutek. Była zamyślona, jej wielkie brązowe oczy wyrażały zadumę i żal. W dłoni, kurczowo ściskała kartkę papieru. - Zostań – wyszeptał – pobaraszkujemy jeszcze troszeczkę przed pracą. - Nie mogę – popatrzyła w okno zamyślona. - Dlaczego? Zawsze rano uciekasz – powiedział z goryczą – o co tu chodzi? Czego ty się boisz? Dziewczyna westchnęła, popatrzyła na niego. - Odchodzę – rzekła – muszę to sobie przemyśleć. Damian rozdziawił usta, Izabela kompletnie go zaskoczyła. To co przed chwilą usłyszał sprawiło, ze uderzyła go fala gorąca, dreszcz przebiegła mu po plecach. Sądził, że wszystko układało się pomyślnie, a tu taka niespodzianka. - Jak to? – Parsknął – zostawiasz mnie, tak po prostu. Dlaczego? - Wszystko opisałam w liście – wskazała kartkę papieru, którą trzymała w ręce – ale skoro nie śpisz… Odgarnęła włosy z twarzy, wzięła głęboki oddech. - Sporo nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że i tak nam nie wyjdzie – stwierdziła – nie zrozum mnie źle… nie kocham cię. - Nie kochasz – westchnął – przez ostatnich kilka miesięcy dawałaś mi zupełnie coś innego do zrozumienia. - Świetnie się razem bawiliśmy, ale… Było w porządku, dopóki mieliśmy czysto koleżeński układ. Ale ty zacząłeś się za bardzo angażować… - A to bardzo źle – parsknął z sarkazmem. - Naprawdę fajny z ciebie facet, jednak nie potrafię… nie chcę odwzajemniać twoich uczuć – oznajmiła – próbowałam… ale nie potrafię cię pokochać. Być może jest jeszcze za wcześnie. Jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że Miron mnie zostawił. Nie bardzo rozumiał o co chodziło, z poprzednim partnerem Iza rozstała się pięć miesięcy przed tym, jak poznała Damiana. Na początku jeszcze coś o nim wspominała, potem już nie mówiła wcale. A tu nagle, niespodziewanie taki „klops”. Damian zastanawiał się, czemu on nie zapada w pamięci swoich „byłych” tak, jak robi to ów Miron. Dlaczego w jego przypadku wszystkie związki z kobietami są tak krótkie i nietrwałe. Dziewczyna położyła liścik na szafce nocnej. - Pójdę już – powiedziała – wszystko jest tu napisane. Izabela wybiegła z pokoju, zabrała jesionkę z wieszaka i wyszła z mieszkania. Daniel został sam. Przez półgodziny leżał na łóżku i walczył sam ze sobą, by przełamać się i otworzyć zwitek papieru, pozostawiony przez kobietę. Chodź nie czytał listu i tak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co było w nim napisane. W podobnej sytuacji znajdował się już nie raz, zawsze kończyło się podobnie. „Jesteś uroczy”, „ale cóż nie wyszło”, „myślałam, że się ułoży” i to co zazwyczaj było najbardziej przykre i nieszczere „mam nadzieję, że mimo wszystko zostaniemy przyjaciółmi”. Jak on nie cierpiał tego stwierdzenia, ta cała późniejsza przyjaźń, ograniczała się zazwyczaj, do powiedzenia cześć, przy ewentualnym spotkaniu, gdzieś na ulicy, bądź w restauracji, czy barze. Było wcześnie, miał jeszcze sporo czasu na rozmyślanie o wszystkich swoich nieudanych związkach. Cieszył się powodzeniem u kobiet, był przystojnym, wysokim szatynem o niebieskich oczach, wysportowany, opalony. Mimo to jakoś nie mógł znaleźć dziewczyny, która pragnęła by tego co on, widziałaby w nim coś więcej, niż tylko szansę na przelotny, przesycony erotyzmem flirt. Nie miał problemu z poderwaniem kobiety w barze, czy na dyskotece, kłopoty zaczynały się wówczas, gdy pragnął czegoś więcej, niż tylko i wyłącznie igraszek w pościeli do białego rana. Kiedy zaczynał się angażować, to zawsze był koniec znajomości. Poszukiwał pokrewnej duszy, dziewczyny która by rozumiała jego uczucia, zdolnej poczuć do niego miłość. Niestety wszystkie te, z którymi się zadawał były zupełnie inne. Ponad uczucia stawiały dobrą zabawę i swobodę. Kiedy nadchodził czas, by się zaangażować po prostu wolały zerwać znajomość. Długo zastanawiał się, dlaczego tak właśnie się dzieje. Nie mogąc dobrnąć do wyciągnięcia jakichś sensownych wniosków ze swoich przemyśleń irytował się. Kręcił się z boku na bok pogrążony w świecie przywidzeń, gdzieś pomiędzy jawą i snem. Nakrył głowę kołdrą nie chciało mu się wstawać, zapadał w końcu, w krótkie drzemki. Przebudzał się co kilka minut zerkał na zegarek, sprawdzając ile jeszcze czasu mu pozostało, nim będzie musiał wstać, by wyszykować się do pracy. Z zadumy wyrwał go dzwonek telefonu. Podniósł słuchawkę i przystawił do ucha. - Czego – burknął. - No gdzie ty do cholery jesteś? – Odezwał się Zbyszek, jego kolega z pracy – „stary” wariuje, nie wiesz, że o dziesiątej mamy spotkanie z klientem? Mam nadzieję, że wykończyłeś projekty, bo Wawrzyniak powiesi nas obu za jaja. Damian popatrzył na zegarek, było dziesięć po dziewiątej. - Już się zbieram – rzucił krótko – na dziesiątą będę – powiedział i odłożył słuchawkę. Przez to zamieszanie z Izą zapomniał zupełnie, o pracy, miał teraz mało czasu. Szybko ubrał się, wypił kawę i wybiegł z mieszkania. Damian był grafikiem, jego projekty często gościły na kartkach poczytnych gazet i czasopism, ozdabiały okładki książek i bilbordy. Tego dnia miał przedstawić swoje pomysły jednemu z najważniejszych klientów firmy, w której pracował. Wiele od tego zależało, tak więc musiał się śpieszyć. Przejechać szybko przez pół Warszawy w godzinach szczytu było niemal niewykonalne. Damian gnał przez miasto jak szalony, wjechał na trasę siekierkowską. Przeskakiwał pomiędzy pasami wciskając się w każdą większą przerwę w sznurze samochodów. Popatrzył na zegarek, była za piętnaście dziesiąta, do biura było jeszcze daleko. Próbował przyśpieszyć, kiedy uświadomił sobie jaki kawał drogi był jeszcze przed nim. Zbliżał się do mostu, sznur samochodów wlókł się niemiłosiernie, wycie klaksonów i pisk opon, były w stolicy czymś zupełnie normalnym. Zauważył lukę pomiędzy dwoma pojazdami zielony seat zjeżdżał właśnie w kierunku Siekierek za nim wolno wlokła się furgonetka. Mężczyzna skorzystał z okazji i wepchnął się tuż przy barierce. Nie zdążył jednak ujechać zbyt daleko, usłyszał pisk opon samochodowych, obejrzał się w lewo, w jego auto uderzył nagle z hukiem biały samochód dostawczy. Kierowca tego auta najwidoczniej też wpadł na ten sam pomysł co on. Pojazdy zderzyły się, Damian stracił panowanie nad kierownicą, odbił w prawo. Uderzył z impetem w barierkę samochód obrócił się, i zawisł na krawędzi mostu. Jadący za nim furgon nie wyhamował i wpadł na auto Damiana. Samochód, w którym siedział grafik runął w dół wprost do rzeki.
Do jego uszu docierał łagodny szum morza, promienie słoneczne przygrzewały mocno, gdzieś z oddali dochodził szczebiot mew. Mężczyzna nieśmiało otworzył oczy, oślepiający, jaskrawy blask raził niemiłosiernie, odbijając światło od blado żółtych ziaren piasku. Zmrużył powieki, osłonił twarz ręką i usiadł. Rozejrzał się, wokół kształty i kolory wciąż jeszcze się rozmazywały, lecz zaczął już dostrzegać niektóre szczegóły. Leżał na plaży, tuż przy linii, gdzie docierała przeźroczysta morska woda. Słońce górowało na bezchmurnym, błękitnym niebie. Podniósł się z ziemi, za nim znajdowała się zielona, bijąca życiem dżungla, pełna palm, paproci, bambusowych pędów i różnych innych roślin, których Damian nie był w stanie zidentyfikować. - Gdzie ja cholera jestem – mruknął rozglądając się na wszystkie strony. Popatrzył na plażę, piaszczysta hałda ciągnęła się w obie strony, znikając gdzieś na horyzoncie. Spojrzał na wodę, ta łączyła się z niebem daleko za widnokręgiem. Postanowił iść, brzegiem morza, uważał, że wcześniej czy później powinien znaleźć jakieś przejście, pośród drzew prowadzące, do siedzib ludzkich. Ruszył plażą wprost przed siebie, ciężko było mu poruszać się po sypkim piasku. Wiatr delikatnie kołysał drzewami, z lasu dobiegały rozmaite odgłosy dzikich zwierząt. Było ciepło, przyjemnie, nagrzane od słońca podłoże parzyło w stopy. Stąpał ostrożnie, jakby szedł po rozgrzanych węglach, bądź ostrzach noży. Był bez butów, koszuli, jego strój ograniczał się jedynie do starych wytartych dżinsów z dziurami na kolanach. Nie miał pojęcia, w jaki sposób i dlaczego się tam znalazł. Wokół nie było żywego ducha. - Halo! – Zawołał – jest tu kto? Odpowiedziało mu jedynie echo. Nie było tam żadnych ludzkich śladów, wytężał umysł, by dociec, co takiego się mogło wydarzyć. Zastanawiał się czy nie jest przypadkiem rozbitkiem, z jakiegoś statku. Jednak gdyby tak było, prócz niego na plaży powinno znajdować się coś jeszcze, skrzynie z wraku, szalupa, może koło ratunkowe. Nic tam takiego nie widział. Szedł przez pół dnia już prawie stracił wszelką nadzieję, że oprócz niego jest jeszcze jakaś ludzka istota w tej głuszy. Wówczas zobaczył rozmyty, przez falujące powietrze, poruszający się cień. Coś podążało w jego kierunku, w oddali majaczyła wyprostowana postać, to mógł być człowiek. - Hej! – Zawołał. Zaczął wymachiwać rękami i nawoływać. Postać zatrzymała się, nie uciekała, nie biegła w jego kierunku, po prostu czekała, aż on podejdzie. Kiedy był już blisko zobaczył młodą dziewczynę. Miała czarne, lekko kręcone włosy, ciemno brązowe oczy, długie zawinięte rzęsy, jej usta, wąskie lekko wydęte podkreślała wyrazista, czerwona szminka. Była zgrabna, opalona, miała na sobie niebieskie bikini. Biustonosz od kostiumu kąpielowego, podkreślał jej nie zbyt duże, ale kształtne piersi. Przewiązana w talii chusta, opinała dobrze rysujące się biodra i długie, opalone, zgrabne nogi. - Dzień dobry – powiedział dysząc – nawet nie zdaje sobie pani sprawy, z tego, jak się cieszę, że panią widzę. Kobieta nie odezwała się, z nieufnością patrzyła na mężczyznę. Długo trwała cisza. Dwoje ludzi badało się wzrokiem wzajemnie. W końcu milczenie postanowił przerwać Damian. - Jak masz na imię? Kobieta nie odpowiadała, z ciekawością zerkała na niego. Mężczyzna pomyślał, że może nieznajoma nie rozumie jego języka. - What is your name – wydukał. Nadal nie było żadnego odzewu, jedynie podejrzliwe, niepewne świdrujące spojrzenie dziewczyny, niczym promienie rentgena przeszywało mężczyznę. - To twoja sprawka – powiedziała wreszcie – czego chcesz ode mnie? Damian popatrzył na nią zaskoczony. - Od pani? – Zapytał – chciałbym się dowiedzieć, jak wydostać się stąd. - Dobre sobie – parsknęła – „dowiedzieć się, jak się stąd wydostać” - powiedziała przedrzeźniając mężczyznę – a gdzie my w ogóle jesteśmy? Damian rozejrzał się mimo, że przebył kilka kilometrów, to okolica wyglądała tak samo, jak w miejscu z którego wyruszył. - Chciałbym pani powiedzieć – rzekł – ale nie mam zielonego pojęcia – rozłożył bezradnie ręce – obudziłem się na tej plaży, nie wiem skąd się tu wziąłem i jak stąd się wydostać. Nieznajoma wciąż nieufnie spoglądała na niego. - To znaczy – zmrużyła oczy – że pan też nie wie co tu jest grane? - No – parsknął Damian – w sumie… Nie. - Rano ocknęłam się na plaży – powiedziała nieznajoma – to jedyne co pamiętam. Płynęliśmy jakimś statkiem, może lecieliśmy samolotem, który się rozbił – zapytała. Damian pokręcił przecząco głową. - Nie sądzę, jeżeli by tak było, powinniśmy widzieć szczątki – stwierdził – na nic takiego nie natrafiłem. Może tam, gdzie pani się obudziła coś było? Kobieta pokręciła przecząco głową. - Jesteśmy tu, gdzie się obudziłam – oznajmiła – jest tylko to co widać. Damian rozejrzał się, nie było nic, co potwierdziłoby teorię o katastrofie. Panowała bezwzględna cisza, spokój, żadnych szczątków. Słońce wciąż tkwiło wysoko na niebie oblewając plażę żarem. Wiatr i fale szumiały łagodnie, ciszę zakłócał jedynie szczebiot mew i albatrosów, szybujących nad przeźroczystą taflą wody, nieopodal łagodnego brzegu. - Nie powinniśmy tu zostawać, ale iść naprzód – powiedział – to miejsce wygląda w prawdzie na wyludnione, ale może to być tylko nasze, subiektywne odczucie. Kto wie, czy nie ma gdzieś w pobliżu jakiejś drogi, jezdni, albo miasteczka. - Nigdzie z panem nie pójdę – kobieta zmarszczyła nosek – nie znam pana, nie wiem czy można panu ufać. A jeżeli zaciągnie mnie pan w krzaki, żeby zrobić mi krzywdę? Damian skrzywił się, pokręcił głową, popatrzył wokół. Jak okiem sięgnąć, widać było plażę, morze i gęstą dżunglę. Prócz nich nie było żywej duszy. - Kobieto – westchnął – rozejrzyj się. Tu nie ma nikogo prócz nas, gdybym chciał coś zrobić, nie musiałbym się stąd ruszać. Dziewczyna popatrzyła wokół. - No fakt – stwierdziła, po chwili zastanowienia – tu także nie mogę się czuć bezpiecznie w twoim towarzystwie. - Jedyną rzeczą, jaka mną powoduje w tej chwili – oznajmił Damian – jest chęć wydostania się stąd. - A ja uważam – kobieta wydęła usta w dziubek – że powinniśmy tu zostać. Jeżeli ktoś nas szuka, to lepiej nie oddalać się z plaży. - A jeżeli nie to co? Spędzimy resztę swoich dni, tkwiąc jak kołki w tym miejscu? - Jak chcesz to droga wolna – mruknęła nieznajoma – ja zostaję. Kobieta z nadąsaną miną usiadła na piasku, przodem do wody, podkuliła nogi pod brodę i patrzyła na łagodnie sunące po niebie obłoki. Damian chciał pójść przed siebie wsadził ręce w kieszenie i ruszył, żwawym krokiem na przód. Nie odszedł jednak daleko, nie chciał zostawiać tej dziewczyny samej, a raczej nie chciał się zostać sam. W końcu w niedoli lepsze było takie towarzystwo niż żadne. W dodatku stwierdził, że trafił w sumie nie najgorzej. Mógł wpaść na łysego, obleśnego faceta, albo jakąś starą babę, a wylądował na bezludnej wyspie w towarzystwie bardzo atrakcyjnej kobiety. Kiedyś nawet marzył o takiej przygodzie. Obrócił się na pięcie, podszedł do niej i położył się obok nieznajomej. - Więc jednak pan zostaje – powiedziała wyraźnie zadowolona, z tego, że postawiła na swoim. - Tak – mruknął – przecież nie mogę pozwolić, żeby została się pani tu sama, jeszcze kto będzie chciał pani zrobić krzywdę – rzucił z sarkazmem. - Rycerz od „siedmiu boleści” się znalazł – stwierdziła – jak na razie jest pan jedyną osobą na tej plaży, której mogę się obawiać. Siedzieli tak całe popołudnie, słuchając szumu morskich fal, łagodny wiatr niósł od wody świeże powietrze. W końcu słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Łagodna czerwona łuna rozlewała się od okrągłej tarczy słonecznej, tnąc błękitne niebo szkarłatnymi obłokami i odbijając rozedrganą czerwoną smugę w lustrze wody. Przez cały czas dwoje samotnych ludzi obserwowało się wzajemnie z ciekawością. Nie odzywali się prawie wcale, ale sam fakt, że nie musieli oczekiwać na ratunek w samotności był dla nich krzepiący. Damian znudzony już ciągłym wypatrywaniem pomocy, która prawdopodobnie nigdy nie nadejdzie, podniósł się z piasku, otrzepał i ruszył w stronę zarośli. - Gdzie pan idzie? – Spytała. Zbliżała się noc, kobieta najwyraźniej nie chciała zostać sama. Przyjazne za dnia, wesołe odgłosy z lasu, wieczorem stawały się nieco straszne i złowrogie. - Trzeba poszukać czegoś do jedzenia – stwierdził mężczyzna – wygląda na to, że spędzimy tu noc, musimy więc przyszykować jakieś schronienie. - Pomogę panu – powiedziała nieśmiało. - W porządku – rzekł – więc ja zajmę się przygotowaniem jakiegoś szałasu i posłania, pani niech nazbiera owoców z lasu. - Proszę, jaki wygodny – nadąsała się – dlaczego panu się wydaje, że będzie tu rządził? Nikt pana nie mianował gubernatorem tej wyspy. - O co pani chodzi – burknął Damian – sama pani zaoferowała pomoc, więc poprosiłem o to, żeby nazbierać czegoś do jedzenia. - A gdzie mam niby szukać? Mam wejść na palmę i zrywać banany? - Nie banany, a co najwyżej kokosy – westchnął mężczyzna – i owszem, tak, jeżeli nie znajdzie się coś bliżej ziemi to trzeba będzie pozbierać owoce z palm. - Nie umiem chodzić po drzewach – kobieta naburmuszyła się – niech pan sam sobie poszuka pożywienia. - A pani co? Zbuduje szałas? W porządku, jak coś znajdę to sam sobie też zjem. Chyba, że zrobisz jakieś legowisko. - Nie jestem „budowlańcem” – stwierdziła dziewczyna. - Więc nie rozumiem – powiedział poirytowany mężczyzna – jak pani chce mi pomóc, skoro nic pani nie chce zrobić? Kobieta podniosła się z piasku, popatrzyła na swojego towarzysza z wyższością. - W prehistorycznych czasach to mężczyźni odpowiadali za zdobywanie pożywienia w czasie polowania i oni budowali schronienia, a kobiety czuwały nad ciepłem „domowego ogniska”. Pomogę w ten sposób, że posiedzę na plaży na wypadek, jakby przepływał tędy jakiś statek. - W dawnych czasach mężczyzna brał maczugę i walił nią kobietę po głowie, ciągnął do „wigwamu” czy jaskini i używał sobie ile wlezie – powiedział z sarkazmem Damian – tę tradycję naszych przodków też chce pani kultywować? - Cham – parsknęła, usiadła z powrotem na pisku i podkuliła kolana pod brodę – gburowaty, niewychowany cham. Palcem nie kiwnę by panu pomóc. - I bez łaski. Chcesz sobie tu siedzieć? Świetnie – warknął ze złością – idę poszukać czegoś, co może nam się przydać a ty sobie rób co chcesz! Jutro zabieram się stąd. Zezłoszczony Damian poszedł do dżungli, po chwili zniknął w zaroślach. Nadąsana kobieta został na plaży obserwując zachód słońca. Mijały godziny, mężczyzna przepadł. Dziewczyna zaczynała się niecierpliwić. Czerwona tarcza słoneczna zniknęła już zupełnie za horyzontem, jedynie słaba pomarańczowa łuna rozciągała się jeszcze daleko na niebie. Powoli zaczął jej doskwierać chłód. - No gdzie on się podział – mruknęła sama do siebie. Różne niepokojące przeczucia zaczęły się kłębić w jej głowie. Może znalazł drogę ucieczki z tego miejsca i zostawił mnie – myślała – albo zrobił sobie coś, spadł z drzewa i się połamał, mogło zaatakować go jakieś zwierze. Może nie chce mnie więcej widzieć. Albo leży gdzieś w krzakach nieprzytomny. Mimo, że nie darzyła swojego towarzysza zbytnią sympatią, postanowiła go poszukać. W końcu w tej sytuacji jakiekolwiek towarzystwo było lepsze niż żadne. Zważywszy na okoliczności, w jakich się poznali, powinni trzymać się razem, współpracować, tym czasem wciąż się kłócili. Nie potrafiła nawet stwierdzić dlaczego, wiedziała, że w tym mężczyźnie jest coś takiego, co sprawiało, że nie mogła być obojętną wobec niego. Coś pomiędzy nimi iskrzyło do tego stopnia, że nie mogli się powstrzymać, od kąśliwych komentarzy pod adresem towarzysza. Postanowiła sprawdzić co się wydarzyło, podniosła się z ziemi i ruszyła w stronę lasu. W ciemnościach dżungla wyglądała tajemniczo, nieco strasznie. Dziewczyna stała przed czarną, postrzępioną ścianą lasu zbierając odwagę, by wkroczyć w tę niezbadaną dzicz. Odetchnęła głęboko i w końcu ruszyła, przedzierając się przez gałęzie drzew i krzaków. Nie wiele widziała, cienkie sprężyste jak pejcze witki raz po raz boleśnie smagały ją po nogach i rękach, mimo to brnęła wciąż na przód. Nie wiedziała tak naprawdę w którą stronę podążać, szła po prostu przed siebie. Nagle zorientowała się, że nie widać już plaży, wokół był tylko ciemny, huczący odgłosami nocy las. Zgubiła się. Była zmęczona, obolała i samotna, nie wiedziała, w którą stronę ma się udać. Krążyła bezradnie wkoło, poszukując drogi, powrotnej na plażę. - Jest tu kto? – Zawołała, lecz nikt jej nie odpowiedział – czy ktoś mnie słyszy?! W jej głosie wyraźnie dało się wyczuć lekką panikę i lęk. Ruszyła wprost przed siebie, nie łatwo było przedostać się przez gęstwinę, nagle usłyszała krzyk swojego towarzysza: - To ty? – zawołał jakby spod ziemi. - Hej – wrzasnęła kobieta – gdzie jesteś? - Tutaj – powiedział Damian – siedzę w dole. Uważaj, bo sama zaraz wlecisz. Kobieta zatrzymała się, wolała nie ryzykować, uważnie zbadała grunt pod nogami, wśród czarno, szarych plam spostrzegła jedną sporą, ciemniejszą niż otoczenie. Ostrożnie podeszła do krawędzi, wymacała zbocze wykopu i przycupnęła na kolanach, tuż przy nim. Zajrzała do środka, mężczyzna siedział w dole, we dłoni trzymał coś, co przypominało butelkę. - Co ty tu robisz? – Zapytała zdziwiona. - A na co to wygląda? – parsknął – nie zauważyłem tej dziury i wpakowałem się do środka. Byłbym wdzięczny, gdybyś pomogła mi się stąd wydostać. Wykop nie był bardzo głęboki, jakieś trzy metry. To wystarczyło, by Damian nie mógł wyjść po stromo ściętych ścianach, bez pomoc z zewnątrz. - Co mam zrobić? - Poczekaj – powiedział i zaczął szukać czegoś na ziemi – łap – zawołał po chwili. Wyrzucił z wykopu coś, co brzdęknęło, odbijając się od konarów drzewa. Dziewczyna podniosła z ziemi tajemniczy przedmiot i obejrzała. - Butelka? – parsknęła – skąd się tu wzięła? - To nie jest zwykła butelka – zawołał mężczyzna – to jest rum – oznajmił z zadowoleniem – prawdopodobnie zostawili ją ci sami ludzie, którzy wykopali tę dziurę. - A więc ktoś tu jednak zagląda od czasu do czasu – ucieszyła się dziewczyna – wystarczy poczekać, aż ci ludzie tu wrócą. - No nie wiem – pokręcił głową Damian – tego jest tu tyle, że starczyłoby, dla dywizji wojska. Taką ilość mogli ukryć jedynie przemytnicy, a raczej nie chcielibyśmy wpaść w ich ręce. - Świetnie – parsknęła dziewczyna – po prostu doskonale. Mężczyzna wyrzucił jeszcze kilka butelek i zawołał: - Pomóż mi teraz wygrzebać się stąd. - Niby jak mam to zrobić? - Podaj rękę, albo weź jakiś kij. Dziewczynie nie chciało się błąkać po dżungli w poszukiwaniu czegoś, co mogło posłużyć za linę, tak więc uklęknęła na krawędzi i wyciągnęła rękę. Mężczyzna chwycił jej dłoń i zaczął gramolić się po ścianie. Niestety pośliznął się na jakimś tkwiącym w zboczu kamieniu. Damian spadł na dół, ciągnąć za sobą swoją towarzyszkę. Obydwoje wpadli do wydrążonej w ziemi dziury. Mężczyzna gruchnął na plecy, kobieta upadła prosto na niego. Przez chwilę leżeli twarzami zwróceni do siebie, czując wzajemną bliskość. Było tak cicho, że słyszeli przyspieszone bicie serc. Dziewczyna w końcu zerwała się z ziemi, Damian potłukł się nieco, rozcierając obolałe plecy, wolno, niezdarnie stanął na nogi. - Co narobiłeś? – Zawołała wściekła – i co my teraz zrobimy? Popatrzyła w górę spostrzegła niezbyt wyraźny kontur krawędzi. Próbowała wdrapać się po ścianie, lecz nie dała rady. - No to po nas – jej błyszczące, ciemne oczy z wściekłością wpatrywały się w mężczyznę – trzeba było siedzieć na plaży, tam może by ktoś nas odnalazł a tutaj? Damian podniósł się z ziemi, otrzepał piach z ubrania i jeszcze raz uważnie rozejrzał. - Uspokój się – powiedział – wiem jak stąd wyjść. - Wiesz? To czemu nie wylazłeś wcześniej tylko siedzisz tu jak ten matoł? - Bo, żeby się wydostać z tej dziury, potrzebne są dwie osoby – uśmiechnął się tajemniczo. - Co ty knujesz? Po chwili dowiedziała się co jej towarzysz miał na myśli, stała wspierając dłonie o kolana, a Damian gramolił się na górę po jej plecach. - Dlaczego nie jest odwrotnie – powiedziała – czemu to ty wspinasz się po mnie, a nie ja po tobie? - Dlatego – wysapał – bo ja dam radę ciebie wyciągnąć stąd, a ty byś mnie nie udźwignęła. Damian chwycił się krawędzi wykopu i wygramolił z pułapki, następnie uklęknął przy dziurze i podał rękę kobiecie. Po chwili obydwoje byli już na zewnątrz. - Nie wiem gdzie jest plaża – stwierdziła dziewczyna – chyba będzie trzeba przenocować tutaj. - Spokojnie, trafię do morza – powiedział mężczyzna zbierając wyrzucone z wykopu butelki z rumem – wystarczy kierować się na szum fal. Ruszyli przed siebie, zbierając po drodze chrust i owoce z napotkanych palm kokosowych, po pół godzinie dotarli na plażę. Morze szumiało łagodnie, kołysane delikatnym wiatrem. Na bezchmurnym niebie górowała okrągła srebrzysta tarcza księżyca, jego odbicie w wodzie było nierówne i postrzępione, drgało łagodnie, poruszane falami. Było cicho i spokojnie. Ustawili palenisko z suchych gałązek, na wierzch ułożyli wysuszone liście, znalezione w lesie. Damian znalazł jakieś kamienie uklęknął nad paleniskiem i próbował rozniecić ogień w sposób jaki poznał w harcerstwie. Dziewczyna usiadła z boku i z ironią przyglądała się wysiłkom swojego towarzysza. Mężczyzna krzesał iskry, a raczej usiłował krzesać, uderzając kamieniami o siebie. Trwało to z pół godziny, efektu nie było żadnego. - Długo tak jeszcze będziesz się bawić – zapytała – tu robi się zimno. Mężczyzna zniecierpliwiony rzucił kamienie i zerwał się z piachu. - Chcesz to sama spróbuj – warknął wściekły – jeżeli umiesz lepiej to proszę bardzo. Dziewczyna podniosła się i podeszła do paleniska, w ręku trzymała jakiś połyskujący przedmiot. Uśmiechała się tajemniczo. - Popatrz jakie to proste – powiedziała z wyższością. Zgrzytnął kamień i w owym tajemniczym przedmiocie pojawił się płomyk. Kobieta podpaliła suche liście, ogień zaczął wolno roznosić się po wysuszonych gałęziach. - Zapalniczka – parsknął Damian – skąd ją masz? - Znalazłam – przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się – leżała w wykopie. - Miałaś ją przez cały czas – mruknął mężczyzna – i kazałaś mi bawić się tymi kamieniami? - Chciałam zobaczyć jak się męczysz – oznajmiła – mężczyźni wyglądają zabawnie, bawiąc się w „harcerzy”. Damian chciał odgryźć się jakąś kąśliwą uwagą pod adresem nieznajomej. Już otworzył usta, nie wydobył jednak z siebie nawet słówka. Jego uwagę przykuła uroda, wdzięk i urok osobisty dziewczyny. Skąpana w migotliwym świetle ogniska wyglądała jak anioł, z tymi swoimi błyszczącymi jak para węgielków, oczyma, długimi, włosami, rozwianymi, przez łagodny wietrzyk. Patrzył się na nią, oszołomiony jej wdziękiem, nie w głowie mu było dokuczać jej dłużej. Dziewczyna wyglądała uroczo, niewinnie słodko, tajemniczo za razem, niczym bogini miłości. Jej długie ciemne włosy opadały na szyję i ramiona, oczy lśniły w blasku płomieni, przypominała dzieło sztuki, kiedy tak siedziała z wyciągniętymi na piasku nogami i spoglądała w zadumie na iskrzące się w ogniu gałązki. Damian siedział naprzeciwko niej, nie mogąc oderwać wzroku od nieznajomej. Kiedy już całe palenisko zajęło się ogniem, mężczyzna otworzył jedną z butelek, które przynieśli z kryjówki przemytników i usiadł przy ognisku. - Masz zamiar to pić? – zmarszczyła brwi dziewczyna – masz pojęcie czym to może się skończyć? Kto wie z czego to jest zrobione i ile lat przeleżało w tym dole? Damian powąchał potem pociągnął łyka. Trunek był mocny ale dało się go pić. - Uh – odetchnął – dobrze grzeje – stwierdził – chcesz trochę? Podał butelkę kobiecie. Ta przez chwilę wahała się, czy ją przyjąć. W końcu wzięła, powąchała zawartość. - Jesteś pewien, że to nadaje się do picia – zapytała – nie ślepniesz przypadkiem? Mężczyzna zmierzył dziewczynę wzrokiem od stup do głowy. Podciągnęła nogi pod brodę i nieufnie patrzyła na swojego towarzysza mrużąc powieki. - Nie – powiedział – widzę dobrze. - Czemu mi się tak przyglądasz – spytała. - Chcę się napatrzyć na najwspanialszy widok jaki kiedykolwiek widziałem – powiedział ze szczerym uśmiechem – na wypadek jakbym miał jednak stracić wzrok. Nie odpowiedziała, przekrzywiła tylko nieznacznie głowę i uśmiechnęła się, jej długie ciemne włosy przykryły część twarzy i opadły swobodnie na ramię. Wzięła wdech i pociągnęła łyk rumu. - Uf mocne – stwierdziła, popatrzyła na swojego towarzysza – trochę alkoholu – powiedziała – i wychodzi z ciebie uwodziciel. Wręczyła butelkę Damianowi, płomień raźno skwierczał na suchym drewnie, oblewając migotliwym czerwonym blaskiem plażę. Mężczyzna napił się trunku. - Kiepski ze mnie uwodziciel – stwierdził w zadumie, popatrzył w oczy swojej towarzyszce i powiedział – znamy się już prawie jeden dzień, a ja nawet nie wiem jak ci na imię. - Nie pamiętam – powiedziała dziewczyna – nie pamiętam nic z mego życia. - To dziwne – rzekł Damian – ale ja także. Nie mogę sobie przypomnieć kim byłem, gdzie mieszkałem. - To trochę intrygujące – jej spojrzenie utknęło na płomieniu – jak myślisz co tutaj w ogóle się dzieje? - Nie mam zielonego pojęcia – wzruszył ramionami – to może jakieś nowe „reality show”. No wiesz; Na całej wyspie porozmieszczane są kamery i teraz tysiące ludzi z zapartym tchem śledzi każdy nasz krok. - Nic głupszego nie przychodzi ci do głowy – westchnęła. - A twoim zdaniem co my tu robimy? - Może nie żyjemy – powiedziała w zadumie – a to miejsce to rodzaj czyśćca. Tam gdzieś – wskazała na dżunglę – być może jest wielka niebiańska brama, do której musimy sami odszukać drogę. - Albo porwały nas istoty z innej planety – palnął półżartem – i umieściły w czymś, co według nich jest naszym środowiskiem naturalnym. - Przestań, nie żartuj sobie. - Nie żartuję – rzekł – próbuję po prostu znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie, czegoś co jest zupełnie bez sensu. - To może tak – uśmiechnęła się zalotnie – jesteśmy w rzeczywistości wirtualnej. Nie wiemy kim naprawdę jesteśmy, dlatego, że część mózgu, odpowiedzialna za pamięć jest teraz uśpiona. - To nie dobrze – skrzywił się. - Dlaczego? - Skoro to byłaby rzeczywistość wirtualna, oznaczałoby że ciebie, tak na prawdę tu niema, możesz być na przykład tylko i wyłącznie programem komputerowym. Jakie są szanse, że lądując na bezludnej wyspie znalazłbym się w towarzystwie pięknej, czarującej kobiety, a nie na przykład jakiegoś wielkiego tłustego faceta? Z moim szczęściem to co tu się dzieje nie miało prawa się wydarzyć na prawdę. Jesteś tak idealna, że nie możesz być prawdziwa, nie chcę byś okazała się tylko i wyłącznie snem. - Bredzisz – dziewczyna podniosła butelkę z rumem i napiła się trunku – jestem tu i jestem prawdziwa. - Może ktoś zaprogramował cię byś tak mówiła – Damian też napił się alkoholu. Mężczyzna położył się na piasku i popatrzył w rozgwieżdżone niebo. - Nikt mnie nie zaprogramował – stwierdziła dziewczyna – jestem prawdziwą, myślącą i czującą istotą. Może to ty jesteś tylko i wyłącznie projekcją mojej wyobraźni. - Zdaje się, że i tak tego nie rozstrzygniemy – powiedział w zadumie. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach. Ogień raźno skwierczał na drewnianych patykach, fale, łagodnie rozbijały się o piasek, było cicho, spokojnie, na plaży panowała przyjemna niczym niezmącona błoga atmosfera, przesycona romantycznym erotyzmem. Wreszcie odezwała się kobieta. - Naprawdę uważasz, że jestem twoim ideałem? – Zapytała mrużąc powieki. Damian przekręcił się na bok, wsparł głowę na ręce i popatrzył na swoją towarzyszkę. W migotliwym świetle ogniska wyglądała uroczo, z tą swoją burzą ciemnych włosów, rozwiewaną delikatnie wiatrem, błyszczącymi oczyma i zadumą, malującą się na twarzy. Siedziała jak mała dziewczynka, trzymając kolana pod brodą. - Nigdy nie zastanawiałem się specjalnie nad tym, jak wyglądać może moja wyśniona dziewczyna – stwierdził – nie mam jednego, z góry określonego wyobrażenia na to. Wiele zależy od tego, jaka będzie, to nie tylko kwestia wyglądu, lecz również charakteru – zmierzył dziewczynę wzrokiem – ale… byłbym szczęśliwy gdyby wyglądała właśnie tak jak ty. Kobieta opuściła powieki, wbiła wzrok w ziemię jak zawstydzona nastolatka. Popatrzyła na swojego towarzysza, uśmiechnęła się. - Romantyk z ciebie – rzekła – nie sądziłam, że jeszcze jakiś zachował się na tym świecie, jesteś wrażliwy i potrafisz w dosyć specyficzny sposób powiedzieć kobiecie, że jest piękna. Ciekawe, że wylądowałam tu właśnie z tobą. - A to dlaczego? - Większość mężczyzn to nieczuli, zadufani w sobie dranie, myślący tylko o sobie. W głębi duszy marzyłam o kimś… Urwała, popatrzyła na fale rozmarzonym wzrokiem. - Nie ważne – rzuciła – to wszystko, przez to miejsce. Piasek, plaża, ognisko, morze i my, we dwoje. Tak pewnie masz rację – powiedział mężczyzna – to miejsce tak na nas wpływa – odwrócił się na drugi bok – dobranoc – rzucił krótko i zamknął oczy. Następnego dnia postanowili przygotować sobie „obozowisko”, nie mogli w końcu bezczynnie czekać na pomoc tkwiąc całe dnie na plaży. Ustalili, że zbudują sobie szałas, który będzie stanowił ochronę przed złą pogodą i zwierzętami. Potrzebowali też paleniska, służącego nocą jako latarnia morska, usytuowanego tak, by płomień widać było z daleka. Jeszcze raz udali się do kryjówki przemytników, po to by zabrać wszystko, to, co może być przydatne. Nie wiele tam znaleźli, prócz rumu. Zaledwie kilka narzędzi: Złamany szpadel, pręt, scyzoryk z dwoma ostrzami, trochę świec i stary zardzewiały harpun dla nurków. Tak wyposażeni wrócili na plażę. Uznali, że ich obozowisko musi znajdować się blisko wody, tak, by mogli w porę zareagować, w razie jakby na horyzoncie pojawił się statek bądź samolot. Wyszukali odpowiednie miejsce, była to porośnięta trawą polana na niewysokim urwisku, z drzewem o rozłożystej koronie, rosnącym na samym środku odkrytego placu. Postanowili pościnać trochę palm, bambusów, i wybudować wśród konarów niewielki domek. - Jesteś pewien, że damy sobie z tym radę – zapytała dziewczyna. - Jak byłem mały, nie raz budowaliśmy z kolegami domki na drzewach – stwierdził mężczyzna – to proste. Kobieta przyglądała się z uwagą drzewu, Damian zerknął ukradkiem na nią. Przez cały dzień lustrował wzrokiem swoją towarzyszkę, kiedy tylko wiedział, że ona tego nie widzi. Parokrotnie ich spojrzenia się spotykały, ona wówczas wbijała spłoszona wzrok w ziemię a on zaczynał tempo rozglądać się na wszystkie strony. - Używaliście do tej budowy młotków i gwoździ? – Zapytała – bo chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że będzie o nie tu ciężko. - Na szczęście nie zawsze – uśmiechnął się tajemniczo. Wczesnym popołudniem wzięli się za realizację swoich planów. Naścinali trochę kijków bambusowych, nie było łatwo, ale znaleziony w kryjówce przemytników nóż okazał się do tego bardzo przydatny. Następnie potrzebowali kilka grubszych bali. Rosnące tuż przy brzegu palmy kokosowe wydawały się doskonałym budulcem. Kłopot polegał na tym, że nie posiadali siekiery, dlatego też Damian musiał męczyć się szpadlem. Uderzał jego ostrą krawędzią w nasadę pnia. Drewno okazało się niezwykle oporne, koło wieczora udało im się ledwie naciąć jedną palmę. - To nie ma sensu – wysapał zmęczony mężczyzna – w ten sposób nigdy go nie zetniemy. - Mam pomysł – powiedziała dziewczyna z szelmowskim uśmieszkiem – zaraz je przewrócimy. Weszła na drzewo, prawie pod same liście i zaczęła kołysać się. Pomysł okazał się dobry tylko