Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 1 godz. 2 min czytania

Dziewczyna marzeń (2)– Alkohol a dobre rady

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Minęło parę dni, Damian wrócił do pracy, koleżanki i koledzy zorganizowali mu huczne powitanie, mała impreza biurowa skończyła się o trzeciej nad ranem. W efekcie mężczyzna potrzebował jeszcze jednego dnia na „rekonwalescencję”. Później już była tylko praca, nowe projekty, które mu zlecono pochłaniały większość jego czasu, to też nie miał go zbyt wiele na zajmowanie się poszukiwaniami swojej wyśnionej partnerki. Wspomnienia ze śpiączki niemal zupełnie zostały zepchnięte na drugi plan, doszedł w końcu do wniosku, że wszystko, co pamiętał z wyspy było tylko i wyłącznie snem, pięknym, niezwykłym, niesamowicie realistycznym, ale niestety jedynie sennym pragnieniem. Czasem, kiedy kładł się spać, tuż przed zaśnięciem myślał o dziewczynie z plaży, pragnął tego, by była ona realna. Chciał ją jeszcze raz ujrzeć i łudził się nadzieją, że może ją spotka we śnie. Myśl ta sprawiała, że łatwiej było mu za-snąć. Wreszcie pewnej nocy jego marzenie się ziściło. Ocknął się będąc na plaży, stał przodem do morza obserwował fale. rozejrzał się wokół, to była „jego”, a może raczej „ich” wyspa, rozpoznawał drzewa krzaki, palmy, sterczące przy wydmie. Wszystko wyglądało niemal tak samo, jednak coś się zmieniło, zupełnie, jakby patrzył przez przyciemnione, lekko rozmyte szkła okularów przeciw-słonecznych. Ruszył pędem, ku obozowisku, które zbudowali podczas ostatniego pobytu. Wpadł zdyszany na polanę, wszystko było dokładnie tak, jak wówczas, kiedy opuszczał rajską wyspę. Rozpalone ognisko, na palenisku obłożonym kamieniami wciąż iskrzyło na dopalającym się drewnie, w trawie poniewierała się opróżniona butelka rumu. - Jesteś tu – usłyszał znajomy głos – czy tylko mi się przewidziałeś? Obejrzał się gwałtownie, dziewczyna stała tuż za nim, miała na sobie ten sam niebieski kostium, w którym widział ją poprzednio. - Jestem – odpowiedział, podszedł do niej i wziął w ramiona – ty jesteś prawdziwa – wyszeptał. - Tak jak najbardziej – uśmiechnęła się, delikatnie przeczesała palcami jego włosy – to miejsce jest jedynie snem. zbudowaliśmy tę wyspę w naszej wyobraźni. Stworzyliśmy tę krainę fantazji razem, we dwoje dla tego, że jesteśmy ludźmi, prawdziwymi z krwi i kości. Damian pocałował ją, kobieta odwzajemniła pocałunek. Usiedli na piasku. - Wiem że śpię – powiedział – nie chcę się znowu przebudzić. - Ja też tego nie chcę – popatrzyła mu w oczy – ale nic na to nie poradzi-my. - Czy możemy być razem – zapytał – w realnym świecie? - O niczym innym nie marzę – opuściła powieki – zawsze po przebudzeniu sprawdzam, czy przypadkiem nie ma cię przy mnie. Wciąż poszukuję ciebie, i nie gaśnie we mnie nadzieja, że w końcu cię odnajdę. - Ja też będę szukał – powiedział gładząc dłonią jej policzek – nie spocznę, póki nie spotkamy się twarzą w twarz. Przysięgam. Mężczyzna odgarnął włosy z ramienia kobiety i pocałował delikatnie jej szyję. - Powiedz jak się nazywasz – wyszeptał na ucho – będzie nam łatwiej znając swoje imiona. - Mam na imię – uśmiechnęła się. Damian widział jeszcze jak dziewczyna wypowiada słowa, lecz już ich nie usłyszał, zamiast jej aksamitnego głosu w jego uszach rozbrzmiewał natrętny dźwięk budzika, wiedział co się dzieje, przyszedł czas wstawać. Desperacko próbował odczytać z ruchu warg to co mówiła do niego dziewczyna, ale na nic to się zdało. Otworzył oczy, był w swoim mieszkaniu, budzik wciąż hałasował nieznośnie, za oknem słońce już raźno grzało, z zewnątrz dochodziły dźwięki rozbudzonego miasta. Mężczyzną podniósł się z łóżka, złapał budzik i z wściekłością cisnął nim o podłogę. Zegarek rozleciał się na kawałki, jego sygnał powoli ustał. Usiadł na brzegu posłania i skrył twarz w dłoniach. - Kurwa – warknął – minuta dłużej by wystarczyła. Jedna pieprzona mi-nuta. Zerwał się z łóżka, przez dziesięć minut krążył nerwowo po pokoju, myśląc o tym, co mu się przyśniło. W końcu zaczął szykować się do pracy. Nie mógł przestać o niej marzyć. W jego świadomości zakiełkowała myśl, że być może to coś więcej niż sen. Mimo, że wszelkie, logiczne przesłanki przeczyły temu, by można było nawiązać telepatyczny kontakt z drugą osobą poprzez senne marzenia i tak był przekonany, że rozmawiał z tą dziewczyną naprawdę. Tego dnia w biurze nie był w stanie skoncentrować się na pracy. Siedział przy swoim biurku, przed włączonym komputerem i rozłożonymi projektami. Ciągle wodził zamyślonym wzrokiem po otoczeniu, zerkając co chwila w okno. - Coś ty taki rozkojarzony – powiedział Zbyszek – już od godziny gapisz się tępo w to okno. Damian podniósł głowę, jego przyjaciel stał przed biurkiem i popijał kawę. Zbyszek zerknął przez ramię kolegi na biały zwitek papieru, który jego przyjaciel skrzętnie ukrywał pod dłonią. - Co ty tam bazgrolisz – zapytał. Damian odruchowo zakrył rękoma kartkę na której cały ranek odtwarzał ołówkiem twarz kobiety ze snu. - Pokaż – wyszczerzył zęby Zbyszek – no co tam masz? Damian odsłonił rysunek, to był portret, odtworzony w najdrobniejszych szczegółach wizerunek nieznajomej, wykonany z uczuciem i dbałością o każdy detal. Delikatnie pociągnięta kreska, odwzorowywała każdy szczegół anatomiczny twarzy, mistrzowskie cieniowanie, sprawiało, że jej oczy, czarne, błyszczące, nos, usta wyglądały ja żywe. - To ona – powiedział. - Ona? – Zdziwił się Zbyszek, dopiero po chwili załapał, kogo uwiecznił jego kolega – a, ONA… - Dzisiaj znowu ją widziałem. - Gdzie? - Potrzebny mi będzie nowy budzik… - A, rozumiem. - To znowu tylko sen, ale był dziwny, niezwykły – powiedział Damian bawiąc się ołówkiem – wszystko wokół było bajkowe, nierealne, tylko ona wy-dawała się być prawdziwa. Rozmawialiśmy, nie tak, jak we śnie, kiedy myśli się rwą słowa stają się bez sensu. Rozmawiałem z nią tak, jak teraz rozmawiam z tobą. - To ciekawe – skrzywił się Zbyszek – chore, nienormalne, głupie, mimo to niesamowite i pociągające. Chciałbym tak umieć rozmawiać z kobietami przez sen. - Słuchaj – Damian złapał kolegę za rękę – wiem jak to wygląda, że rozum, logika mówi coś zupełnie innego. Jednak intuicja mi podpowiada, że ona jest prawdziwa. - Zastanów się dobrze – Zbyszek zniżył głos – czy to rzeczywiście intuicja, czy tylko podświadome pragnienie – popatrzył na projekty, nad którymi tego dnia pracował Damian – wiesz co? Widzę, że dzisiaj i tak nic nie zrobisz. Mam do wysłania paczkę. Klient czeka na ważne dokumenty do podpisania. Zrobisz tak, za pół godziny się zmyjesz z biura, tak by zdążyć na ekspres do Po-znania przez Konin o czternastej trzydzieści osiem. Wyślesz paczkę do Konina na tę firmę – podał wizytówkę koledze – oddasz ją konduktorowi i spadaj do domu. Daj znać czy poszła. - No dobra – Damian wzruszył ramionami – spokojnie, załatwię tę sprawę dla ciebie. - Będę ci wdzięczny – rzekł przyjaciel – tak to musiałbym odrywać się od swojej roboty a wiesz jak tego nie lubię. Zbyszek dokończył kawę, odwrócił się na pięcie i ruszył do swojego Biur-ka. Damian poczekał aż jego kolega wróci do swoich zajęć, po czym przystąpił do dalszego rysowania portretu. Po kilkudziesięciu minutach siedział już w autobusie, jadącym w stronę dworca „Warszawa Centralna”. Nie nawiedził tłuc się komunikacją miejską, prawie zawsze panował na tej trasie tłok, w dodatku jechał linią zwykłą, pojazd zatrzymywał się dosłownie co trzysta metrów. Wlókł się tak wolno, że Damian zaczął zastanawiać się, czy może by nie po ścigać się z nim na piechotę. Miał dość komunikacji miejskiej, ale był na nią skazany, od czasu, kiedy to jego samochód zleciał z mostu i rozbił się o piaszczyste nadbrzeże. Ubezpieczyciel wciąż jeszcze rozpatrywał jego podanie o wypłacenie należności z tytułu polisy autocasco. Nie miał nawet co myśleć o zakupie nowego auta, póki nie otrzymał pieniędzy z ubezpieczenia. Na szczęście o tej porze nie było dużego tłoku na drogach, pojazd więc ja-koś przejechał przez rzekę i ruszył „Alejami Jerozolimskimi” na zachód. Wciąż Damian czół zimne dreszcze, przechodzące po plecach, ilekroć przejeżdżał mostem nad Wisłą. Wysiadł na przystanku, tuż przy zejściu do podziemi wiodących pod stary odrapany budynek Dworca Centralnego, po drugiej stronie drogi wznosił się dumnie majestatyczny hotel ze szkła i stali, po prawej znajdował się wielki, rozłożysty kompleks, z wysoką wierzą po środku nazwany Pałacem Kultury i Nauki. Mężczyzna zbiegł do podziemi, zapach jedzenia z fastfoodów uderzał zaraz przy schodach i roznosił się po całej dworcowej galerii, pełnej niewielkich sklepików, kiosków i mini barów, umiejscowionych w niszach ścian korytarza. W podziemiach jak zwykle panował duży tłok i harmider. Każdy przechodzień gdzieś pędził, nie zważając na innych, ludzi, na których trafiał po drodze. Jedynie przy kasach biletowych i peronach tworzył się tłum pasażerów, oczekujących na bilety bądź pociąg. Damian też się śpieszył, ruszył wprost przed siebie korytarzem, przechodzącym prostopadle nad torami, odnalazł właściwy peron i zjechał na dół ruchomymi schodami. Znalazł się na podziemnej stacji, jaskrawe światła jarzeniówek oświetlały wydrążony w ziemi korytarz i perony, przy których czekało już kilka pociągów, wyruszających we wszystkie strony. Był w samą porę ekspres właśnie wjeżdżał. Tłum na stacji skupił się już wzdłuż linii bezpieczeństwa czekając aż toporne wagony zatrzymają się we wskazanych przez spikera sekto-rach. Kiedy pociąg w końcu się zatrzymał mężczyzna zaczął poszukiwać konduktora włóczącego się gdzieś pomiędzy podróżnymi, wpychającymi się do wa-gonów. Tu i ówdzie odbywały się czułe pożegnania. Jakaś para nie mogła się oderwać od siebie, kobieta wyjeżdżała, mężczyzna najwyraźniej nie miał ochoty, ją puszczać. Trochę dalej rodzice żegnali swojego syna, zupełnie tak, jakby wyjeżdżał co najmniej na wojnę. Gdzie indziej małżeństwo z dwójką dzieci ściskało jakąś starszą parę, zapewne teściów. Damian w końcu namierzył mężczyznę w mundurze kolejarza, wskazującego dwóm nastolatkom wagon, którego numer miały wypisany na miejscówce. Przedostanie się do niego, między pasażerami wymagało trochę czasu. W końcu się udało. - Przepraszam – powiedział – dzień dobry. - Dobry – odparł konduktor, nawet nie patrząc na niego. - Chciałem wysłać przesyłkę. - Chwileczkę – rzekł kolejarz – widzi pan co tu się dzieje. Niech pan podejdzie no wagonu szóstego i poczeka tam na mnie. Damian posłuchał polecenia odnalazł sektor w którym zatrzymał się wskazany skład. Minęło kilka minut, aż w końcu pojawił się konduktor. - Proszę za mną – powiedział, wsiadając do pociągu. Udali się do przedziału, zarezerwowanego dla personelu, wewnątrz na jednym z siedzeń polegiwał inny jegomość w kolejarskim uniformie. Damian wręczył paczkę konduktorowi, ten odłożył ją na półkę, wyciągnął formularz, długopis i zaczął notować. - Dokąd jedzie? - Do Konina – oznajmił grafik Kolejarz wypisał jeden blankiecik i zabrał się za następną kartkę. Damian wyraźnie znudzony zaczął zerkać przez okno, miał doskonały widok na sąsiedni peron. Tam również stał jakiś ekspres, brak tłoku, na stacji wskazywał na to, że za chwilkę będzie odjeżdżał. - Dwadzieścia pięć złoty – powiedział konduktor. Grafik wręczył kolejarzowi wymienioną sumę. - Można prosić o fakturę? – powiedział. - Dam panu kwit – stwierdził pracownik kolei – po fakturę trzeba się zgłosić do działu obsługi na górze. Damian pokiwał głową na znak, że zrozumiał, wciąż obserwował pojedynczych pasażerów śpieszących się na pociąg, przy sąsiednim peronie. Nagle kątem oka spostrzegł kogoś wyglądającego znajomo. Młoda kobieta, właśnie ze-skoczyła z ruchomych schodów i biegła w kierunku najbliższych drzwi do wa-gonu. Ubrana była w zieloną jesionkę i taszczyła wielką torbę podróżną. Jej długie, ciemne, lekko kręcone włosy od razu przykuły jego uwagę. Nie widział jej twarzy, jednak w jej ruchach, gestach było coś znajomego. Natychmiast przy-kleił się do szyby. Dziewczyna obejrzała się, teraz dostrzegł jej śliczną buzię i ciemne brązowe oczy. To była ONA, kobieta, którą dotąd spotykał tylko we śnie, istniała naprawdę i była tuż obok. Zerwał się na równe nogi i wybiegł z przedziału. - Proszę pana kwit – zawołał kierownik pociągu, machając zapisanym świstkiem papieru. Damian go nie słuchał, przepchnął się pomiędzy stłoczonymi, jeszcze w przejściu pasażerami i wyskoczył z wagonu na peron. - Kwit! Obejrzał się, konduktor stał w oknie i machał kartką papieru. Grafik pod-biegł do niego i wyrwał zwitek. - Dziękuję! Zawołał i skoczył ku sąsiedniemu peronowi. Zobaczył jak nieznajoma wsiada do wagonu i znika w pociągu. Kierownik jej ekspresu właśnie zagwizdał, był to znak, że za chwilkę ruszą. Nie było czasu, na to by przejść po schodach górą. Damian wybrał krótszą, ryzykowniejszą drogę, przez tory. Dał susa na szyny, potem wdrapał się na górę i po chwili biegł już po pero-nie w stronę pociągu, do którego wsiadła nieznajoma. Dostrzegł ją w jednym z przedziałów, odstawiła walizkę na półkę bagażową i usiadła tuż przy oknie. Ekspres ruszył, mężczyzna biegł za nim machał rękoma i krzyczał jak oszalały. Udało mu się zwrócić jej uwagę popatrzyła w jego stronę. Na jej twarzy wymalowało się zaskoczenie, wciąż patrzyła na niego z nieopisanym zdziwieniem. Pociąg nabierał już prędkości Damian nie miał szansy by za nim nadążyć, na domiar złego napatoczyli się dwaj mundurowi ze służby ochrony kolei. Złapali go kiedy bezradnie gonił ekspres. - Dokąd panu się tak śpieszy – powiedział policjant – przełazić po torach – pokręcił głową – oj, nie ładnie. - O rzesz kurwa mać – mruknął grafik chwytając w płuca powietrze, patrzył z obłędem w oczach na odjeżdżający ekspres – pociąg – zawołał wskazując palcem znikające w tunelu wagony. - Nie panu pierwszemu i nie ostatniemu ucieka – spokojnie oznajmił „sokista” – co nie znaczy, że upoważnia to pana do przechodzenia, przez tory w niedozwolonym miejscu. Tak więc będzie mandacik. - Wy nic nie rozumiecie – parsknął – dziewczyna… - Niech zgadnę – powiedział jeden z mundurowych – tym pociągiem odje-chała matka pańskich dzieci – parsknął. - No, jeszcze nie teraz – mruknął Damian – ale może w przyszłości… - Nie wykręci się pan tak łatwo – westchnął policjant – zawsze chcecie się głupio „wyłgać”, ale nic z tego, będzie dwieście złoty. Chciał im wszystko wytłumaczyć, opowiedzieć o śpiączce, pięknej rajskiej plaży i nieznajomej z wyspy, w ostatniej chwili ugryzł się w język. Stwierdził, że wówczas może się skończyć gorzej, aniżeli tylko mandatem. Oczyma wyobraźni widział już jak w kaftanie bezpieczeństwa, sanitariusze prowadzą go do szpitala psychiatrycznego, bądź do izby wytrzeźwień. W końcu przestał się rzucać. - Niech pan pisze – machnął ręką. Kiedy policjant skończył, Damian zabrał mandat, wepchnął go do kieszeni płaszcza i ze spuszczoną głową wyszedł z peronu. Idąc tak podziemnym przej-ściem nie zawracał już uwagi na pędzących przechodniów, kilka razy wpadł na gnającego w stronę stacji podróżnego, ale i to nie było w stanie otrząsnąć go z zadumy. Wciąż zastanawiał się nad tym, czy przypadkiem nie stracił jednej jedynej szansy w życiu na to, by poznać tą, która była jego drugą połową. Przy-szło mu do głowy, że być może było im pisane spotkać się na tej stacji, a potem pozostać na zawsze razem, pomyślał, że chyba właśnie zaprzepaścił jedyną oka-zję, a drugiej miała nigdy się nie przydarzyć. Wszedł do biura detektywistycznego, w niewielkim salonie, przy biurku, zaopatrzonym w telefon i komputer siedziała starsza kobieta w okularach i granatowym żakiecie. Niemal całą jej uwagę pochłaniała rozmowa telefoniczna. Na monitorze Damian spostrzegł włączonego pasjansa, szybko domyślił się, że ta pani raczej się nie przepracowywała. Podszedł do niej. - Dzień dobry – powiedział – szukam pana Zawistowskiego. - W gabinecie – sekretarka wskazała właściwe wejście, nie odrywając słuchawki od ucha. Mężczyzna podszedł i zapukał, następnie otworzył drzwi. Nie tego się spodziewał, w środku. Biuro prywatnego detektywa zawsze kojarzyło mu się z ciemnym, dusznym, zadymionym pomieszczeniem, zaciągniętymi żaluzjami w oknach i wielkim wiatrakiem na biurku. A detektywa wyobrażał sobie jako podstarzałego, zarośniętego faceta w starym garniturze, kapeluszu z butelczyną Weesky i cygarem. Tym czasem zastał schludny, przestronny, dobrze urządzony gabinet, z dwoma sekretarzykami, przeszkloną biblioteką i klimatyzacją. Przy ścianie, naprzeciwko biurka ze szklanym blatem, był regał na telewizor i wierzę. Na krześle, przy parapecie siedział ogolony na łyso mężczyzna z czarną bródką w swetrze i dżinsach. - Dzień dobry – powiedział – proszę usiąść, w czym mogę pomóc? Damian klapnął na krzesło. - Chciałem odnaleźć pewną kobietę – powiedział nieśmiało – sprawa będzie trudna, ale słyszałem, że jest pan najlepszy w takich poszukiwaniach… Detektyw wyciągnął notes i długopis, zaczął coś zapisywać. Słysząc pochlebstwo napuszył się jak paw. - Proszę mówić dalej – rzekł bazgroląc coś na jednej z kartek. - Odjechała dzisiaj, popołudniu pociągiem „Eurocity” do Pragi – Damian wyciągnął z teczki swój rysunek i podał go mężczyźnie – tak wygląda. Detektyw obejrzał portret. - Nie ma pan żadnego zdjęcia – zapytał – ludziom łatwiej przychodzi ko-jarzenie poszukiwanych osób, kiedy jest fotografia. Natomiast to – wskazał szkic – może niewiele pomóc. - Nie, nie mam – pokręcił przecząco głową Damian – to jest jedyna jej podobizna jaką, dysponuję. Detektyw odłożył rysunek na biurko, wziął długopis i zapytał. - Jak ona się nazywa? Grafik głupawo się uśmiechnął. - Nie wiem – wzruszył ramionami. - To jak ma na imię? Damian wydął policzki, odetchnął głęboko. - Nie znam jej imienia, ani nazwiska – oznajmił – nie mam zielonego po-jęcia gdzie mieszka i czym się zajmuje. Na twarzy detektywa powoli zaczęło rysować się poirytowanie. - Tak więc reasumując – powiedział – chce pan, abym odnalazł kobietę, o której nic pan nie wie. No dobrze, w takim razie, niech chociaż pan powie, gdzie się spotkaliście. W tym momencie pojawił się problem, Damian oczywiście mógł opowiedzieć wszystko jak było, lecz to mogło niebywale skomplikować zadanie. Mógł też zataić wszystkie irracjonalne szczegóły wówczas detektyw też będzie miał ciężki orzech do zgryzienia. Przyszło mu do głowy, że jeżeli wyjawi wszystko co wie, to w jego zeznaniach Zawistowski, jako znakomity specjalista w swojej dziedzinie wyłapie wiele istotnych wskazówek. W końcu, po namyśle oznajmił: - Dobrze zacznę od początku: Spotkanie z detektywem skończyło się nadspodziewanie szybko. Mężczyzna złapał Damiana za ramię i wyprowadził z gabinetu. - Proszę pana – mruknął wzburzony – to poważna agencja detektywi-styczna, zajmujemy się prawdziwymi ludźmi, nie wymyślonymi. - Ale ja jej nie wymyśliłem – bełkotał Damian – tylko wy możecie ją od-naleźć, ponoć jesteście specjalistami… - Tak specjalistami – warknął Zawistowski – ale panu potrzebny jest „specjalista” w innej dziedzinie. Detektyw wyprowadził grafika na korytarz. - Przychodnia psychiatryczna jest dwa budynki dalej – powiedział – tam prędzej znajdzie pan pomoc, jakiej potrzebuje. Zawistowski zatrzasnął drzwi przed nosem Damianowi, ten nie wiedząc co zrobić jeszcze przez chwilę sterczał oszołomiony na korytarzy przed gabinetem, w końcu poprawił ubranie i wyszedł. Zbyszek nie mógł doczekać się na potwierdzenie, że paczka została wysłana. Damian długo nie dawał znaku życia. W końcu zniecierpliwiony Poniedzielski sam próbował się dodzwonić do przyjaciela wpierw na komórkę, ale ta była wyłączona. Na stacjonarnym też nikt nie odpowiadał. Ta głucha cisza zaczęła go niepokoić, postanowił udać się do kolegi osobiście. Po pracy zajechał do kamienicy, w której mieszkał Damian. Wbiegł po schodach i zatrzymał się przy drzwiach. Zaczął dzwonić, walić pięściami w drzwi. - Kto tam – warknął opryskliwie Damian. - To ja – zawołał Zbyszek – kurwa otwórz! Poniedzielski usłyszał kroki w mieszkaniu, po chwili zamek zgrzytnął w drzwiach stanął Damian. Jego wygląd był co najmniej niepokojący. Miał na sobie tylko szlafrok i spodnie, był potargany, miał przekrwione oczy, w ręce trzymał opróżnioną do połowy butelkę „Żołądkowej”. Cuchnął alkoholem jak bimbrownia. - Co ty wyprawiasz – warknął poirytowany Zbyszek – od paru godzin próbuję się do ciebie dodzwonić. - Przyszedłeś po fakturę – mruknął Damian – chodź. Weszli do mieszkania, to co Zbyszek tam zobaczył przeraziło go. W prawdzie jego przyjaciel nie był pedantem, ale bałagan, jaki panował wewnątrz z pewnością nie należał do normalnych. Wszystkie pomieszczenia wyglądały tak, jakby przeszło nimi tornado. Powywracane stoły, odsunięty regał, szuflady z ubraniami wybebeszone, kołdra i poduszki ciśnięte na środek pokoju. W dodatku wszędzie poniewierały się porysowane kartki papieru, na wszystkich był wizerunek jednej i tej samej kobiety. Co tu się dzieje – zapytał – wrzuciłeś tu granat, czy jak? Zbyszek podniósł z ziemi jeden z rysunków, był rysownikiem, więc umiał dostrzec pewne delikatne niuanse tworzenia portretu, nieistotne i niezauważalne dla kogoś, kto nie zajmował się na co dzień pracą plastyczną. W stworzenie każdego z tych szkiców, Damian musiał włożyć wiele serca, niesamowita dbałość o szczegóły, lekka, z wdziękiem ciągnięta kreska i cieniowanie. Wszystko to wskazywało, że kobieta, przedstawiona na rysunku musiała być kimś wyjątkowym dla jego przyjaciela. Damian zaczął przeszukiwać stertę papierzysk na swoim biurku kreślarskim, po chwili odnalazł fakturę. Podszedł do Zbyszka i podał mu pognieciony zwitek papieru. - Trzymaj – mruknął – sorry, że nie zadzwoniłem, ale wyleciało mi to z głowy. - No ciekawe czemu – popatrzył znacząco na butelkę alkoholu. - Chcesz trochę – Damian wyciągnął rękę z „Żołądkową” – bierz. - Całkiem zwariowałeś – westchnął Zbyszek – co to wszystko ma znaczyć? Damian przetoczył się do łóżko, usiadła na jego krawędzi, odstawił butelkę na nocną szafkę. - Widziałem ją – powiedział. - No wiem mówiłeś już, że znowu ci się przyśniła. - Nie – westchnął – nie przyśniła, widziałem ją dzisiaj na dworcu, wsiadła do pociągu i odjechała. Nie zdążyłem z nią porozmawiać. - Wiesz co – pokręcił głową Zbyszek – zaczynam poważnie martwić się o ciebie. Połóż się spać, pogadamy jutro, jak wytrzeźwiejesz. Następnego dnia Damian przechodził prawdziwe męki, głowa bolała go bardziej, aniżeli wówczas, kiedy budził się ze śpiączki, strasznie go suszyło i wciąż fasował żołądek. Siedział przy biurku, usiłując skupić się na pracy, szło mu wyjątkowo marnie. Fale gorąca i zimna na przemian przechodziły przez jego ciało, pot zalewał mu czoło. - Musimy pogadać – powiedział Zbyszek, mieszając łyżeczką kawę w kubku – to co ostatnio wyprawiasz zaczyna być przerażające. - No dalej – mruknął Damian – dokop mi jeszcze, zaraz i tak wykituję. - Czy ty wiesz jak wczoraj bredziłeś? Co w ogóle znaczyć miały te rysunki? - Bredziłem? - No – Zbyszek napił się kawy – opowiadałeś o tej dziewczynie, ponoć widziałeś ją na dworcu. - To akurat nie były brednie – wzruszył ramionami Damian – naprawdę ją widziałem, odjeżdżała pociągiem do Pragi. - Wiesz co – przyjaciel pokręcił głową – tobie potrzebny jest chyba dobry psychiatra. - Już wczoraj słyszałem tę radę – Damian otarł dłonią spocone czoło. - Tak? Od kogo? - Od prywatnego detektywa… Pamiętasz Krzyśka Rzewuskiego? Wspominał, że jego brat pracuje w policji i ma znajomego detektywa. - Byłeś w biurze detektywistycznym – parsknął Zbyszek – z tobą jest gorzej niż myślałem. I co on ci powiedział? - Odesłał mnie do kliniki psychiatrycznej. - To nie taki głupio pomysł… - Przestań żartować – jęknął Damian – głowa mi pęka, nie mam do tego nastroju. Uf już nigdy nie wezmę do ust tego świństwa, żadnego więcej alkoholu. Damian nie wytrwał długo w swoim postanowieniu, zaledwie do soboty. Piotrek zorganizował, niewielką popijawę. Od godziny ósmej panowie siedzieli u niego w mieszkaniu i wychylali raz za razem kolejne kieliszki wódki. Doktor mieszkał w niedużym domku na peryferiach miasta, do najbliższych zabudowań było dwa kilometry. Rodzice Piotrka jako pierwsi nabyli działkę dla syna przy nowo projektowanej ulicy, póki co był on jedynym mieszkańcem przy „Alei Lipowej”. Było to najlepsze miejsce w Warszawie do urządzenia całonocnych eskapad z głośną muzyką w tle, ponieważ nie było sąsiadów, którym hałas mógł przeszkadzać. Dom nie był wielki. Rozłożysty, parterowy budynek z garażem, wnętrze to przedpokój, do którego przylegały kuchnia, łazienka, sypialnia, pokój gościnny i niewielki salon. Po okolicy echo niosło głośne dudnienie, wydobywające się z kolumn, ze-stawu kina domowego. Mężczyźni siedzieli w salonie, na niewysokim stoliku poustawiane były szklaneczki, kieliszki, butelki z napojami i alkoholem w pół-miskach znajdowały się chipsy. Goście zasiedli na dwóch narożnych kanapach oraz fotelach. W przeciwległym rogu stała szafka na sprzęt grający i telewizor. Było ich czterech, prócz Damiana i Zbyszka przyszedł jeszcze Krzysiek, kolega Piotrka ze studiów. Był to nie wysoki, lekko łysiejący blondas z wydatnym nosem. Jako jedyny z całego towarzystwa nie należał już do stanu kawalerskiego. Żona trzymała go raczej krótko, tak więc impreza z „panienkami” w je-go przypadku nie wchodziła w grę. Piotrek z bólem zrezygnował z tradycyjne-go, sobotniego „wypadu na miasto”, by pogadać z przyjacielem o „starych, dobrych czasach”. Sobotnia zabawa zwykle polegała na włóczeniu się przez całą noc po warszawskich klubach, dyskotekach, i próbach (mniej, lub bardziej mizernych) poderwania jakichś niewiast. Tego wieczora jednak wszyscy czterej postanowili wytrzymać bez żeńskiego towarzystwa. Siedzieli więc przy stoliku, Zbyszek i Damian na kanapach, Piotrek z Krzyśkiem w fotelach rozprawiając o wszystkim tym, o czym nie mówiliby w „mieszanym towarzystwie”. Z kolumn wydobywała się głośna, dudniąca muzy-ka, szyby w oknach drgały niemiłosiernie od wibracji. Dochodziła dziesiąta tak więc każdy ze zgromadzonych miał już zaaplikowaną sporą dawkę alkoholu, to było widoczne w ich zachowaniu. - Polej – mruknął Piotrek do Damiana. Grafik podniósł się ze swojego miejsca, podszedł chwiejnie do stolika, z lekkim trudem przyszło mu namierzenie litrowej butelki „Sobieskiego”, była to już połowa sukcesu, kiedy mocno chwycił szyjkę, teraz mógł przystąpić do drugiej części operacji: Wcelowanie wielką butelką wódki, do małego pięćdziesięciomililitrowego kieliszka nie jest prostą sprawą zwłaszcza po tym jak wlało się już w siebie kilka takich porcji alkoholu. Damian wolno, lecz skrupulatnie nalał odpowiednią ilość trunku do naczynek, po czym zabrał swój kieliszek, szklaneczkę z sokiem pomarańczowym i wrócił na kanapę. Kiedy siadał rozlało mu się nieco napojów na podłogę. Z resztą podobne kłopoty przytrafiły się wszystkim kolejnym biesiadnikom, kiedy wykonywali ten sam manewr z zajęciem swojego miejsca. - No to zdrówko – Piotrek chwiejnie wzniósł kieliszek w górę, następnie wychylił jego zawartość. To samo uczynili wszyscy pozostali, wlali w siebie alkohol, potem popili napojem ze szklanki. - O czym to mówiłem – rzekł Piotrek – a, tak, już wiem: o tej „dupci” z położnictwa. Mówię wam słodka, a jaki tyłeczek – zachwalał – zaprosimy ją, niech weźmie jeszcze jakieś koleżanki i zrobi się prawdziwa imprezka. Było już po dziesiątej, zazwyczaj o tej porze Piotrek zaczynał narzekać na brak kobiecego towarzystwa. Było tak zawsze, kiedy zbierali się tylko w męskim gronie. - Oszalałeś – parsknął Damian – myślisz, że przyjedzie, wiesz która godzina? Temu panu – wskazał na lekarza – nie wolno już dawać wódki, bo jest bardziej pijany niż ja. - Obiecałem żonie – wtrącił Krzysiek – że nie będzie żadnych dziewczyn. - Obiecałeś, no i co z tego – Piotrek kołysał się jakby siedział w łódce, rozbujanej morskimi falami a nie w fotelu – a co myślisz, że cię sprawdzi? Krzysiek nie odpowiedział, jedynie odetchnął znacząco. - Żartujesz – parsknął Zbyszek – przyjechała by z drugiego końca miasta, tylko po to, żeby zobaczyć co robisz? - Nie no coś ty – skrzywił się Krzysiek – kocham ją, dałem jej słowo i nie chcę go łamać. - A widzisz – mruknął Piotrek do Damiana – tak właśnie się kończy miłość. Nawet się nie spostrzeżesz a tu już po tobie, wpierw tracisz wolę, potem zaczynasz się zmieniać w niewolnika twojej wybranki. Ani się obejrzysz kiedy przestaniesz być facetem, a staniesz się pantoflarzem z obrożą na szyi, trzymanym na krótkiej smyczy. - Przestań, bredzisz – machnął ręką jedyny żonaty w towarzystwie. - Widzisz Krzysiu, ty już zawsze będziesz skazany na swoją drugą połów-kę, a my nadal poszukujemy nowych pięknych tymczasowych znajomości – głupawo uśmiechnął się Piotrek – wciąż nowych doświadczeń erotycznych w towarzystwie łatwych i zawsze chętnych kobiet. Ty mój drogi postanowiłeś żyć w monogamii, a to jest wyjątkowo nienaturalny stan dla faceta. W życiu trzeba być jak macho, zdobywać, zaliczać i ruszać dalej, na kolejny podbój. - Idź, już zaczynasz pierdolić – parsknął Damian – powiedz, czy cię nie męczą, takie ciągłe poszukiwania. - Męczą? To jest jak narkotyk – stwierdził lekarz – facet ma instynkt drapieżnika, musi „polować” by być szczęśliwym. Powiedz, nie czujesz zewu natury, nie chcesz być prawdziwym, ociekającym testosteronem łowcą? Upatrywać ofiary oddzielać ją od stada, następnie przypuszczać atak, toczyć walkę i odnosić upragnione zwycięstwo. - Nie, nie chce mi się już być dłużej facetem, goniącym za nową zdobyczą – stwierdził lakonicznie Damian – chcę w końcu dorosnąć i stać się mężczyzną. - Przecież to, to samo – wtrącił Zbyszek. - Tak sądzisz? Bo ja to postrzegam inaczej. - No oświeć nas – rzekł Piotrek – facet to nie mężczyzna? - Facet, macho – powiedział Damian – to rodzaj niedojrzałego emocjonalnie samca, nie zdolnego do wyższych uczuć, używającego penisa zamiast mózgu. Samo słowo „facet” brzmi niepoważnie, to określenie dla takich, którzy uważają się za ósmy cud świata, robiących boga z własnego testosteronu. Mężczyzna to określenie w którym jest siła, ale i wrażliwość, współczucie. To określenie pasuje do dojrzałych, mądrych, a nie do wiecznych chłopców, uganiających się za dupciami. - Normalnie „pomnik z marmuru” – machnął ręką Zbyszek – czyli według ciebie mężczyzna to takie „ciepłe kluchy” chodząca świeca, bez skazy. - I kto tu pierdoli – stwierdził Piotrek – powiedz Damian, która kobieta chciała by taki chodzący ideał, baby szukają zupełnie czego innego, chcą mieć „chłopa” na którego będą sobie mogły ponarzekać, kiedy spotkają się z przyjaciółkami. One wcale nie szukają ideału męskości, bo za bardzo bawi je, ogląda-nie, jak facet się męczy, kiedy baba chce go zmienić w taki ideał. - No, Piotrek ma rację – wtrącił Zbyszek – kiedyś chodziłem z taką jedną Gosią, ona była zatwardziałą, wojującą feministkom. Zawsze powtarzała, że mężczyzna i kobieta, powinni być partnerami. Byłem przy niej czuły, wrażliwy i wyrozumiały, wspierałem ją we wszystkim, dzieląc się domowymi obowiązkami. Prałem, gotowałem, sprzątałem i wiecie co się stało? Uciekła z łysym na-pakowanym, wytatuowanym troglodytom. Zostawiła mi jedynie liścik, że nie tego szuka u swojego chłopaka. - No, bo baba czuje się źle, kiedy nie może ponarzekać na swojego chłopa – stwierdził Piotrek. - Prawda jest taka – rzekł Krzysiek – że kobiety same tak naprawdę nie wiedzą czego chcą, zakładanie stałego związku jest, jak przygotowanie do woj-ny, musisz poprowadzić pełen zwiad, by poznać sekrety przeciwnika, żeby…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%