Fantastyka · 53 min czytania
Dziewczyna z lustra
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Tak tak — tam w lustrze to niestety ja. — Republika
Która spośród nas prawdziwa jest? — Ewelina Flinta
1
Kiedy miała pięć lat, nie przywiązywała do tego większej wagi. To wtedy dzieci są najbardziej beztroskie i uroda to dla nich rzecz drugiej kategorii; co prawda pierwszy kontakt z innymi dziećmi nie należał do najprzychylniejszych, patrzyły na nią jak na dziwoląga, niektóre wzdrygały się na widok jej twarzy, jednak szybko przestało im to przeszkadzać i brzydka Ania, stała się po prostu Anią — bystrą, zawsze uśmiechniętą i niezwykle dowcipną Anią. Kiedy miała piętnaście lat i zaczęła baczniejszą uwagę zwracać na to, jak wygląda, stała się — nawet dla samej siebie — potworem. Czar prysł i nawet niewiadomo kiedy, bystrość zamieniła się we wstyd, a jej uśmiechnięta twarz przyodziała się w popiołową gorycz. Już nie była tą samą dziewczyną i nie mogła nią być, bo obok jednej blizny na jej twarzy, pojawiła się druga, ta gorsza i bardziej bolesna blizna w jej duszy, blizny tej nie dało się zamaskować i nie mogły jej skryć nawet mroki nocy. Gdziekolwiek, kiedykolwiek by się nie znalazła, zawsze będzie najpierw ta blizna, a dopiero później ona; ona z wiecznie pochyloną głową, ze spuszczonym wzrokiem. Bała się spoglądać ludziom w oczy, czuła ciężar ich spojrzenia, wyraźnie wyczuwała to, że nie patrzą na nią, ale na jej bliznę.
Siedziała na łóżku oparta plecami na pionowo postawionej poduszce. Miała dziewiętnaście lat i przez ostatnie dwa tygodnie o niczym innym nie myślała tak intensywnie jak o zbliżającej się studniówce; tej która miała być jej pierwszym balem, najbardziej pamiętnym, tym, który miała wspominać przez następne dziesięciolecia i do wspomnień o nim powracać przy każdym następnym balu. Miała to być najbardziej magiczna chwila w życiu licealistki, miała być spełnieniem trzyletnich oczekiwań, dla niej była jednak grozą zbliżającego się dnia. I wcale nie myślała o tym, że nie ma jeszcze sukienki, i nigdy nie będzie miała pięknej kreacji, o której marzy każda dziewczyna, nie zobaczy siebie w sukni, której mogliby jej pozazdrościć — nie myślała o tym, że jej ojca nie stać na takie suknie i na wróżkę z bajki też nie ma co liczyć — nie myślała o tym, że nie będzie obwieszona koralami ani nie włoży drogich butów na wysokim obcasie. To wszystko było bez znaczenia, jedynie istotny był fakt, że na tej studniówce będzie sama i nie poprowadzi jej w polonezie żaden chłopak i żaden chłopak nie usiądzie z nią przy osobnym stoliku, po to by spojrzeć jej w oczy i powiedzieć jak bardzo jest piękna, i do żadnej piersi nie przytuli głowy w wolnym tańcu. Będzie sama, tak jak przez całe życie, sama wśród tłumu, osamotniona w najszczęśliwszej chwili życia. A to wszystko dlatego że jest brzydka i żaden chłopak z nią tam nie pójdzie i jeszcze przez to, że ona żadnemu z nich tego nie proponowała, i wciąż z tym zwleka, bo boi się jego spojrzenia, spojrzenia, które nawet gdyby chciało inaczej to i tak będzie skupione w jednym miejscu. Sięgnęła dłonią na półkę skąd zdjęła Bramy Raju Andrzejewskiego. Otworzyła książkę mniej więcej w jej środku, tam gdzie włożone było, służące za zakładkę, zdjęcie młodego chłopaka ubranego w czarną skórzaną kurtkę, z długimi włosami upiętymi w kitę. Odłożyła książkę na prawy bok łóżka, a całą swoją uwagę, skupiając na trzymanym w obu dłoniach zdjęciu. Wzrok miała coraz bardziej rozmarzony. Delikatnie palcem wskazującym głaskała jego policzek. — Tak bardzo cię kocham — powiedziała, nim zamknęła oczy. Przez chwilę trwała w zupełnej pustce, skrywając cały świat za zasłoną powiek, która to zasłona skutecznie powstrzymywała wszelkie obrazy z zewnątrz, jednak kiedy z głośników popłynęła kolejna piosenka Tanity Tikaram, tym razem end "I thing of you" nawet kurtyna jej oczu nie powstrzymała tego, że chłopak ze zdjęcia znów stanął jej przed oczyma. — Kocham cię… — mówiła szeptem, ale każde następne słowo wypowiadała z coraz większą rozpaczą w głosie. — Kocham cię… Kocham cię… Kocham… Ja też cię kocham — odrzekł. Otworzyła oczy. Chłopak ze zdjęcia uśmiechnął się do niej. Kocham cię — powtórzył. — Nie wierzysz mi? — Chciałabym wierzyć, Boże tak bardzo chciałabym wierzyć. Chłopak poruszył głową. Spojrzał w stronę taki kart leżących na stoliku koło łóżka. Weź je i sprawdź. Sprawdź tak jak zawsze to robiłaś.
Część 22 / 2
Rozłożyła karty na tapczanie, dzieląc je mniej więcej na dwie równe kupki. Jeszcze raz szybko spojrzała na zdjęcie Damiana i przetasowała karty ze sprawnością zawodowego krupiera. — Jeśli wyciągnę czerwoną, to znaczy, że pójdzie ze mną na tę studniówkę. Przełożyła karty i odwróciła tę znajdującą się na samym wierzchu. As karo. Uśmiechnęła się do zdjęcia; wiedziała, że to głupie, ale czuła wewnętrzną radość tak, jakby naprawdę zgodził się na jej propozycję. Ponownie przetasowała karty. — Jeśli wypadnie czerwona, to znaczy, że czasem o mnie myśli. Przełożyła i wyciągnęła damę karo. Przez chwilę jakby nie dowierzała własnym oczom, w końcu jednak odetchnęła z ulgą, a następnie przesłała pocałunek w stronę fotografii. — Kocham cię — powiedziała raz jeszcze, a przetasowawszy karty dodała: — Jeśli wypadnie czerwona, to znaczy, że mnie lubisz bardziej niż inne dziewczyny… Trójka karo. Przez dłuższy czas wpatrywała się w wyciągniętą kartę i czuła się przy tym tak, jakby właśnie jej ukochany uklęknął przed nią i prosił ją o rękę, a ona z radości nawet nie potrafiła mu odpowiedzieć: „tak”. Odgarnęła włosy za ucho. — Jeszcze tylko raz — powiedziała do fotografii i przetasowała karty. — Jeśli wypadnie czerwona, to znaczy, że mnie kocha, przynajmniej w połowie tak jak ja kocham jego. Przełożyła karty. Przyłożyła dłoń do pierwszej z brzegu. Zamknęła oczy. Serce stukało jej jak oszalałe. Odsłoniła kartę. Oczy jednak nadal miała zamknięte, a w myślach nieustannie powtarzała: Proszę, żeby mi powiedział, że mnie kocha; żeby mi to powiedział… Otworzyła oczy. Zamarła zupełnie, jakby w jednej chwili zawaliły się jej wszystkie marzenia, jakby wszystkie oczekiwania legły w gruzach, a wszystko co do tej pory się koło niej działo to tylko bezsensowne złudzenia. As trefl. Przeklęty as trefl! Urósł w jej oczach do takich rozmiarów, że wypełnił całą widzianą przez nią przestrzeń. Odsłoniła kolejną kartę. Siódemka trefl. Następna: król trefl, piątka pik, dziewiątka trefl, dwójka pik, dama pik… Jednym szerokim ruchem rąk zrzuciła wszystkie karty z tapczanu; rozsypały się na całej podłodze nie oszczędzając ani jednego jej skrawka. — To nieprawda! — krzyknęła. — Nie wierzę w te bzdury. Spojrzała na karty leżące na podłodze; te które były odwrócone wierzchem do góry, zdawały się śmieć złowrogo, swymi czarnymi uśmiechami. Wtedy z jej oczu, jednym ciurkiem pociekły łzy. Chłopak z fotografii już nie mówił nic. Zamarł ze swym ironicznym uśmiechem na twarzy, jakby szydził z dziewczyny, która mu się cały czas przyglądała.
2
Stanęła przed eliptycznym lustrem, oprawionym w dębowe, pomalowane bejcą ramo. "Popatrz na mnie" — Nie. "No dalej! Popatrz!" Zasłoniła twarz dłońmi. Cofnęła się o parę kroków, na tyle, na ile pozwalała jej na to szerokość korytarza. Boże co się ze mną dzieje? — nie była nawet pewna tego czy wypowiedziała te słowa, czy tylko o nich pomyślała. To było jak sen, najbardziej surrealistyczny sen w jej życiu. Zaraz się obudzi w swoim łóżku, zobaczy nad sobą odbijające się na suficie, światło latarni z naprzeciwka; usłyszy ciche tykanie zegara. Poczuje, że jest cała spocona i oddycha nierównym, intensywnym oddechem; będzie leżała na łóżku tak rozburdanym, jakby właśnie przeszło przez nie tornado i jeszcze przez chwilę nie będzie mogła uwierzyć, w to, że to był tylko sen. Jednak w końcu się o tym przekona i uspokoi się. I serce przestanie jej walić tak, jakby w ciągu zaledwie kilku minut chciało wyrobić roczną normę swej pracy. To się nie dzieje naprawdę, to się nie może dziać naprawdę, chyba że już zupełnie zwariowała. "Aniu — głos z lustra już nie brzmiał rozkazującym tonem — To takie proste. Przecież chcesz to zrobić, prawda?" Powoli odsunęła dłonie z twarzy. Oczy jednak nadal miała zamknięte, a głowę opuszczoną tak, że brodą niemal dotykała piersi. Jej długie włosy swobodnie opadały, kryjąc za swą gęstą warstwą, znaczną część jej twarzy. "Pomóż sobie." Podniosła głowę. Była ciężka, dużo cięższa niż zazwyczaj, zupełnie tak jakby znajdował się w niej skład złomu. Powieki uchyliła chwilę później. Nie wierzę w to — pomyślała — to się nie dzieje naprawdę. Dziewczyna w lustrze wyglądała tak samo jak ona. Miała te same rude, rozrzucone w nieładzie włosy, te same niebieskie oczy, nawet ubrana była w tę samą różową koszulę. Dziewczyna z lustra milczała, stała wyprostowana i tak jak jej pierwowzór, oczekiwała, że ta druga zareaguje pierwsza. W tym lustrze to była ta sama Ania, ta, która jeszcze przed chwilą myślała, że zwariowała i która pragnęła się obudzić z tego koszmaru. Ta sama Ania; Ania-potwór, z tą samą okropną blizną na prawym policzku. Odetchnęła z ulgą. To jednak nie działo się naprawdę. "Spójrz na mnie." Ponownie drgnęła. Dziewczyna w lustrze zmieniła wyraz twarzy. Przypominała okrutną królową, której jedynie słuszna wola musi być natychmiastowo spełniona. — Przecież patrzyłam! — wykrzyknęła. Mocno zacisnęła dłonie na skroni. "Nie patrzyłaś na mnie!" — To nieprawda! "Prawda! I dobrze o tym wiesz. Patrzyłaś nie na mnie, ale na tę bliznę; na tę przeklętą bliznę oprawioną w moje ciało. Teraz chcę, żebyś spojrzała na mnie." Dziewczyna raz jeszcze spojrzała w lustro. I niczym wzburzona fala oceanu uderzyły w nią uczucia niepewności i strachu. Niedowierzała własnym oczom, to już nie było drobne przewidzenie, z całą pewnością widziała to teraz w rzeczywistości. Podeszła bliżej nie odrywając wzroku od twarzy odbijającej się w śliskiej szklanej powierzchni lustra. Nie, nie odbijającej się, to przecież nie była jej twarz, to była twarz zupełnie innej dziewczyny. Odgarnęła włosy za ucho. Teraz już nawet nie szła; wydawało jej się, że jest niesiona, jakby bez udziału jej własnej woli. Tymczasem dziewczyna w lustrze cały czas stała nieruchomo, nie mrugnęła nawet powieką i dopiero kiedy Ania znalazła się dostatecznie blisko, dopiero wtedy uśmiechnęła się do niej jedną połową ust, jednocześnie kierując wzrok, w stronę zgaszonej lampki stojącej bezczynnie na komodzie pod lustrem. Ani serce niemal zamarło, kiedy żarówka się zaświeciła. To niemożliwe! Przecież nawet jej nie dotknęła włącznika. Metalowe ramię lampki, zaczęło się unosić, kierując, światło żarówki wprost na twarz Ani i choć żarówka świeciła coraz jaśniej, to jej blask nie był oślepiający, rozjaśnił jedynie oblicze dziewczyny w miejscu, gdzie miała bliznę. O ile w ogóle jeszcze ją miała, teraz nawet sam fakt jej istnienia należałoby poddać w wątpliwość. Dziewczyna w lustrze tylko pozornie była jej odbiciem. Była ubrana w czarną, wieczorową suknie, bez ramiączek. Jej włosy były upięte na szczycie głowy, w uszach miała złote kolczyki. Ale to nie wszystko. Ania niczym marionetka na sznurkach, którą ktoś wprawia w ruch podniosła rękę i wyprostowała ramię w stronę lustra. Powoli i niepewnie zaczęła zbliżać dłoń do jego powierzchni. Drżące palce już niemal dotykały twarzy dziewczyny; na chwile jednak zawisły nieruchomo, jakby Ania podświadomie obawiała się tego kontaktu, w końcu jednak dotknęła policzka dziewczyny. I niemal w tym samym ułamku sekundy, wyszarpnęła rękę, tak jakby dotknęła rozgrzanego do czerwoności żelaza, a nie zimnej powierzchni lustra. Ale przecież nie dotknęła lustra i to było w tym wszystkim najdziwniejsze, to nie lustro znalazło się pod jej palcami, ale jej własny policzek i to właśnie na nim poczuła ten dotyk. "Nie bój się — powiedziała dziewczyna z lustra — Dotknij mnie — jej głos zmienił się w szept, stały, rytmiczny szept; czuły, uspokajający, ale i hipnotyczny szept — dotknij mnie… dotknij mnie… dotknij mnie…" Ania zrobiła to jeszcze raz, tym razem śmielej; wiedziała przecież czego się ma spodziewać. Delikatnie zaczęła głaskać jej (swój) policzek. Był miękki, gładki, pozbawiony fałd i zaczerwienień. Był najprzyjemniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek dotykała, a dotykała go coraz śmielej, w końcu dotknęła go całą dłonią, a dziewczyna w lustrze, jakby zadowolona z tego faktu oparła twarz na jej ręce. Zamknęła oczy. Drzwi się otworzyły. Lampa zgasła, a jej ramię ponownie opadło. Dziewczyna w lustrze znikła, pozostało w nim jedynie odbicie tej rzeczywistej Ani, tej, której dłoń stykała się na powierzchni zwierciadła z bliźniaczą dłonią w lustrze. — Jeszcze nie śpisz? — Zapytał jej ojciec, który jeszcze trząsł się z zimna. Głowę i płaszcz pełną miał wielkich, bezkształtnych płatków śniegu, wyglądał tak, jakby niebo obsypało go milionem konfetti. Ściągnął płaszcz i zawiesił go na drewnianym wieszaku przybitym do ściany. Przegarnął dłońmi po włosach, śnieg topniał pod nimi z każdym ich ruchem. Ania wciąż, jak oderwana od rzeczywistości, przyglądała się swojemu odbiciu i powoli, naprawdę powoli, zaczęła odzyskiwać świadomość. — Coś nie tak z tym lustrem? — zapytał, powoli zaczynając się niepokoić. — Nie. Wszystko w porządku — oderwała od niego spojrzenie, kierując je teraz na ojca. Chciała to jakoś ukryć, ale nie udało się, zobaczył, że jej oczy są mokre i gotowe do wylewania łez. — Po prostu się zabrudziło — kontynuowała — Ale już starłam plamę. Jeszcze raz zerknęła w tamtą stronę. Miała nadzieję; cichą, skromną nadzieję, skrywaną nawet przed samą sobą, że to jej piękniejsze ja znów pojawi się w lustrze. Wstrzymała oddech, ale na próżno. W lustrze była tylko ona sama. Ani piękniejsza ani bardziej uśmiechnięta, lecz tylko ona, zwykła codzienna Ania z całą swoją brzydotą. Ponownie spojrzała na ojca. — Zrobić ci kolację? — Nie, nie jestem głodny. Napiję się herbaty i idę spać. — Usiadł na taborecie i zaczął zdejmować buty. — W takim razie pójdę do siebie. Jutro mam sprawdzian z fizyki, chciałabym się wyspać. — Przerzuciła ręce za siebie, stała teraz przed nim jak dziewczynka na szkolnej akademii. Mężczyzna odłożył buty na półkę. Rozejrzał się w poszukiwaniu kapci, nigdzie ich jednak nie dostrzegając. Obracał się wokoło siebie jak wprawiony w ruch bąk, pozostawiając na podłodze mokre ślady. Skarpetki miał kompletnie przemoczone. — Powinieneś je zdjąć, zanim się na dobre przeziębisz. — Powiedziała przyglądając się jego stopą. — Nie przejmuj się mną. Takich jak ja się nawet przeziębienie nie ima — wyrzekł to z lekkim uśmiechem. Podszedł do niej; objął ją ramieniem i poprowadził w stronę schodów. Ich krótki spacer skończył się niecałe dwa metry dalej, przy drzwiach do kuchni. Tam ucałował ją w czoło. — Nie kochanie, tu się nasze drogi rozstają. — Nie żartuj — odrzekła również się uśmiechając. — Ja nie żartuję. Rozstania są zawsze tragiczne, a nie śmieszne. I pomimo że ja też uważam naszą przyszłość za okrutną, to jednak musimy stawić jej czoła: ja do kuchni, a ty do pokoju. Pamiętaj, że masz jutro sprawdzian. Palcem wskazującym nacisnął czubek jej nosa, raz jeszcze ucałował jej czoło i dając jej klapsa w tyłek, popędził ją, by poszła już do siebie.
3
Bycie i ojcem i matką dla dziewiętnastoletniej dziewczyny to nie była rzecz łatwa i Jakub zawalał sprawę zarówno na jednym jak i na drugim froncie. Wiedział wszakże, że byłoby mu o wiele łatwiej, gdyby Ania była chłopcem. Mógłby z nią (z nim) po prostu usiąść, wypić puszkę piwa; pomilczeliby wzajemnie przez pół godziny, a następnie razem wygadaliby się. Byłoby mu o wiele łatwiej, ale przecież nie o to chodziło. Nie chodziło tu niego; miał czterdzieści siedem lat, przeżył już wiele, choć nigdy nie twierdził, że wszystko. Wyczerpał już limit szczęścia i cierpienia, o ile ktoś na to drugie łaskawie ustalił jakiś limit. Pozostawało mu jedynie przeżyć następne trzydzieści lat; trzydzieści lat i to wszystko cały ludzki wysiłek stanie się pokarmem dla robali. Trzydzieści lat, a jeśli nie rzuci palenia to jeszcze mniej. Nie sobą się powinien przejmować i dopiero dzisiaj to zrozumiał. Udawał do tej pory, że wszystko jest w porządku i jego córka nie ma najmniejszych problemów. Przecież to dziecko idealne. Ile razy to sobie z dumą powtarzałeś? Nawet nie jesteś sobie w stanie tego dobrze uzmysłowić. A przecież to także i twoja zasługa. Nie pora na fałszywą skromność, więc może przyznaj, że udało ci się ją wychować tak jak należy. Co prawda jej pokój przypominał obraz klęski po przejściu żywiołów, ale przecież utrzymuje porządek w całej reszcie domu i zmywa naczynia, a nawet pierze twoje brudne gacie, bo ty nigdy nie możesz sobie znaleźć na to czasu. Nie pije, nie pali; nie pyskuje i starszych szanuje — czego jeszcze mógłbyś oczekiwać? Lepszych stopni w szkole? Czy oby nie przesadzasz? Ty w jej wieku miast siedzieć nad zeszytami kombinowałeś jak tu zaliczyć pół tuzina przedmiotów i jakimś bożym cudem, przebrnąć do następnej klasy. Ona tymczasem rozpaczała mając, dwie czwórki na świadectwie; ona wygrała konkurs recytatorski i zdeklasowała rywali w konkursie wiedzy o mitologii greckiej i rzymskiej; ona zajęła drugie miejsce w olimpiadzie matematycznej, a to tylko dlatego, że jakiś kujon o rok od niej starszy rozwiązał o jedno zadanie więcej. Więc przyznaj wreszcie czego byś jeszcze chciał od niej. Albo dla niej — bo to chyba lepsze określenie. Chciałbyś, żeby była ładna, żeby nie miała tej cholernej blizny na twarzy? Nie chcesz tego powiedzieć głośno i nie mówisz, bo umiesz kontrolować język, ale nie umiesz kontrolować myśli i one cię nachodzą wbrew tobie samemu. Tylko że w tym wszystkim zapomniałeś o jednym, zapomniałeś o niej i o tym jak ona się z tym czuje. Gdyby nie była dziewczyną, byłoby jej o wiele łatwiej; chłopak nie musi być idealnie piękny, ale ona nie jest chłopakiem, jest dziewczyną, a dla dziewczyny brzydota to tragedia, a ty przez cały czas o tym nie myślałeś, bo nie musiałeś myśleć. Dla ciebie zawsze będzie tą samą Anią którą znasz i dla ciebie nie ma najmniejszego znaczenia jej wygląd. I dla ciebie nadal jest małym dzieckiem, które to dziecko zbyt szybko dorosło, a do ciebie dotarło to dopiero teraz, kiedy zobaczyłeś ją, prawie zapłakaną, stojącą przed lustrem. I musiałeś w jednej chwili zrozumieć, że minęło dziewiętnaście lat i Ania już nie interesuje się lalkami, które pewnie leżą zakurzone gdzieś na strychu, i teraz interesują ją chłopcy i to zupełnie normalne w jej wieku i może się nawet zakochała i to też jest normalne, w końcu, kiedy miałaby kochać jeśli nie teraz? I tylko ta blizna była w niej nienormalna, a ty nie umiesz sobie wyobrazić jak bardzo jej z tym źle i jak cierpi za każdym razem, kiedy zagląda w lusterko. A ty musisz bezczynnie stać i patrzeć na jej skrywany smutek i nie możesz zrobić nic. To jest twoja klęska i to cię najbardziej boli. Stanął przed drzwiami jej pokoju i ostrożnie, żeby nie narobić zbędnego hałasu uchylił drzwi. Ania nie spała. Nocna lampka stojąca na niewielkim stoliku, świeciła jasno. Dziewczyna siedziała na tapczanie, w połowie okryta kołdrą. W dłoniach trzymała otwartą książkę (Bramy raju) i kiedy jej ojciec uchylił drzwi, wchodząc do środka, dziewczyna szybko zamknęła książkę, niemal z głośnym trzaskiem. — Przepraszam, powinienem zapukać — powiedział zakłopotany (nadal nie traktuję jej jak dorosłej, nadal nie pukam wchodząc tutaj). Wszedł głębiej. — Miałem nadzieję, że jeszcze nie śpisz. — Ręka, którą od momentu przekroczenia progu, trzymał za plecami, teraz odsłoniła przed oczyma Ani, trzymany w nich pakunek. — Chciałem ci to dać dopiero dzień przed studniówką, ale w końcu pomyślałem, że po co zwlekać. Już miała zapytać co to takiego i to była jedyna rzecz jaką planowała z siebie wydobyć, jednak koniec końców wydało jej się to zbyt oczywiste by pytać i tylko słowo: „sukienka?” zabrzmiało bardziej jako pytanie niż twierdzenie, nawet to wyraźnie zawierające w sobie zdziwienie. Wyciągnęła po nią rękę i już przymierzała się do otwarcia pudełka. — Zaczekaj chwilę — powiedział, usiadł na skraju łóżka. — Jeszcze zdążysz ją obejrzeć. Odłożyła pudełko. — Chcesz mi coś powiedzieć, prawda? — Nic szczególnego — rozejrzał się wokoło po całym pokoju. — Po prostu chciałem zapytać, tak jak ojciec pyta córkę, co u ciebie? Czy masz już kawalera, z którym idziesz na studniówkę? — Spojrzał na nią spod uniesionych brwi, nie spodziewał się odpowiedzi, ale był szczerze zadowolony, kiedy przytaknęła głową. — Przystojny? — dodał. — Tato? — No dobrze, o nic już nie pytam. — Przystojny — powiedziała; wiedziała, że musi odpowiedzieć, bo inaczej nie da jej spokoju, choćby i nawet miał tu siedzieć do samego rana. A potem spuściła wzrok i on też uczynił podobnie i chociaż bardzo chciał z nią porozmawiać, to jednak żaden temat nie przychodził mu do głowy. To straszne, kiedy człowiek nie wie o czym pomówić z własnym dzieckiem. — Zostawię cię już samą — uśmiechnął się połowicznie, po czym wstał i skierował krok w stronę drzwi. — Tato, zaczekaj — wahała się przez chwilę czy rozpocząć tę rozmowę, klamka jednak zapadła i skoro rozpoczęła, to niech już się potoczy dalej; wciąż jednak pozostawało jej zadać to pytanie, które ich oboje mogło krępować w takim samym stopniu. — Możesz mi powiedzieć coś o miłości? Jakub zatrzymał się i odwrócił w jej stronę. — A co konkretnie chcesz wiedzieć? — Chyba sama tego nie wiem. Cokolwiek, coś co choć trochę pozwoli mi ją zrozumieć. — Wiesz co mój ojciec mówił mi o miłości? — Powoli podszedł do jej łóżka i delikatnie usiadł na jego samym skraju, zawsze w tym samym miejscu, w którym siadał rozmawiając z nią w tym miejscu. — Powiedział mi kiedyś, że miłość ma się w życiu tylko jedną, a wszystkie inne to tylko bezcelowe próby jej zagłuszenia. — W takim razie jak rozpoznać, która jest tą prawdziwą? — Wydaje mi się, że tego wiedzieć nie można i należy zaufać temu, że ta której się poświęcamy jest właśnie tą prawdziwą. Mój ojciec natomiast mawiał, że człowiek rozpoznaje tę prawdziwą dopiero wtedy, kiedy jest już za późno by cokolwiek w swoim życiu zmienić. — Czy dziadek?… — Czy kochał moją matkę? Ania przytaknęła głową. — Kiedy byłem dzieckiem, myślałem, że tak jest. Później, kiedy już trochę podrosłem, pozostawała mi jedynie nadzieja, że tak w rzeczywistości jest, w końcu jednak musiałem zrozumieć, że on nie był zdolny do kochania, że tak naprawdę nienawidzi kobiet i ja też go znienawidziłem za to, że zniszczył mojej matce życie i nienawidziłem go za każdą jej łzę. Prawda jednak była taka, że on przez całe życie kochał jedna kobietę i nie była nią moja matka. Z matką łączyły go wspólnie przeżyte lata, wspomnienia, lata wojny i kilka chwil, które warto było zapamiętać i te o których należało by zapomnieć, ale to było wszystko co ich łączyło. To dużo, może to nawet ważniejsze od najbardziej namiętnej miłości, ale to wszystko co mógł jej dawać przez te lata: wspólne doświadczenia i parę wspomnień, a pośród tego wszystkiego miłość do zupełnie innej kobiety. Próbowałem go wtedy zrozumieć i chyba po kilku latach udało mi się to; dziś go rozumiem, ale nie potrafię mu wybaczyć. Ania milczała; nie wiedziała co powiedzieć. — Mogę cię jeszcze o coś zapytać? — O co tylko chcesz. Najwyżej ci nie odpowiem. — Uśmiechnął się nieznacznie. Dziewczyna uniosła spojrzenie. Teraz patrzyła mu prosto w oczy. — Masz żal do mamy? — Żal? — Powtórzył za nią, jakby nie bardzo rozumiał pytanie, ale przecież w gruncie rzeczy rozumiał je doskonale. Nie wiedział tylko co jej odpowiedzieć? Czy rzeczywiście miał powiedzieć to wprost: Tak mam żal do niej, mam żal jak jasna cholera! Mam żal o to, że nigdy nie byłem dla niej ważny, że dla tej egoistki ważna była tylko ona sama i jej własne potrzeby. Mam żal o to, że traktowała mnie jak śmiecia, jak niepotrzebny dodatek do jej życia, jak przeszkodę dla jej własnych planów. Mam żal o to, że związała się ze mną i myślała, że jej życie dzięki temu stanie się usłane różami, i mam żal, bo gdy przekonała się, że nie mogę spełnić każdego jej pragnienia, pomimo że wypruwałem sobie żyły dla niej, a ona w zamian obwiniała mnie za każde swoje niepowodzenie, po to by usłyszeć jakim jestem nieudacznikiem, jak bardzo nie jestem wart, żeby z nią być. Czy mam o to żal? Oczywiście, że mam. I mam żal o to, że upijała się coraz częściej i pewnego dnia wznieciła ogień niedopałkiem papierosa i była zbyt pijana, by ci pomóc i to przez nią właśnie, masz tę bliznę na twarzy i na plecach. Dlaczego więc mam nie mieć do niej żalu? Może ty mi to powiesz? Może potrafisz na to spojrzeć z dystansu i powiedzieć mi, że nie mam powodów, by mieć do niej żal? I że to nie z nią, ale ze mną jest coś nie tak; może to do siebie powinienem mieć żal, za te wszystkie lata i za ten jeden przeklęty dzień, w którym się pokłóciliśmy i kiedy to już nie wytrzymałem i ją uderzyłem; ten jeden jedyny raz w życiu ją uderzyłem. I to może do siebie powinienem mieć żal? Może to ja zniszczyłem nasze małżeństwo? Może to moja wina, że któregoś dnia jej nie zastałem w domu; ty płakałaś na górze, w tym pokoju, a ja płakałem na dole, nad kuchennym stołem, nad tym samym, na którym zostawiła mi kartę z informacją, że już nie może być dłużej ze mną i że już dawno powinna to zrobić, i żebym jej nie szukał, nie próbował wszystkiego naprawiać, bo nasze wspólne życie było od samego początku jedną wielką pomyłką. Widzisz moja droga. Tylko tyle mi pozostało po tej głupiej suce; tylko ta nierówno utargana kartka i kilka koślawo wykreślonych na niej zdań. Dziesięć lat małżeństwa, miłość, przyjaźń, oddanie; wszystkie marzenia i cały ludzki trud — to wszystko przestało cokolwiek znaczyć; to czego nie zdołano opisać w tysiącach ksiąg, czego nie wyraziło setki poetów i filozofów, całe ludzkie życie, ta szmata ujęła w jednym słowie: „pomyłka”. I to wszystko co mi po niej pozostało. I czy mam mieć do jej żal? — Kochałem ją — powiedział. — I nadal ją kocham. To głupie wiem, nie musisz mi mówić. Nie musisz mi tego mówić i nie musisz mi współczuć. To jest bolesne, nawet bardzo i bolesny jest każdy wieczór i każda noc, kiedy nie mogę zasnąć i wydaje mi się, że już nigdy nie zasnę, bo tęsknota za nią, zabija każdy nadchodzący sen, nawet wtedy kiedy jestem bardzo zmęczony — ale tego już jej nie powiedział głośno. Ania milczała przez chwilę, a każdą tą chwilą atmosfera robiła się coraz bardziej smutna. — To znaczy, że mnie również czeka to samo?…