Akcja · 47 min czytania
Dziewięć Klaunów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
I
Słońce powoli zachodziło za horyzontem, wcześniej przysłonięte dachami budynków. Przyprawiający o mdłości smród odpadków podgrzewanych przez gorące promienie powoli rozpływał się w chłodnym, wieczornym powietrzu. Mimo to Jorhan czuł, że to tylko chwila spokoju. Noce w tych stronach są krótkie, a o tej porze roku słońce od początku swej wędrówki ze wschodu na zachód piecze, niczym zapalona świeca przyłożona do dłoni. Przed odorem miasta nie było ucieczki. Nawet na czwartym piętrze, na którym mieszkał, powyżej koron nielicznych drzew, powietrze przesiąknięte było najróżniejszymi zapachami zwykłej działalności człowieka: ekskrementów, odpadków żywności, rozkładających się szczurów i wielu innych rzeczy, których nie potrafiłby zidentyfikować nawet ktoś z węchem godnym psa-tropiciela. Mimo to, mieszkał w tym mieście razem z dwojgiem swoich dzieci. Mieszkałby również z żoną, gdyby nie uciekła, głupia. {i}„W tym chlewie nie da się żyć” – mówiła – „Wyjeżdżam stąd z tobą i dziećmi, albo bez!”{/i}. Na nic zdały się jego tłumaczenia, że czasy są ciężkie, że tu są bezpieczni, że to ich dom. {i}„Ty to zawsze wszystko wiesz!”{/i}. I stało się: po którejś kłótni wyjechała, zostawiając go z Framptem i Kaathe. Nie umiał jej przekonać do swojej racji, a wiedział, że to on ją ma. Musiał wiedzieć. To była jego praca – wiedzieć więcej niż inni. Podszedł do okna i wciągnął do płuc chłodne powietrze. Słońca nie było już widać i tylko pojedyncze promyki przebijały się przez dziurawe dachy. Spojrzał w dół na ulicę, gdzie jakiś chłopak zapalał lampy. Nagle usłyszał za sobą wołanie: „Tato! Tato!”. Drzwi z hukiem otworzyły się i do pokoju wpadł jego dziewięcioletni syn. Był zdyszany, widocznie pokonał schody na czwarte piętro w pełnym biegu. Podszedł do swojego ojca i wyciągnął dłoń, w której trzymał kopertę. {i}- To… d-do.. ciebie, T-tato{/i} – wyjęknął łapiąc oddech. Jorhan wziął od niego kopertę. Była koloru szarego, zwykła, niczym niewyróżniająca się, i dlatego właśnie Jorhan wiedział, kto jest nadawcą ukrytej w niej wiadomości. Jednak aby zachować pozory nieświadomości, zanim rozciął papier, zapytał syna: {i}- Kto ci to dał? {/i} -{i} Jakiś pan na ulicy {/i}– odpowiedział Frampt. Uspokoił już swój oddech, chociaż wciąż miał na czole kropelki potu – {i}Powiedział, żebym od razu pobiegł do ciebie. Kazał sobie przyrzec, a ja przyrzekłem, a on wtedy dał mi monetę i powiedział, że jestem dobrym dzieckiem. Popatrz!{/i} Chłopak z ekscytacją sięgnął do kieszeni i wyciągnął monetę szczerząc zęby. Jorhan poklepał go po głowie, kazał iść pobawić się z siostrą, a sam zabrał się za czytanie listu.
{i}{b}„Drogi Jorhanie, mam nadzieję, że nikt nie przejmie tego listu, bowiem nie mam czasu go szyfrować. Właśnie wróciłem i mam wieści. Nie jest dobrze. Mówiąc ściślej: jest gorzej niż myśleliśmy. Obawiam się, że tego nie da się już powstrzymać. Musimy się spotkać i przedyskutować nową sytuację. Dzisiejszej nocy w mieście będzie występować wędrowna trupa klaunów. Przyciągają sporą widownie, więc nikt nas nie podsłucha. Możesz wziąć też dzieci. Do zobaczenia. Twój przyjaciel, Malice” {/i}{/b}
Jorhan przeczytał list dwukrotnie i, jak zwykł robić z podobnymi wiadomościami, podpalił go stojącą na stole świecą. Poczekał, aż zamieni się w węgiel, po czym wyrzucił kartkę przez okno, gdzie papier przemienił się w czarny śnieg i został porwany przez wiatr. Sytuacja gorsza niż myśleli? To go nie zaskoczyło: zobrazował radzie sytuację lepiej niż było naprawdę, więc, że było gorzej wiedział. Mimo to czuł niepokój. Co miały znaczyć słowa, że nie uda im się tego zatrzymać? Myślał, że Malice’a nie da się zniechęcić lub przestraszyć do tego stopnia. Chce się z nim spotkać… Teraz… Tak, muszą porozmawiać. -{i} Frampt! Kaathe! Chodźcie do salonu!{/i} - Zawołał. Dzieci weszły z ponurymi minami, jak gdyby spodziewały się bury za kradzież cukierków. {i}„Znam te twarze – coś zmalowali! I tak nie mam teraz czasu szukać efektów ich… zabawy”{/i}. Przypomniał sobie, że niegdyś ich „zabawa” doprowadziła do spopielenia jednego z budynków. I mimo że przez miesiąc wykorzystywał swoje kontakty, aby załagodzić sprawę, uśmiechnął się na wspomnienie o tym. - {i}Przebierzcie się {/i}– powiedział do nich. – {i}Idziemy do cyrku.{/i} Ponure miny natychmiast ustąpiły. Na ich twarze wlał się uśmiech nieskończonej uciechy. Bez chwili zwłoki pobiegły do swojego pokoju, wesoło popiskując, jak to nie kochają swojego taty. Jorhan uśmiechnął się. kochał swoje Dzieci, więc czuł się dobrze, kiedy sprawiał im frajdę. A że połączy to z pracą? Tym lepiej. Usiadł przy stole i położył na nim głowę. Błyskawicznie ją podniósł, gdyż nie wyczuł pod nią drewna, a coś innego. Okazało się, że położył się na gazecie, której nie zauważył. Roześmiał się w duchu, zastanawiając się czego się tak przestraszył. Podniósł gazetę i szybko ją przekartkował. Nie była dzisiejsza, ani wczorajsza; wydano ją przed tygodniem, więc wiedział, że większość informacji była nieaktualna. On wiedział o tym najlepiej. Przewrócił z powrotem na pierwszą stronę i przeczytał najpilniejsze, wg redaktorów, nagłówki: „Zaraza na północy – dwieście ofiar w dwa dni”, „Kolejne pożary – dzieło podpalacza?”, „Seryjny morderca kobiet znów atakuje”, „Kolejne zaginięcia dzieci – dziesięć w sześciu miastach”, „Czy król ma kandydatkę na żonę?” i tym podobne. -{i} I to ma być niby ważne?!{/i} – prychnął. –{i} Nic nie wiedzą!{/i} On wiedział przed innymi. Ale nie mógł powiedzieć. Taki zawód. W międzyczasie Frampt i Kaathe wróciły w czystych strojach do salonu i uznały, że są gotowe. Jorhan rzucił gazetę na stół, po czym ruszył w kierunku swojego pokoju, wszedł do niego i podszedł do szafy. Otworzył ją i wyciągnął swój długi płaszcz. Tuż za nim na półeczce leżał jego załadowany, dwustrzałowy pistolet i powieszony był jego miecz. Miecz zabierał zawsze na wypadek konieczności działania w ukryciu; pistolet był piekielnie głośny, mógł nawet ogłuszyć. Narzucił na siebie płaszcz, po czym ukrył pistolet w jednej z jego licznych wewnętrznych kieszeni. Miecz przyczepił do lewego boku tak, aby wyciągnięcie go nie zajęło dłużej niż pół sekundy. Mimo że miasto w nocy patrolowała straż, tylko głupiec wychodziłby bez broni na ulice. Lub samobójca. Jorhan nie był żadnym z nich. Odwrócił się, wszedł z powrotem do salonu, rzucił krótkie „{i}idziemy{/i}”, po czym otworzył drzwi, przepuścił dzieci i zamknął mieszkanie na klucz.
II
Część 22 / 2
Stanęli na ciemnym korytarzu, oświetlonym jedynie wątłymi promieniami dwóch lamp oliwnych. Po ich lewej stronie było okno, przez które zaglądał księżyc w pełni, a raczej zaglądałby, gdyby szyby nie pokrywał kilkutygodniowy brud. „{i}Za co ja im płacę, do cholery?! Za te pieniądze mogliby wynająć trzy sprzątaczki, żeby umyły te okna albo wytrzepały ten dywan{/i}!” pomyślał Jorhan. Ruszyli ciemnym korytarzem, a każdy ich krok wzbijał obłoczki kurzu z wspomnianego dywanu. Ich wątłe cienie tańczyły wraz z płomykami lamp, niemal gaszonymi przez lekkie powiewy, wpadające przez dziury w ścianach i oknach. Bród blokował światło, ale nie wiatr. Zeszli schodami na parter nie spotykając nikogo z domowników, co nie było niczym niezwykłym, biorąc pod uwagę stosunkowo późną już porę. Ruszyli w stronę drzwi, po drodze mijając stanowisko dozorcy – Bernarda. Jorhan lubił go. Był w tym odosobniony, bowiem większość ludzi trzymało się od niego z daleka, a najchętniej widzieliby go w więzieniu. Bernard bowiem dużo pił i częściej można go było spotkać w gospodzie, wykrzykującego jakie to rzeczy robił i nie robił, niż w domu. Jorhan wiedział natomiast co było tego przyczyną: otóż obecny dozorca był niegdyś żołnierzem. Na wojnie wpadł w zasadzkę dzikusów z południa, którzy wybili cały jego oddział, a jego puścili żywego, jako „żywą wiadomość”. Uprzednio jednak wyryli mu tę wiadomość na plecach kawałkiem rozpalonego metalu. Po wojnie, wiedząc, że jego imię pasuje do zawodu jak żadne inne, został dozorcą. Bernard opowiedział to Jorhanowi, kiedy ten pomógł mu wnosić biurko do jego mieszkania. Od tamtego czasu wstawiał się za kombatantem u Morgha, właściciela budynku. -{i} Aaa, Pan Jorhan! Dokąd to o tak późnej porze? {/i}– zapytał Bernard, kiedy ich zobaczył. -{i}Zabieram dzieciaki do cyrku {/i}– odparł Jorhan, dodając – {i}będziesz tu całą noc?{/i} -{i}Nie, jeszcze kilka godzin, mam wartę do północy. Jak wrócicie, będzie tu siedział Jerem. {/i} Pożegnali się z dozorcą i opuścili budynek. Na ulicy kręciło się kilku ludzi. Część z nich w grupach rozmawiała o czymś przyciszonymi głosami. Nie zwracając na nich uwagi, Jorhan popędził Frampta i Kaathe w stronę wschodniej bramy, gdzie, jak się przypuszczał, rozbił się cyrk. Mijali ciemne kamienice, zamknięte sklepy, puste kramy i milczące gospody. Na jednej z latarni Jorhan dostrzegł ogłoszenie zapowiadające to, na co się wybrali:
{b}{i}„Nie wiesz, jak spędzić wieczór? Spędź go z nami! Jedyny taki cyrk klaunów! Przyjdź i przekonaj się! Gwarantujemy niezapomniane wrażenia!” {/i}{/b}
„{i}Ciekawe, czy Malice już tam jest…”{/i}, pomyślał. -{i}Tato, a kupisz nam watę cukrową? {/i}– zapiszczała Kaathe. Jorhan, wyrwany ze swoich myśli, odpowiedział z nieco złośliwym uśmiechem: -{i}A byłaś grzeczna?{/i} – a widząc niepewność w jej oczach, dodał –{i} oczywiście, że kupię, Kaczuszko.{/i} Nagle szereg mroczno-ponuro-szarych budynków urwał się. Przed nimi znajdował się plac targowy, a na nim, dokładnie pośrodku, wzniesiono olbrzymi, okrągły namiot w czerwono-białe paski. Można to było dostrzec nawet z daleka, bowiem plac, jak i namiot, był doskonale oświetlony dziesiątkami latarni. Dzieci chwyciły Jorhana za ręce i pociągnęły w kierunku wejścia. Stało tam już sporo ludzi, a kolejni cały czas dołączali do oczekujących. Stanęli w kolejce po bilety, a Jorhan zaczął rozglądać się za Malicem, ale nigdzie nie mógł go wypatrzyć. „To będzie cud, jak go znajdę. Co za głupi pomysł, się tu spotykać!”. -{i}Proszę pana, bilety{/i} – sprzedawczyni wyrwała go z rozmyślań. Spojrzał na nią; była paskudna: jakby ktoś dokleił włosy, oczy, uszy i nos do ziemniaka i położył go na szyi. Chociaż, może ziemniak z włosami byłby bardziej estetyczny. Starając się na nią nie patrzeć, wsypał na jej wyciągniętą dłoń wyliczoną sumę i odebrał trzy bilety. Szybko oddalił się z dziećmi od sprzedawczyni w stronę wejścia do namiotu, gdzie dał bilety proszącemu o nie człowiekowi. Ten podziękował, odsunął się, a gdy wchodzili rzucił do nich „{i}miłej zabawy{/i}”. Ze środka namiot wyglądał na jeszcze większy niż z zewnątrz. Miejsca dla obserwujących ludzi były wzdłuż ścian. Okrąg, który tworzyły po środku wypełniony był różnymi urządzeniami, trampolinami, pudłami i innymi rzeczami, których przeznaczeniem było rozbawienie gawiedzi. Nie było jeszcze żadnego z dziewięciu tworzących tę trupę klaunów. Zaczęli rozglądać się za wolnymi miejscami, kiedy obok siebie usłyszeli głos: -{i}Ostatnio straszny ziąb…{/i} -{i}Dlatego na noc zawsze otwieram okno {/i}– dodał Jorhan. Wiedział, co oznaczają te słowa, wiedział, jak na nie odpowiedzieć i wiedział, że Malice, o ile w ogóle tu był, nie był sam. -{i}Jeśli szukacie wolnych miejsce, proszę za mną.{/i} – powiedział człowiek, po czym wskazał na siebie ręką i obrócił się, zamiatając płaszczem. Jorhan chwycił dzieci za ręce i ruszyli za swoim nowym przewodnikiem. „{i}Malice go przyprowadził? Kto to jest? Taki płaszcz jest bardzo drogi; co to...? Jedwab? Z kieszeni wystaje mu łańcuszek ze złota, pewnie ma też zegarek. Pewnie też złoty. Nie ma kapelusza… nie stać go? Na pewno nie - to coś innego… Długie włosy splecione spinką… czy ja dobrze widzę?! Jest w niej jakiś kamyk… Brylant? I te buty… Ciekawe: nosi przy sobie tyle złota i cennych rzeczy, a mimo to nie widać po nim obawy o napaść… Doskonała równowaga, pewnie jest niezgorszym szermierzem, więc to pewnie przyczyna braku strachu. No i ten ruch oczu, kiedy kazał nam iść za sobą – stale obserwuje otoczenie. Jego reakcja na napaść byłaby błyskawiczna… To z pewnością ktoś doświadczony… A sądząc po stroju, również wysoko postawiony. Ciekawe… Malice go tu przyprowadził? Raczej wręcz przeciwnie. To naprawdę ciekawe…”{/i}. Poprowadził ich do miejsc tuż przy arenie, z drugiej strony namiotu, naprzeciw wejścia. Było tam jeszcze kilka wolnych miejsc. Frampt i Kaathe usiedli na dwóch z brzegu, Jorhan na wskazanym mu przez ich przewodnika. Uderzenie gongu zwiastowało rozpoczęcie przedstawienia. Klauny wbiegły na arenę żonglując piłeczkami, pochodniami, a dzieci od razu doskoczyły do barierki oddzielającej widownie od aktorów. -{i}Witaj, Jorhanie…{/i} - głos Malice’a dobiegł go znad prawego ramienia. Odwrócił się i zobaczył jego chudą twarz tuż obok siebie. Zmienił się od kiedy widział go po raz ostatni: zapuścił brodę, a na twarzy przybyło kilka zmarszczek. Wyglądał na wysoce zaniepokojonego, a Jorhan wiedział, co jest tego przyczyną. -{i}Witaj, Malice. Bez ociągania się: dlaczego jest tutaj jeden z Wodzów?{/i} -{i}Panie Jorhan, pozwoli pan, że się przedstawię: jestem Khamul, jak pańskie bezbłędne oko zdążyło zauważyć jestem Wodzem, Numer Pierwszy, a powodem mojej obecności tuta… -Kim jesteś, durniu?! Myślisz, że nie znam Pierwszego? {/i}– przerwał mu groźnym głosem Jorhan, wyciągnął pistolet i przyłożył mu do płaszcza. Nie było nawet potrzeby tego ukrywać: siedzieli tak ściśnięci, że nikt tego nie zauważył. –{i} Gadaj!{/i} Malice spojrzał błagalnym wzrokiem na niego, a potem na Khamula. Ten ze spokojem odrzekł: -{i}Poprzedniemu Pierwszemu jakaś kobieta wbiła miecz w oczodół trzy dni temu. Wcześniej byłem Numerem Drugim, więc awansowano mnie, a Król to zatwierdził. Proszę spojrzeć na ten sygnet, ile gwiazdek pan na nim widzi? Pan wie, co to oznacza?{/i} Jorhan spojrzał na sygnet, na którym była jedna gwiazdka. Jeśli to prawda i groził Pierwszemu… Natychmiast schował broń. -{i}Tak lepiej. Myślę, że zna pan konsekwencje za grożenie Pierwszemu? Na pewno. Jednak, ze względu na okoliczności, pańska reakcja jest uzasadniona, więc tym razem puszczę to w niepamięć {/i}– Khamul mówił, jakby w ogóle nie przejął się tym, że był jeden ruch palca od śmierci, zachowując spokój i twardość głosu –{i} przyszedłem tu, ponieważ chcę znać wieści bezpośrednio od pana Malice’a. Proszę mówić.{/i} Malice przez całą scenkę, która się przed chwilą rozegrała nie powiedział ani słowa. Teraz otrząsnął się i zaczął opowiadać: -{i}Jak zapewne wiecie, przez dwa lata byłem na…{/i} -{i}Malice, przejdź do konkretów {/i}– przerwał mu Jorhan. Malice spojrzał na niego i kontynuował. -{i}Miałem dostać się do rady, to ona decyduje o ich wszystkich posunięciach, między innymi o wojnie z nami. Udało mi się. Nie było to nawet trudne, wręcz przeciwnie. Są bardziej skorumpowani niż myślałem. Zapłaciłem jednemu, żeby dobrowolnie odszedł, a potem innemu, żeby mnie polecił. Po miesiącu byłem w radzie. Zebrałem mnóstwo informacji, są w tej kopercie {/i}– Malice upewnił się, czy nikt nie patrzy, po czym zwinnym ruchem wyciągnął purpurową kopertę i wręczył ją Khamulowi. – {i}Są tu plany, mapy, możliwe ruchy, wszystko uzupełnione moim komentarzem. W skrócie powiem, że ich wojska są znacznie liczniejsze, ale ich wyposażenie stoi na podobnym poziomie co nasze. Stacjonują przy granicy, w ogromnej sieci tuneli i jaskiń na południu. Jorhan, nie wyściubiaj nosa za mury, oni bardzo szybko się przemieszczają, więc jak wrócisz z grzybów, to miasto może być już pod oblężeniem. Panie Khamul, trzeba to natychmiast przedstawić Królowi i parlamentowi, może jeszcze zdążymy zorganizować jakąś obronę… {/i} Khamul nie odpowiedział. Otworzył kopertę i przeglądał znajdujące się w niej materiały. Jorhan chciał wykorzystać ten czas na zapytanie Malice’a jako kto działał w radzie, ale Kaathe i Frampt pociągnęli go za płaszcz, pytając, czy mogą pomóc w przedstawieniu, gdyż zostali wybrani. {i}„To zabawne {/i}– pomyślał. – {i}Każdy w tym cyrku patrzy na mnie, Malice’a i Khamula, nie wiedząc, jak często narażamy życie dla ich bezpieczeństwa”. - Możecie iść{/i} – powiedział. W międzyczasie Khamul zapoznał się z materiałami od Malice’a i powiedział do niego: - {i}Dobra robota {/i}– po czym zwrócił się do Jorhana –{i} Skomentuje pan to, co usłyszeliśmy od kolegi?{/i} - {i}Spodziewałem się tego {/i}– rzekł wymijająco. - {i}Nie, pan to wiedział, z poprzedniej misji. Już wtedy, kiedy przedstawiał pan raport radzie {/i}– jego głos zmienił się na lodowato zimny, połączony z groźnym, nie znoszący sprzeciwu. Głos członka rady, nowego Pierwszego. –{i} Pańskie przypuszczenia powinny były zostać wówczas przedstawione. Nie działamy tak, jak oni, dopuszczamy własne zdanie na bieżące tematy i nie ścinamy za złe wieści. Jednak gdyby było to oficjalne spotkanie, musiałbym kazać pana stracić za zatajanie informacji. Nie zrobię tego ze względu na pańskie bogate doświadczenie, jednakże żądam bezwzględnej szczerości. Niech panowie obaj zapamiętają – ja zawsze wyczuwam kłamstwo. A co do zorganizowania obrony, panie Malice, biorąc pod uwagę szybkość reagowania naszego rządu i Króla, myślę, że musi nam wystarczyć to, co mamy teraz {/i}– uśmiechnął się do nich, jakby próbował rozładować napięcie wywołane jego wykładem o zdawaniu raportów radzie – {i}ja muszę wracać do pracy. Aha, zalecam ostrożność: niedawno zaginął nasz archiwista, pseudonim Norlaf. Nie wiadomo, co się z nim stało, jak kamień w wodę. Zalecam ostrożność. To tyle, życzę miłej nocy panowie.{/i} Wstał i zamiatając płaszczem odszedł w kierunku wyjścia. - {i}No, teraz już tylko muszę się wyspać. I wykąpać. Mam nadzieję, że mój współlokator nie rozwalił mieszkania, kiedy mnie nie było…{/i} - zaśmiał się Malice. -{/i} Twój współlokator wyjechał około pół roku temu do rezydencji swojego brata. Jeszcze nie wrócił, więc radzę przygotować się na konkretne sprzątanie przed pójściem spać{/i} – Jorhan uśmiechnął się – {i}cieszę się, że żyjesz, Malice.{/i} - {i}Też się cieszę, Jorhanie {/i}– powiedział i dodał –{i} Spotkajmy się jutro, bo dzisiaj naprawdę muszę już iść, a mówisz, że czeka mnie jeszcze sprzątanie przed snem. Do zobaczenia.{/i} Pożegnali się i Malice poszedł w tym samym kierunku, co przed chwilą Khamul.
III
Jorhan patrzył na oddalającego się kolegę rozmyślając: {i}„więc miałem rację i Malice nie przyszedł z kimś z własnej woli. Wiedziałem, że to ktoś ważny, ale Pierwszy Wódz? No cóż, przynajmniej biorą mnie na poważnie. Dobrze wiedzieć, bo wiem też, jak często się traktuje pracujących dla Króla… Wyszedł po mnie, a nie przysłał Malice’a… Pewnie wiedział, że kiedy się dowie, że Khamul chce ze mną rozmawiać, odwoła spotkanie. Malice to w końcu przyjaciel. Khamul go przejrzał…{/i}” Rozmyślał tak, a ławki wokół niego zaczęły pustoszeć, aż w końcu został sam. W namiocie zapanowała cisza. Wtedy właśnie zorientował się, że coś jest nie tak. Kaathe i Frampt. Rozejrzał się dookoła błyskawicznie wstając z miejsca. Nie było ich w namiocie! Nie było tam nikogo, więc zauważyłby ich. Pobiegł w stronę wyjścia. Na zewnątrz siedziało kilku ludzi, jednak dzieci nie było. Ogarnęła go panika. „{i}Poszły do domu? Niemożliwe! Co robić?!{/i}” - {i}Widzieli panowie tutaj dwójkę dzieci? Siedmioletnią dziewczynkę z jasnymi, długimi warkoczami i nieco starszego chłopca? {/i}– zawołał do stojących nieopodal ludzi. -{i} Od dziesięciu minut nikogo tu nie było{/i} – odpowiedział jeden –{i} A co? Zgubił pan{/i}? Wybuchnęli gromkim śmiechem. Jorhan nie odpowiedział. Stał z zamkniętymi oczyma, próbując przypomnieć sobie, kiedy widział je po raz ostatni. „{i}No tak, kiedy Kaathe pytała mnie, czy może wziąć udział w przedstawieniu{/i}”. Wszedł z powrotem do cyrku. Musi zapytać klaunów, może będą coś wiedzieć. „{i}Jeśli nie, to nie wiem co robić. Błagam, znajdźcie się!{/i}”. W namiocie panował półmrok, większość latarni była już pogaszona. Mimo to zauważył przy ściance budkę, w której mieszkali artyści. Przeskoczył barierkę i pobiegł przez środek areny. Określenie „budka” mogłoby być nieco krzywdzące, bowiem był to sporej wielkości, klockowaty budynek. Jorhan dobiegł do drzwi i zastukał w nie pięścią. Cisza. Zastukał ponownie, mocniej. Nie miał czasu czekać. Nacisnął klamkę i pchnął drzwi. Otworzyły się bez oporu, nie wydając najcichszego dźwięku. Wewnątrz panowała ciemność, nie było tu latarni i jedyne światło, jakie tu docierało, pochodziło z areny. Wszedł do środka. Po chwili jego oczy przyzwyczaiły się do mroku i zrozumiał, że jest w korytarzu. Po lewej i prawej było kilka par drzwi. Jorhan skierował się jednak do tych na końcu korytarza, na wprost niego. Dochodziły stamtąd dziwne dźwięki, jakby mlaskanie i sapanie. Z każdym przebytym krokiem coraz intensywniej dało się też wyczuć coś dziwnego. Znał ten zapach, ale nie potrafił powiedzieć skąd. Nie umiał go też zidentyfikować. Podszedł do drzwi i położył dłoń na klamce. Dziwne dźwięki nie ustały. Pchnął odrzwia i w tym momencie przypomniał sobie, gdzie wcześniej czuł taki zapach. W sali tortur. Zanim zdał sobie sprawę, co to może oznaczać, drzwi były już otwarte. Dziewięć par oczu wpatrywało się w niego z mieszaniną strachu i zdziwienia. Jorhan nie patrzył na żadnego z nich. Patrzył na stół pośrodku sali. Patrzył na to, co leżało na stole. Patrzył na ciało dziewczynki, może sześcioletniej. Ciało pozbawione ręki. I ze sporym ubytkiem w szyi. I na ślady zębów wokół tego ubytku. Ludzkich zębów. Podniósł wyrok i oczy prawie wyszły mu z orbit: ten brakujący kawałek wciąż tkwił w ustach jednego z klaunów. Jednego z pomalowanych morderców. Moment zaskoczenia trwał krótko, chwilę. Przez tą chwilę wszystko zrozumiał. Błyskawicznie wyciągnął miecz i pistolet. Doskoczył do najbliższego klauna i ciął go płasko, celując w szyję. Nie chciał go zabić, chciał, żeby świr w makijażu poczuł, jak ucieka z niego życie. Chciał, żeby cierpiał. Jednym skokiem doleciał do następnego. Spróbował dźgnąć go od dołu i przebić płuco, nie udało mu się jednak. Klaun odskoczył, na swoje nieszczęście za wolno. Ostrze przebiło mu czaszkę na wylot i zaklinowało się. W tym czasie inny klaun z tasakiem ruszył na niego z drugiej strony. Jorhan, wciąż trzymając zaklinowany miecz, kopnął go w twarz, a następnie przyłożył do niej pistolet i wypalił, tuż po tym, gdy klaun skoncentrował swój wzrok na lufie. Jego krew obryzgała kolejnych dwóch, którzy chcieli pomóc poprzednim pozbyć się intruza. Wyskoczyli na niego z nożami. Jorhan, który zdążył już wyciągnąć miecz z czaszki martwego klauna, zawirował między nimi. Zablokował uderzenie noża, po czym mocnym cięciem pozbawił wroga dłoni. Ten padł na kolana ściskając krwawiący kikut, lecz szybko spotkał się z podłogą za sprawą uderzenia w twarz kolanem, które wymierzył mu Jorhan. „{i}Jeszcze pięciu”{/i} - pomyślał. Drugi klaun, który wyskoczył na niego z nożem cofnął się do grupy. Jorhan zobaczył, że reszta nie kwapi się do ataku. Czterech stało w pewnej odległości od niego, piąty siedział na czymś w rodzaju tronu, podpierając głowę i obserwując sytuacje, jakby go nudziła. Jeden z klaunów postanowił zaatakować. W ręce trzymał zakrwawioną siekierkę do krojenia kości zwierząt. Jorhan miał niemiłe, przyprawiające o mdłości przeczucie, że to nie zwierzęce kości nią krojono. Zręcznym ruchem wytrącił mu broń z ręki i przystawił pistolet do głowy. - {i}Ile dzieci porwaliście?! Wzięliście chłopaka i dziewczynę?! Gadaj, ścierwo!{/i} Klaun nie odpowiedział. To był ten, który gryzł kawał mięsa z szyi