Horror · 22 min czytania
Dziś zgaśnie latarnia morska
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Byłem na posterunku zupełnie sam. W małych miejscowościach okres przedświąteczny rzadko bywa czasem, gdy obłąkani, psychopatyczni mordercy ruszają na łowy. Nie, to dzieje się tylko w książkach i to tych z najtańszej półki. Prawdę mówiąc, przestępstwa zdarzały się u nas równie często co wizyty przeklętych okrętów. Może miał na to wpływ morski klimat, może to, że wszyscy się znali, a może tak naprawdę byliśmy zbyt daleko zarówno od Boga, jak i Diabła i dzięki temu mieliśmy święty spokój. Ok, po prostu spokój.
Okna niemal uginały się od ciężkich kropli, które atakowały je z zawziętością wściekłych psów. Sztorm szalał już od kilku dni i nie wyglądało na to, żeby miał się szybko zakończyć. Łodzie podskakiwały na wodzie, ich kapitanowie spędzali czas w domach, a ci bardziej rozrywkowi(albo dużo smutniejsi) w knajpach. Niektórzy pili trochę więcej niż zwykle, reszta złorzeczyła na kiepskie tegoroczne połowy. Ja sam nie przepadałem specjalnie za alkoholem, jeszcze bardziej nie lubiłem ludzi, dlatego nie przeszkadzało mi nocne sam na sam z kawą i potężnym szumem za oknami. Mój spokój przerwał zupełnie nieoczekiwany trzask drzwi i zmęczony, jakby chropowaty głos, który usłyszałem chwilę później.
- Przepraszam… Jestem latarnikiem i musiałem zabić całą swoją rodzinę. Gdybym teraz powiedział, że odczułem pewne zaskoczenie, to byłoby tak jakby umierający żołnierz stwierdził, że śmierć wydaje się zabawną niedogodnością. Nikt z naszej wioski nigdy nie poznał latarnika. Był równie tajemniczy co obowiązkowy, bo latarnia zapalała się każdego wieczora. Potężna wieża, na szczycie której zamontowane było światło, została zbudowania z dala od domostw. Wznosiła się na ponad czterdzieści pięć metrów i widać ją było z każdej wydmy, i każdego okna. Podczas burzliwych dni morze otaczało ją z każdej strony jak drapieżnik chcący zatopić ostre kły i pazury w szyi ofiary. Mimo to, trwała na swoim miejscu, dzielnie opierając się brutalnym siłom natury. Nikt nie pamiętał, kiedy ją zbudowano, ale wydawało nam się, że jest tu od zawsze. Czas odciskał na niej swoje piętno, liczne pęknięcia i brud znaczyły jej ściany, ale liczyło się to, że tam była. Jej światło było dla nas niemal równie ważne co dla statków, może nawet bardziej. Niekiedy wydawało mi się, że gdyby go zabrakło, to zniknęłaby też wioska. I oto nagle dowiedziałem się, że strażnik naszej ostoi może być mordercą.
Odstawiłem kubek z kawą i powoli odwróciłem się w stronę wejścia, modląc się, żeby to, co usłyszałem było tylko omamem głosowym. Człowiek, który stał w drzwiach równie dobrze mógł być rzeźnikiem. Jego twarz ginęła pod krwawymi śladami, drżące ręce wydawały się być poobdzierane ze skóry. Ciężko było określić, ile miał lat. Brązowe, ale jakby lekko wypłowiałe oczy, spoglądały na mnie znad sumiastego wąsa, który przechodził w splątaną w niechlujne dredy brodę. Czarny płaszcz przeciwdeszczowy skrzętnie skrywał jego ciało. Mogłem tylko przypuszczać jakie ma buty, bo całe jego nogi ginęły pod mieszanką glonów i błota. Ręka odruchowo powędrowała mi w stronę broni, a drugą wyciągnąłem do niego w uspokajającym geście. - Jest pan ranny? Spojrzał po sobie jakby jeszcze nie dowierzając, że wygląda jak najdoskonalszy uczeń Kuby Rozpruwacza. - Chyba nie… Nie wydaje mi się, żeby, to była moja krew. Podniósł głowę i wbił we mnie wzrok. - To wszystko… To wszystko jest ich. Musiałem to zrobić, zanim oni zabiliby mnie. Zrobił krok w moim kierunku. - Proszę usiąść - co dziwne, posłuchał mnie bez szemrania. Zanim usiadł rozejrzał się jeszcze po posterunku. Jego spojrzenie zatrzymało się na chwilę na kiczowatym malowidle plaży, po czym wróciło do mnie. Przysunąłem sobie krzesło, zachowując przy tym bezpieczną odległość, żeby nie mógł dopaść mnie jednym skokiem. -Mówi pan, że jest latarnikiem i… zabił swoją rodzinę? Uśmiechnął się do mnie obnażając popsute zęby. Poczułem się, jak w jakimś chorym koszmarze i dla pewności uszczypnąłem się w lewe przedramię. Ból nie był zbyt duży, ale wystarczający, by przekonać mnie, że niestety nie śpię. - Zabiłem ich… Musiałem ich zabić, zanim oni zabiliby mnie. - Oni? - Proszę ze mną pojechać… Tam, do latarni… Prośba brzmiała jak ustne zaproszenie wprost do pułapki, ale było oczywiste, że muszę sprawdzić wieżę. Chyba tylko nierzeczywistość całej sytuacji sprawiła, że nie zrobiłem tego od razu po upiornym oświadczeniu, którego nikt nigdy nie powinien był usłyszeć. Mój nieproszony gość dał się zakuć w kajdanki bez słowa sprzeciwu, wydawało mi się nawet, że swoje uwięzienie przyjął z dziwną wdzięcznością. Kiedy wyszliśmy na dwór poczułem, że coś jest nie tak. Chyba nigdy w życiu nie widziałem tak czarnej nocy. Latarnia morska była zgaszona.
Część 22 / 2
Cała wioska też była pogrążona w ciemnościach. Przeszły mnie ciarki, które tylko w małej części spowodowane były przenikliwym wiatrem. Jedynym źródłem światła było to z księżyca, które odbijało się teraz w trupio białej wieży. Latarnia wyglądała jak kręgosłup wyrwany z trzewi jakiegoś pradawnego zwierzęcia, a ja miałem wspinać się po jego kręgach.
Otrząsnąłem się jakby ze złego snu. Nie miałem czasu na żadne rozterki, niewykluczone, że być może ktoś jeszcze tam żyje. Zawlokłem latarnika do auta, sprawdziłem dokładnie, czy aby na pewno się nie uwolni i usiadłem za kierownicą. Fakt, że przynajmniej w aucie powinienem być bezpieczny wcale mnie nie uspokajał. Byłem przekonany, że niczym w horrorze samochód nie będzie chciał odpalić, ale jak na złość- albo szczęście- silnik zaskoczył od razu. Światła reflektorów rozbłysły, a z pobliskiego drzewa coś zerwało się do lotu. Najpewniej była to sowa, choć w tym momencie byłem bardziej skory skłaniać się ku teorii, że to sam diabeł poleciał przygotować wszystko na nasze przybycie. W końcu ruszyliśmy, auto podskakiwało na wertepach, a opuszczony posterunek zostawał coraz dalej za nami… Latarnik wyglądał jakby spał i przez chwilę wydawało mi się, że będę musiał nim porządnie potrząsnąć, zanim wyciągnę z niego cokolwiek. Zanim jednak zdjąłem rękę z kierownicy, jego pomrukiwanie zaczęło przeradzać się w niewyraźne słowa, a te w proste, ale zrozumiałe zdania. - Ja… Ja od zawsze chciałem zostać latarnikiem - powiedział to tak jakby próbował się usprawiedliwiać. - Kocham morze, chyba nawet bardziej niż ludzi. Latarnie zawsze były dla mnie czymś niesamowitym. Wydawało mi się takie potężne, tyle od nich zależało. Wszystko co robiłem prowadziło do tego, żebym w końcu zaczął pracować w jednej z nich. I tak się stało, wiele lat temu. Na początku mieszkałem tam zupełnie sam i cieszyłem się każdą chwilą. Budził mnie szum fal, jak w książkach, które czytałem, kiedy byłem mały i dopiero marzyłem o takim życiu. Zaśmiał się, jakby jego dawne życie było tylko jakimś kiepskim żartem. - Mimo to, po pewnym czasie... Może po kilku latach albo miesiącach… Sam już nie wiem, czas przestał się liczyć. Cóż, nawet mnie zaczęła doskwierać samotność. Czasem myślę, że wleciała przez okno, którego nie domknąłem i na stałe zagościła w moim sercu. Latarnik umilkł w pół słowa i zapatrzył się w szare chmury, które coraz bardziej przesłaniały księżyc. Minęliśmy zarośnięte tory kolejowe i dojeżdżaliśmy do małego lasu pełnego sosen, kiedy odezwał się ponownie. - Nieważne jak poznałem moją żonę. Byliśmy szczęśliwi, urodziło nam się dziecko, później drugie. Mimo, że byliśmy w latarni skazani tylko na siebie, to kłóciliśmy się bardzo rzadko. I może wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te przeklęte farby, które dostałem na urodziny! Zaczął uderzać tyłem głowy w siedzenie. Szybko zjechałem na pobocze, złapałem go za twarz i starałem się uspokoić. Patrzył na mnie niewidzącym wzrokiem, z ust toczył ślinę jakby miał atak padaczki. Wtedy w okno za mną uderzył ptak. Przyznaję się, podskoczyłem ze strachu. Na szczęście uderzenie nie powtórzyło się i wyglądało na to , że samobójczy atak był przypadkowy, a nie wynikał z jakiejś dziwnej, ptasiej agresji. Ostrożnie otworzyłem drzwi i wyjrzałem na zewnątrz. Przy oknie ani pod autem nic nie leżało. Miałem tylko nadzieję, że to nie była żadna halucynacja i nie zaczęło udzielać mi się jego szaleństwo. Latarnik wpatrywał się we mnie, dysząc lekko. W jego oczach dostrzegłem iskierkę, której nie było tam wcześniej. Odwzajemniłem spojrzenie i usiłując zachować spokój przekręciłem kluczyk w stacyjce. Zebrałem się w sobie i siląc się na jak najbardziej profesjonalny ton kazałem mu kontynuować. Odchrząknął, wypluł potężną dawkę śliny na swoje spodnie i zaczął mówić dalej. - Nigdy nie uważałem się za malarza. Nigdy. Po prostu od czasu do czasu lubiłem sobie coś tam nabazgrać. Ale moja żona znalazła jakieś moje stare malunki i uznała, że są dobre. Parę dni później usłyszałem dudnienie w drzwi, które poniosło się echem aż na samą górę. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem starego listonosza. Pomyślał, że to pewnie tymczasowe zastępstwo, zazwyczaj listy przynosiła nam młoda dziewczyna o dziwacznie zrośniętych brwiach. Doręczyciel wręczył mi paczkę owiniętą szarym papierem i podał druk do podpisania. Kiedy mu go oddawałem moją uwagę przykuł jego zegarek. Potężny, szary cyferblat wyglądał jak wyjęty ze starodawnej cebuli. Wszystkie cyfry były rzymskie, ale co najdziwniejsze, po godzinie dziesiątej już nic nie było. I wiesz, mógłbym przysiąc, że wskazówki chodziły w złą stronę.
- Z mojej żony zawsze mogłem czytać jak z otwartej księgi i nie byłem specjalnie zaskoczony, kiedy zobaczyłem, że w paczce są farby. Tyle, że zamiast wszystkich kolorów w tej były tylko czarny i różne odcienie przybrudzonej bieli. Zacząłem malować. Zastanawiasz się co? Cóż, zawsze znałem się tylko na jednej rzeczy, na latarniach morskich. Namalowałem więc naszą. Na początku z zewnątrz, potem zakładałem okulary i najmniejszym pędzlem dodawałem szczegóły na zniszczonej fakturze ścian… Zgadza się. Nie miałem płócien, a uwierz mi wolnego miejsca w latarni jest pod dostatkiem. Na ostatnim piętrze byłem zazwyczaj zupełnie sam, więc nikomu nie przeszkadzały ani moje, jak je nazywałem z przekąsem, „freski” ani zapach farb. Księżyc w tym momencie wychynął zza chmur i oblał twarz latarnika dziwnym blaskiem. Cienie zagrały na jego oczach i wyglądał jakby zamiast oczu miał dwa nieskończenie puste oczodoły. Przemknęła mi myśl, że może na siedzeniu obok jest duch i nie mógłby go zobaczyć nikt poza mną. Uśmiechnąłem się nerwowo. Dziwne myśli przychodzą do głowy, gdy jedzie się ciemną drogą, a obok siedzi ktoś, kto przyznał się do wymordowania swojej rodziny. Skoncentrowałem się ponownie na słuchaniu tego co mówił, aby nie przegapić żadnego istotnego szczegółu. - Malowałem tak intensywnie, że nie zasnąłem dopóki nie dokończyłem każdego piętra. Na tym mieszkalnym umieściłem całą rodzinę. Siedzieliśmy przytuleni do…