Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Duchy · 12 min czytania

Dziura

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Postaram się opisać wszystko jak najdokładniej, być może jakiś szczegół, który na mnie nie zrobił większego wrażenia, okaże się komuś pomocny przy rozwiązywaniu tej zagadki. Gdyby mi się nie powiodło, rad bym był, gdyby ktoś zechciał się tym zająć. Z góry mu za to dziękuję i życzę powodzenia.

To było tak…

Tego lata wybraliśmy się na naszą działkę, która mieści się w Sokółkach. To właśnie tutaj teraz jestem… jeszcze. Zabrałem ze sobą żonę Kasię i naszego pięcioletniego syna Adasia, aby wspólnie z nimi wypocząć na łonie natury. Wszyscy się z tego wyjazdu cieszyliśmy. Okolica jest piękna, zielona, spokojna, niedaleko od nas znajduje się nie duże jeziorko, nad którym uwielbiam łowić ryby. Niedaleko tej miejscowości, jakieś pięć kilometrów znajduje się jednostka wojskowa – można czuć się bezpiecznie.

To był trzeci dzień naszego wypoczynku. Dokładnie była to sobota. W piątek wieczorem powiedziałem żonie, że wybieram się na ryby i żeby nie martwiła się, kiedy wstanie i mnie nie będzie. Zazwyczaj z tej okazji budziłem się przed czwartą, kwadrans po piątej siedziałem już nad brzegiem jeziora i zarzuciwszy wędkę przyglądałem się dryfującemu na wodzie spławikowi.

Łowiliście kiedyś ryby? Jaką najdziwniejszą rzecz udało wam się złowić? Czy myśleliście kiedyś o tym co może kryć się pod lustrem wody? Często rozmyślam nad pewnymi z pozoru prostymi sprawami, zwłaszcza mam na to mnóstwo czasu podczas wędkarstwa. Tego dnia zacząłem właśnie zastanawiać się nad tym, co może skrywać takie zwykłe jezioro? Wszyscy wiemy, że pewnie poza rybami i podwodną fauną nie ma tam niczego, ale czy możemy tego być pewni? Ktoś mądry powiedział mi kiedyś, że pewni możemy być tylko śmierci. Myślę, że miał rację.

Tego dnia ryby dziwnie nie chciały brać. Nigdy mi się to nie zdarzało, ale po trzech godzinach nie udało mi się niczego złowić, nic, kompletnie nic, nawet żadnego maleństwa. Jezioro wydawało się być zupełnie martwe, albo ryby na tyle obżarte, że nie chciały jeść mojej przynęty.

W sumie za bardzo mi to nie przeszkadzało. Lubiłem łowić, ponieważ uwielbiam po całym tygodniu pracy wyciszyć się, a las, woda, jest do tego moim zdaniem najlepszym miejscem, tak, że spokojnie czekając aż szczęście zacznie mi sprzyjać kontemplowałem sobie w tej cichej i spokojnej okolicy.

Kiedy jednak zbliżała się godzina trzynasta, a moje robaki bezowocnie rozpływały się w wodzie, postanowiłem wracać. Siedzieć dalej nie było sensu, w końcu w domu czekała żona, dziecko no i jakiś dobry obiad. Ci, którzy chodzą na ryby, albo na spacer do lasu z pewnością wiedzą, co to znaczy odczuwać prawdziwy głód. Wtedy zjadłoby się wszystko.

Kiedy wróciłem pod dom i stanąłem przed furtką wejściową poczułem dziwne uczucie, jakbym przypuszczał, że stało się coś niedobrego. Wtedy było to jednak tylko zwykłe przeczucie, które szybko rozwiał cudowny zapach dobywający się przez uchylone kuchenne okno. Kasia szykowała mój ulubiony posiłek – frytki z kurczakiem.

Wszedłem do domu, mówiąc to, co zwykle w takim przypadkach, coś w stylu – kochanie wróciłem, albo już jestem – ale nikt mi nie odpowiedział. Zacząłem troszkę się niepokoić. Zazwyczaj kiedy wracałem żona do mnie wychodziła, a kiedy nie mogła tego zrobić, zastępował ją Adaś. Przylatywał i mówił – cześć tato, kupiłeś mi coś? – Lubiłem kiedy tak mówił, wiedziałem chociaż, że jestem komuś potrzebny. Poszedłem w kierunku kuchni. Znajdowała się na piętrze, na które prowadziły drewniane, kręte schody.

W tej chwili poczułem, że z moim ulubionym daniem dzieje się coś niedobrego - swąd przypieczonego mięsa stawał się z każdym krokiem coraz bardziej intensywny. Krzyknąłem – Kochanie – ale znowu nikt mi nie odpowiedział. Kiedy wszedłem do kuchni, unosiła się w niej lekka mgła, a ciemne mięso skwierczało na patelni. Cóż za nieodpowiedzialność… - pomyślałem w ten sposób aby wyciszyć wzbierające we mnie uczucie niepokoju.

Otworzyłem najszerzej jak się dało kuchenne okno, by pozwolić dymowi wydostać się na zewnątrz i wtedy właśnie ujrzałem… to. Nie pamiętam co wtedy pomyślałem, o ile w ogóle coś sobie pomyślałem. Stanąłem jak wryty. Część betonowego ogrodzenia była wyrwana, wystrzępiona jakby odgryzł je jakiś ogromny potwór, a w przerwie świeciła mrokiem jakaś ogromna dziura. O Boże – pomyślałem i po woli odsunąłem się od okna.

Miałem już zejść na dół, ale wróciłem na chwilę aby upewnić się czy nic mi się nie przewidziało. Niestety, rozwalone ogrodzenie i wielka czarna dziura ponownie ukazały się moim oczom. Zszedłem na parter. Zajrzałem do wszystkich pokoi nawołując żony i syna, niestety nikt nie odpowiadał na moje wezwania, a ja zaczynałem się poważnie martwić. Nieobecność w domu najbliższych, pozostawiony na kuchence przypalający się obiad, rozwalone ogrodzenie i wielka czarna dziura na podwórku – to nie wróżyło niczego dobrego.

Wyszedłem na dwór i postanowiłem, że najlepiej będzie zajrzeć do sąsiadów, powinni coś wiedzieć, w końcu powstanie tak wielkiej dziury nie mogło przejść bez spostrzeżenia. Kiedy zamykałem drzwi spostrzegłem jeszcze jedną rzecz, której nie widziałem z okna kuchennego, a która unosiła się nad dziurą, może nawet z niej się wydobywała. Było to coś podobnego do obłoczka chmury, albo mgły, raczej mgła… Zresztą co za różnica.

Niestety moje próby zdobycia informacji nie przyniosły żadnych rezultatów. Najpierw udałem się do państwa Matusiakiewiczów, którzy mieszkali najbliżej. Drzwi do ich mieszkania były otwarte, co akurat mnie nie zdziwiło, bo u nich to było w zwyczaju. Niestety w środku nie zastałem nikogo. Panowała tam kompletna cisza i tylko szumiący telewizor przerywał złowieszczą ciszę. Myślę, że teraz też nikogo tam nie znajdziecie.

Próbowałem dalej, ale w okolicy nie było żywej duszy. To przeraziło mnie jeszcze bardziej. Co prawda niektórzy pewnie jeszcze nie przyjechali na wypoczynek, ale…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%