Fantastyka · 23 min czytania
Dziwna Historia Miasteczka Syirem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Słońce powoli opadało ku linii horyzontu. Delikatna bryza kołysała trawą i polnymi kwiatami, pokrywającymi płaskowyż Shnuum. To był piękny i spokojny dzień. Jednak niepokój dręczący Vanhalla dziś szczególnie przybrał na sile. Niezależnie od tego, co robił i o czym myślał, wydawało mu się, że jego wnętrzności dusi nieznana mu siła, a nieokreślone zło wkrada się w każdą jego myśl, zmienia jej kształt, nie zmieniając znaczenia. Za nim stok płaskowyżu delikatnie opadał w kierunku traktu prowadzącego do miasteczka, w którym spędził jak dotąd całe swoje życie. Syirem było spokojną mieściną, oddaloną o cztery godziny drogi od dużego ośrodka handlowego – Iverness. Zaprzęg z dostawą niezbędnych do życia rzeczy, których mieszkańcy Syirem nie byli w stanie sami wytworzyć, przyjeżdżał do miasteczka codziennie wczesnym rankiem. Dalej, za drogą, rozciągały się pola pszenicy, pastwiska i zagajniki, nad którymi jaskółki i inne ptaki kreśliły w powietrzu wymyślne kształty. Vanhall próbował tu odpocząć, zrozumieć to, co go dręczy. Siedział na trawie i wpatrywał się w niebieską taflę oceanu, potok, zdający się zasilać ten ogrom oceanicznych wód i kępę przybrzeżnych drzew, z których wiatr zrywał pierwsze liście, kładąc je na ścieżce biegnącej między nimi. Szelest liści przyniesiony przez bryzę i widok Sally biegnącej po ścieżce wyrwał go z zadumy. Wydarzyło się cos złego. Nareszcie. Łzy spływające z policzków biegnącej dziewczyny przyniosły mu niebywałą ulgę, wiedział, że pustosząca jego wnętrze burza ustała. Była zapowiedzią właśnie rozgrywających się wydarzeń. Sally zatrzymała się przed nim. Oparła dłonie o kolana, aby złapać oddech potrzebny do wypowiedzenia paru słów. -Chodź ze mną, spadło na… nas nieszczęście. I znowu zaczęła biec, w kierunku, z którego przybyła. Vanhall rzucił się za nią. Jego głowę nawiedziła myśl: Skąd ona wiedziała, że tu przyszedłem? Jej rozważenie zostawił na później.
Emma Randall należała do najbardziej znanych i lubianych mieszkańców Syirem. -Była dobrym człowiekiem, niech Bóg ma ją w swojej opiece. Słowa najwyższego kapłana skłoniły prawie wszystkich do uczynienia dłońmi znaku krzyża. Harsamir, miejscowy szaman nigdy nie przepadał za tym kaznodzieją. Oficjalnym powodem owej niechęci, było przeświadczenie szamana, że do najwyższych kościelnych stanowisk praktycznie nigdy nie dochodzi się uczciwą drogą. Do tego dochodziła przede wszystkim niechęć Harsamira do ludzi dwulicowych. Wrogość od zawsze skrząca się miedzy nimi sprawiła, że dane mu było poznać najwyższego kapłana z tej gorszej strony, nieznanej prawie nikomu w Syirem. Duchowi przywódcy muszą z kimś walczyć, aby bronić swoich racji, bronić wiary, bronić błądzącego ludu i pokazać mu drogę, którą należy podążać. Dlatego szaman i kapłan wbrew wygłaszanym przez siebie słowom, potrzebowali siebie nawzajem. Ich kłótnie, często połączone z żywą wymianą argumentów przemawiających za ich racjami zagrzewały przeciętnych mieszkańców do samodzielnego myślenia, a o to przecież chodzi w wierze…oczywiście do pewnej granicy.
Sally otworzyła drzwi chaty Emmy Randall.
Obydwoje przekroczyli próg domu i ujrzeli dość liczną grupę ludzi zebranych wokoło łóżka. Wszyscy ludzie pogrążeni byli w żałobie, ubrani na biało gdyż taki kolor obowiązywał podczas ceremonii pogrzebowych. Jedna kobieta, już w podeszłym wieku straciła przytomność, bo jak się okazało, Emma była jej najlepszą przyjaciółką i znały się od najmłodszych lat. Nie mogła przyjąć do wiadomości tego, co się wydarzyło. Vanhall wszedłszy do chaty, podszedł do łóżka i przetarł oczy. Nie wierzył w to co ujrzał, albowiem na łóżku leżała jego matka, jedyna osoba z rodziny jaka pozostała. Gdy miał zaledwie osiem lat, opuścił go ojciec. Teraz przez umysł biegła tylko jedna myśl, został sam, zupełnie sam. Podczas gdy stał obok ciała zmarłej, łzy spływały po jego policzkach niczym woda z wodospadu. Stał jak zahipnotyzowany. Wiedział, że tak naprawdę nie ma już po co żyć. W pewnej chwili poczuł dotyk miękkiej dłoni na jego ramieniu. To była piętnastoletnia dziewczyna, jego przyjaciółka Sally, dla której los też nie był zbyt łaskawy. Jakieś trzy lata temu, pewnego upalnego wieczora, Sally, mama i jej ojciec siedzieli na krużganku, wpatrując się w niebo uhaftowane ogromną ilością gwiazd. Opowiadali sobie ludowe historie, cieszyli się z tego, jaką są szczęśliwą rodziną. Gdy nadeszła późna pora, wszyscy ułożyli się do snu. Wtedy właśnie wydarzyła się powszechnie znana tragedia. Noc była spokojna, lecz poranek już nie... Kiedy ojciec Sally obudził się, zobaczył, że nie ma Every, tak nazywała się jego żona. Pierwsza myśl była taka, że poszła do sąsiadek na poranne pogawędki. Jednak mylił się, obszedł wraz z Sally wszystkich znajomych, a po jego żonie ani śladu. Nikt jej nie widział, nikt nie wiedział gdzie się podziała. Wszyscy w Syirem zaczęli się niepokoić, co się mogło wydarzyć?. Tak mijały kolejne dni, podczas których trwały poszukiwania Every. Ani śladu... Po kilkunastu tygodniach wszyscy pogodzili się, że matka Sally zniknęła, sprawa ucichła. Lecz po jakimś czasie w mieście pojawił się podróżny, który rozpowiadał, iż znaleziono osobę odpowiadającą charakterystyce Every. Mówił, że znaleziono kobietę na pobliskim cmentarzu, była ona odziana w suknię nocną, miała długie blond włosy i jakiś nieznany w Syirem znak na plecach. Był on wyryty w ciele jakimś ostrym narzędziem. A skąd takie wnioski? Ciało od strony pleców było strasznie poszarpane. Kiedy na miejsce przybył Monar (ojciec Sally), nie wierzył własnym oczom, że to może być jego żona a jednocześnie matka jedynego dziecka. Po prostu nie wierzył. Sally oczywiście nie została dopuszczona do miejsca gdzie spoczywało ciało. Uważano, iż był by to dla niej okrutny widok, a co za tym idzie mogłaby się już nie otrząsnąć z szoku.
Część 22 / 2
Młodzi mieszkańcy Syirem mieli już za sobą ciężkie życiowe przeżycia. Lecz Vanhall był w o wiele gorszej sytuacji. Sally miała jeszcze ojca, zaś siedemnastolatek nie miał nikogo.
Gdy oboje stali przy łóżku Emmy, w pewnym momencie było słychać dzwony pobliskiej katedry. Było to znakiem tego, że duchowieństwo było przygotowane na pożegnanie pani Randall. Kiedy dzwony katedry uderzyły dwunasty raz, wszyscy opuścili chatę i wyszli na zewnątrz. Ostatni z domu wyszedł Vanhall, ledwo stał na nogach, w oczach miał tylko łzy, a na twarzy malował się grymas cierpienia i bólu. Po tym jak syn Emmy opuścił dom, wszyscy udali się w stronę katedry. Kościół stał na wysokim wzgórzu, a droga do niego była dość kręta. Dojście na sam szczyt góry zajęło niecałe czterdzieści minut. Kiedy wszyscy zjawili się u podnóża katedry, dzwon uderzył trzynasty raz. Był to znak na rozpoczęcie modłów ku czci zmarłej. Katedra wewnątrz była dość pokaźnych rozmiarów, a światło wpadało do środka przez ogromne i piękne witraże. Ściany były przyodziane przez czarne płótna , a na podłodze rozciągał się długi czarno-czerwony dywan. Wszystko było starannie przygotowane. Kiedy mieszkańcy Syirem zajęli miejsca w ławkach, rozpoczął się pogrzeb. Ciało Emmy było usytuowane naprzeciwko ołtarza. Spoczywało ono w dużej, białej łodzi. Każdy zmarły, który zostanie w takiej pochowany, na pewno nie zabłądzi w drodze do Krainy Szczęścia. Przynajmniej tak mówiły legendy. Po kwadransie ciszy, przy ołtarzu ukazał się Kapłan. Uczynił znak krzyża, po czym przeszedł do części sakralnej, czyli do poświecenia ciała, przed ostatecznym odejściem. Pożegnanie Emmy trwało blisko czterdzieści minut, gdyż każdy w samotności podchodził do łodzi i pozostawiał w niej pamiątki związane z matką Vanhalla. Kiedy wrota kościoła ponownie się otwarły, mieszkańcy opuścili budynek, a na samym końcu wyniesiono łódź. Teraz czekała ich wędrówka w głąb doliny do miejsca gdzie zostanie złożone ciało pani Randall. Miejsce było przyszykowane, nieopodal wzgórza zwanego Vanron. Tam również został pochowany ojciec Vanhalla. Podróż do miejsca przeznaczenia przemijała w smutku i ciszy. Słychać było tylko śpiew ptaków szybujących gdzieś wysoko. Kiedy wszyscy zgromadzili się wokoło wzgórza Vanron, Sally zawołała: Gdzie jest Vanhall? Czy ktoś go widział? Co się z nim stało? Każdy oglądał się w różne strony w poszukiwaniu chłopca. Niektórym przychodziły najgorsze myśli do głowy - Nie wytrzymał, załamał się, toć to jeszcze dzieciak. Jednak któryś z mieszkańców ujrzał kontury postaci siedzącej na skale wysoko nad wzgórzem. Zaraz szybko pobiegła tam Sally, by sprawdzić czy to Vanhall. Okazało się, że tak. Chłopiec siedział sam na zboczu skalnym i płakał. Nie chciał iść na miejsce gdzie jest już pochowany jest ojciec. To miejsce przywoływało mu złe wspomnienia. lecz po namowach Sally, siedemnastolatek ruszył w stronę gromady ludzi by uczestniczyć w ostatniej fazie pogrzebu. Kiedy młodzieńcy znaleźli się już w kręgu zebranych, rozpoczął się ostatni etap. Nastąpiło włożenie łodzi z ciałem do wcześniej przyszykowanego grobu. Kapłan na ziemi narysował znak krzyża, zaś Szaman posypał trumnę ziołami, które symbolizowały wyzwolenie ciała od złych duchów. Na samym końcu grób został zasypany i położono na nim tabliczkę informującą o tym, kto tu został pochowany. Obrzęd dobiegł końca, wszyscy wcześniej zebrani ludzie rozeszli się do domów, lecz na wzgórzu pozostał tylko Vanhall i Sally. Obydwoje wpatrzeni byli w wzburzone morze, między nimi panowała nieprzenikniona cisza, którą czasami przerywały morskie fale. Robiło się już późno, słońce powoli schodziło z linii widnokręgu i zaczął wiać chłodny wiatr. W pewnym momencie długą chwilę milczenia przerwały słowa Sally - Chodźmy już, robi się ciemno i zimno - lecz te słowa odbiły się od Vanhalla jak od ściany. Był pogrążony w myślach, był w zupełnie innym świecie. Dziewczyna ponowiła swą prośbę - Chodźmy już -. W trakcie wypowiadania tych słów, położyła swą rękę na ramieniu chłopca; dopiero po tym, siedemnastolatek ocknął się, ocierając łzy; Zapytał - Co mówiłaś? Jedyna osoba siedząca obok niego odpowiedziała - Czy możemy już iść? Vanhall skinął głową i obydwoje ruszyli w stronę własnych domów. Podczas drogi powrotnej, nikt się nie odezwał, noc powoli okrywała całe miasto. Na niebie było widać setki gwiazd, a po miedzy nimi widniał jasno świecący księżyc. Kiedy mijali domy, w żadnym z nich nie paliło się światło. Po trzydziestu minutach podróży było widać już dom Sally, a kilka domów za nim, dom Vanhalla. W chacie dziewczyny paliła się świeca; to jej ojciec siedział i czekał na córkę. Pożegnali się i chłopiec ponownie został sam na pustej ulicy. Gdy przekroczył próg domu, podążył w stronę swego łóżka. Od chwili kiedy odeszła jego matka, w głowie istniała tylko jedna myśl - Moja mama odeszła, zostałem sam, jak mam dalej żyć? Nie świadom tego, co się z nim dzieje, położył się w ubraniach i butach, usnął bardzo szybko.
Promienie słońca mieszały się z powietrzem, nadając mu żółtawy kolor. Jak mgła zacierały kontury drzew stojących w dalszej odległości od Vanhalla. Linia między błękitnym niebem a seledynową trawą pokrywającą pole po horyzont rozlała się, stopniowo przechodząc od jednej barwy do drugiej. Był u siebie, jednak wszystko wyglądało inaczej. Wiedział, że zmierza do jakiegoś celu. Czuł, że skąpane w słońcu pole nigdzie się nie kończy i nie zaczyna. On jednak szedł, a jego dusza wzlatywała coraz wyżej, karmiona widokiem cudownego krajobrazu. W oddali dostrzegł coś…