historia · 9 min czytania
Dziwna wojna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czy normalny człowiek pojechałby dobrowolnie do kraju ogarniętego wojną? Chyba nie. A jednak jeździło do takich krajów wielu Polaków. Nikt ich nie zmuszał, nie jeździli „za chlebem” – jeździli za dolarami. Gorzka to prawda, ale za miesiąc pracy w egzotycznym kraju zarabiali tyle, ile w Polsce przez rok i to jeszcze w twardej walucie. Dlatego wielu rzucało nawet dyrektorskie stołki i za granicą pracowało fizycznie. Byli też tacy, których gnała ciekawość świata i tacy, którzy uciekali przed problemami codziennego życia w kraju. Czy któryś z nich pomyślał o wojnie toczącej się tam, dokąd wyjeżdżał? Czy brał pod uwagę związane z nią zagrożenia? Nie wiem. Ja o tym nie myślałem. Podpisałem nawet oświadczenie, że jeśli z powodu wojny coś mi się stanie, to nie będę żądał żadnego odszkodowania. Potem spakowałem walizkę i poleciałem do Iraku uwikłanego od kilku lat w wojnę z Iranem. Razem z podobnymi do mnie ryzykantami wylądowałem nocą na jasno oświetlonym lotnisku w Bagdadzie. Na parkingu czekał już autobus, którym mieliśmy pojechać do naszego Eldorado. Jechaliśmy ulicami śpiącego miasta, mijaliśmy wielkie banery reklamowe i większe od nich tablice wystawione na cześć miłościwie panującego prezydenta Saddama Husajna. Wszędzie było jasno jak w dzień. Patrząc przez okno autobusu, pomyślałem: „To tak wygląda stolica kraju, w którym jest wojna? A gdzie zaciemnienia, gdzie patrole wojskowe i godzina policyjna? Co to za dziwna wojna?” Po opuszczeniu Bagdadu zanurzyliśmy się w pustynną noc i dopiero rankiem dojechaliśmy do celu. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem oznaki wojny. Po prawej stronie drogi za kolczastymi zasiekami widać było zabudowania koszarowe i wojskowe samochody. Na pagórku po lewej stał radar. Dookoła rozciągała się sieć przeciwlotniczych linii zaporowych na wysokich słupach. Tak witała mnie zagubiona na pustyni fabryka – moja matka żywicielka na co najmniej rok. Fabryka i domki dla pracowników otoczone były płotem z drutu kolczastego, który ciągnął się od horyzontu po horyzont. Przerywała go jedynie brama, przy której stał opancerzony transporter z wymownie skierowaną na nas lufą działka i budka dla strażników. Zamieszkałem w zadrutowanym świecie i zacząłem przyglądać się wojnie, w której dwaj producenci ropy walczyli między sobą, a świat robił interesy na dostawach broni dla obu stron. Iraccy żołnierze nosili angielskie mundury i amerykańskie hełmy, strzelali z „kałaszy” i jeździli radzieckimi samochodami. Wszystko co mieli – od guzika u munduru do największego bombowca – zostało kupione za granicą i słono zapłacone. A czym walczyli Irańczycy? Wystarczyło włączyć telewizor i popatrzeć na obrazki z frontu. Takie same mundury, „kałasze” w dłoniach, a do ich armat na pewno pasowałaby iracka amunicja. Płynęła zatem broń na Bliski Wschód, a ropa w przeciwnym kierunku i biznes się kręcił. Tamtą dziwną wojnę oglądałem niejako online, bo aktualne wieści z frontu zajmowały większość programu telewizyjnego. Każdy zniszczony irański czołg, każdy kawałek zdobytych okopów to była okazja do pokazania bohaterskich synów Iraku. Telewizja nadawała coś w rodzaju wojennego show według, mniej więcej takiego schematu: Obrazki z frontu: umorusani żołnierze z bandażami na głowach pozujący do zdjęć nad zwłokami Irańczyków i trącający butami ich bezwładne nogi lub głowy. Przerywnik muzyczny: dziewczyna w mundurze śpiewająca pieśń o lotnikach, a w tle myśliwce ostrzeliwujące wroga. Obrazki z frontu: jeńcy gnani do niewoli, wybuchy na pustyni, płonący samochód. Przerywnik muzyczny: młodzian w tradycyjnym stroju zachęcający do walki skoczną piosenką z refrenem: „Jalla, jalla, jalla, jalla”. Jalla, czyli naprzód! Naprzód za ojczyznę i wodza! Sprawozdanie z wizyty prezydenta na froncie lub w polowym szpitalu: Saddam dekorujący bohaterów albo pocieszający rannych. Przerywnik muzyczny: chór śpiewający pieśń, w której co drugie słowo to „saidi”, czyli wódz. Porywająca melodia – dobra pieśń masowa na cześć prezydenta. Potem spiker czytał najnowsze wiadomości z frontu, a po nich pokazywano inne wojenne show, lub to samo jeszcze raz. Pamiętano też o uświadamianiu obcokrajowców. Co wieczór bagdadzkie radio podawało w kilku językach komunikaty z frontu. Wszystkie były podobne i brzmiały, mniej więcej tak: „Wczoraj nasze samoloty wykonały ponad dwieście nalotów na terytorium wroga. W wyniku czego zniszczono jeden samochód, dwa karabiny maszynowe, zabito czterech żołnierzy, a siedmiu raniono. Po tej pełnej sukcesów akcji wszystkie maszyny wróciły…