Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 9 min czytania

Dziwne słowa

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dziwne słowa. Pusta głowa. Gotowa. Na jajka. Sadzone.

Delikatny ból zagnieździł się za moim prawym okiem. I łaskocze lewe. Coś jest nie tak. Mała pustynia w gębie. Słonko praży. Smak na bąbelki bez gazu. Bluza pachnie jak wędzony serek. W spodnie trafiła spadająca gwiazda. W podeszwę trafiła psie gówno. Coś nie tak. W portfelu dziura. Wysypały się papierki, pouciekały blaszki. Coś mnie łaskocze w lewe oko. Coś, co zagnieździło się w prawym. Burzowa chmurka, lekkie niedomaganie. Wody z bąbelkami!

Kac, kac okropny. Gigant gorszy niż po winie u ciociu Józi. Leżę na łóżku, wracając powoli z objęć Morfeusza. Szukam po omacku wokół łóżka czegokolwiek, co zawiera H2O. Głowa pod poduszką. Budzik wyje. W głowie tysiąc dzwonów. Opuszkami palców muskam jakąś butelkę. Nie jest źle. Nie jest źle. Sięgam, jak mogę najdalej. Nic. W mordę. Trzeba się zbliżyć, co oznacza ruch. A jakikolwiek ruch w tym stanie to nie jest dobry pomysł. Co robić? Tak źle, tak jeszcze gorzej. Pić się chce jak cholera. Dobra. Ryzyk fizyk. Z zamkniętymi dalej oczami dokonuję abordażu na życiodajny płyn. Odkręcam. Przechylam. Płynie. W dół, zgodnie z prawami grawitacji, dzięki Bogu. Dosięga spieczonych warg. Wlewa się do ust. Przełykam… Próbując ustalić, co za ohydztwo było w tej butelce, przypominam sobie, że stała w tym miejscu od dobrych dwóch miesięcy. Powinienem był ją opatrzyć napisem: „Niebezpieczny eksperyment!!!”. Przełykam i wypluwam, krztusząc się przy tym i wylewając część zawartości na poduszkę i na siebie. Reszta wraz z butelką stoi niedaleko łóżka. Ku przestrodze: nie pij, to nie będziesz mnie potrzebował! To mnie cuci do reszty. Obrzydliwy posmak w ustach i mokra pościel wyganiają mnie z łóżka. Wlokę się do łazienki. Wkładam głowę pod kran (czasem kranówa jest naprawdę smaczna) i myję zęby. Dopiero wtedy mam dość sił, by zmierzyć się ze swoim odbiciem w lustrze… O rany. A zaczęło się tak niewinnie.

Poprzedniego wieczora wcześniej wróciłem do domu. W sam raz na dobranockę. Coś mnie nosiło. Zjadłem. Wypiłem. Podrapałem się po brzuchu. Podrapałem się za uchem. Nie pomogło. Wyszedłem przed blok na papieroska. Wróciłem. Szwendałem się i szwendałem po domku, i nadal coś mnie nosiło. SMS do kumpla: „na miasto obywatelu”. W Re bardzo delikatnie. Jedno piwko. Ech, ach, ą, ę. O kulturze, o filmie. On z dziewczyną, ja sam. - Na pląsy - pada hasło. Jeszcze do końca nie przebrzmiało, a my już w Łubu-dubu. Potem Kitsch, jeszcze trochę Łubu i chwiejnym krokiem z powrotem do Re. Oni herbatka, no to ja piwko. On śpi. My zaś rozmawiamy o poważnych sprawach. Ona herbatka. On dalej śpi, no to ja piwko. Uszka czerwone, nosek czerwony. Język zaczyna się plątać. Mija kwadransik, dwa. Oni do domciu, to ja chyba też. Zbieramy się powoli. Ale mnie znów coś nosi. Coś kręci w duszyczce pokręconej. Do domu jeszcze za wcześnie. Przy barze znajomi. Żegnam Onego i Oną i krokiem odstawno-dostawnym w stronę baru. - Dasz piwko na kreskę? - uśmiecham się do barmanki. Barmanka chyba Kasia. Młoda, sympatyczna, ciało nie z tej ziemi. - A oddasz? - pyta. Może się uśmiecha, może nie. Widać, że zmęczona. Poza tym od niedawna tu pracuje, a to zawsze stres. - Oddam, oddam. Kufelek z pianką na dwa palce, proszę. Towarzystwo mało mi znane, ale sympatyczne. Po mojej prawej siedzi solenizant. A może jubilat. A przede mną żołądkowa gorzka. I soczek. Gdybym wtedy wyszedł, wszystko mogłoby się skończyć małym bólem głowy. Niestety… Pit prosi mnie o papierosa. Oho, już wiem, co się święci. Pit jest niepalący, a raczej palący inne rzeczy. Bierze papierosa. Demontuje i montuje na nowo, dodając troszkę tego i owego. Blancik krąży. Zamawiam herbatkę, chociaż i tak już za późno, żeby mogła mi pomóc. Mądry Polak po szkodzie. Knajpa dawno zamknięta, tylko przy barze coś się dzieje. Na odchodnym wpada Gosia razy dwa, w tym jedna moja była. Smutno. Do domu. No tak, nie ma lekko. Część towarzystwa w jedną stronę. Ja z Gosią w drugą. Na nocnik. Gadamy o tym i o tamtym. Podjeżdżam z nią dwa przystanki. Przytulam się, bo mnie tęskniacz chwyta i smutno na serduchu. Wyskakuję z autobusu w melodramatycznym stylu. Casablanca 2000. Lezę do kolejnego. Czekam. Wsiadam. Zasypiam. Budzę się. Autobus stoi. Silnik wyłączony, oprócz mnie zero pasażerów. Patrzę przez okno. Ciemno. Nic się nie świeci. Rany! Co to za zadupie? Wysiadam i niepewnym krokiem zaczynam iść w bliżej nieokreślonym

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dziwne słowa — czytnik · opowiadania