Fantasy · 8 min czytania
Dziwne stwory
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dzień chylił się ku końcowi. Promienie słońca odbijały się od śnieżnych czap drzew. Nie dawały już ciepła, ale wydłużały nieco krótkie zimowe dni. Przez las przedzierał się człowiek, z trudem wyciągając nogi z głębokich zasp. Czasem jego drogę przecinały tropy dzikich zwierząt. Na szczęście były to ślady zajęcy albo saren, a nie dzikich, drapieżnych kotów, wilków, czy też lemsów – śnieżnych małp, które zapuszczały się tu czasem na łowy. Były one o głowę wyższe od najwyższego człowieka. Podobno osiągały ponad osiem stóp wzrostu, a ich białe futro wyśmienicie skrywało je na tle śniegu. Po pewnym czasie wędrowiec zaczął natrafiać na ślady rakiet śnieżnych. Zbliżał się do celu. Niedługo powinien dotrzeć do chaty Haldona – tropiciela i myśliwego. Był on jedynym, który mógł dostać się do pozaświata. Droga do niego prowadziła przez kompleks jaskiń wysoko w górach. To Haldon im o tym powiedział i pokazał przedmioty, które tam znalazł: cienkie rurki, lekkie a zarazem bardzo wytrzymałe z nieznanego metalu; dziwne ubrania, przypominające poduszki z pierzem, tkaniny niespotykane w żadnej ze znanych krain i wiele innych rzeczy o nieznanym przeznaczeniu. Prawdopodobnie również stamtąd pochodziły lemsy, które pojawiły się w tych górach przed kilkuset laty i jak twierdził Haldon, bywały czasem w pozaświecie. Początkowo znaleźli się śmiałkowie, którzy chcieli towarzyszyć Haldonowi w jego wyprawach, ale nie potrafili dotrzeć tak wysoko w góry, jak ich przewodnik. Zaczynali się dusić, tracić przytomność i musieli zawracać. W końcu pogodzono się z tym, że tylko Haldon potrafi tam dotrzeć. Być może zawdzięczał to temu, że będąc niemowlęciem, został porwany i wychowany przez lemsy. Po wielu latach z gór zszedł chłopiec, z wyglądu kilkunastoletni. Po znamieniu jakie nosił pod lewą łopatką, rozpoznano w nim zaginione dziecko, jednak od tamtego wydarzenia minęło kilkadziesiąt lat. Kiedy nauczył się mówić, opowiedział, że wychowywała go samica lemsa, która straciła swe dziecko. Rozwijał się równie wolno jak ich młode, widocznie taki wpływ na jego organizm miało mleko małp i rozrzedzone powietrze gór, w których żyły. Rzadko bywał w dolinie. Jego organizm źle znosił ciepło i atmosferę tam panującą. Dlatego też zbudował swą chatę w lasach na stokach gór na granicy wiecznego śniegu. Gości miewał niewielu, czasem odwiedzali go młodzi krewniacy, dla których był teraz stryjecznym dziadkiem, a może i pradziadkiem, choć nadal był mężczyzną w sile wieku. Nadal starzał się wolniej niż inni ludzie. Najczęściej jednak bywali u niego uczniowie magów. Mistrzowie przysyłali ich po pewien minerał, cenny i bardzo rzadki składnik wielu mikstur, w który, jak się okazało, bogate były skały w pozaświecie. W zamian otrzymywał żywność, jakiej nie mógł zdobyć w swej niedostępnej głuszy np. mąkę, jaja, różne przyprawy i narzędzia, resztę dawał mu las. Jeden z nich zbliżał się właśnie do chaty Haldona. Piechur oddychał z trudem, pot ściekał mu po twarzy, wykończyła go długa droga i wysiłek jaki musiał włożyć w walkę z coraz głębszymi pokładami śniegu. Na szczęście męka się kończyła, dotarł do małej polanki, na której stała chata Haldona. Z komina cienką smugą unosił się dym. Raźno ruszył naprzód, śnieg tutaj był trochę ubity, dzięki czemu nogi nie zapadały się zbyt głęboko. Załomotał pięścią w drzwi i usłyszawszy zaproszenie wszedł do ciepłej izby. Zdjął czapę i płaszcz podbity futrem i zawiesił je na kołku w pobliżu paleniska, by wyschły. Haldon siedział przy stole na środku pomieszczenia. - Witajcie. Siadajcie do stołu. – zaprosił gościa, ręką wskazując stołek obok siebie. – Pamiętam was. Kerso, od mistrza Jendry, prawda? - Zgadza się. – odrzekł zapytany, zajmując wskazane miejsce. - Dobrzeście trafili, akurat gotuję gulasz z zająca. Starczy i dla was. Zjemy i…