Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Duchy · 27 min czytania

Dziwy - Fatum cz.1.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Niebo nabrało odcieni czerni i granatu. Pióropusze ciężkich, ołowianych chmur, co i rusz, rozświetlały rozbłyski błyskawic, które niczym kły bestii wgryzały się w przykrytą obłokiem nieb powałę. Wielkie czarne ptaki szukały schronienia w pobliskiej kępie drzew. Z potężnym rykiem, bestia zstąpiła na ziemię i przetoczyła się gromem pośród pól. - Nuże, spokojnie hrabio, spokojnie. - Uspokoił konia zgarbiony staruszek, siedzący w koźle, w grubej kurcie, płóciennych spodniach i lipowych łapciach naciągniętych na obwiązane onucami stopy. Hrabia nijak nie chciał zachowywać się jak arystokrata. Ciągnął wóz prosto, ale targał łbem na prawo i lewo i rżał tak żałośnie, że aż serce ściskało. Opodal, w stracha na wróble uderzył piorun. Kukła rozleciała się na małe, płonące drzazgi. - Hrabio! - Zawołał dziad, gdy koń skręcił i niemalże wtoczył się wraz z wozem do pobliskiego parowu. - Cóże ty wyprawiasz?! Jakeś mój najlepszy ogier, nie zachowuj się jak podrzędna szkapa! - Zapluł się mężczyzna podskakując na ławeczce i ściągając cugle. Kolejne ostrze światła wryło się w bezgraniczną czerń nieba, ujawniając zgarbioną postać, stojącą na środku traktu. - Ki czort? - Mruknął starzec, kierując konia z powrotem na wyboistą drogę. Koń zarżał niespokojnie, gdy kolejny grom przetoczył się po polach. Błyskawica ukazała wychudłe straszydło w poszarpanym płaszczu podróżnym. Twarz miało skrytą w mroku głębokiego kaptura. Po plecach mężczyzny przebiegł dreszcz. - No, chyżo Hrabio. - Ponaglił konia, który niechętnie zbliżał się do tajemniczej postaci. Nim podjechali na odległość, z której mężczyzna mógłby się przyjrzeć nieznajomej osobie, rozhulała się potężna wichura, która gięła drzewa i siekła deszczem jak małymi szpilkami. Błysk. Postać zbliżyła się do wozu. Koń nerwowo przestępował z nogi na nogę. - Proszę wsiadać, zawieziem! - Zaproponował staruszek, przekrzykując wicher i samemu się dziwiąc, jak szybko zdecydował się zabrać obcego. Wyciągnął rękę w kierunku zakapturzonej postaci i chwycił zimną, kościstą, acz silną dłoń bardzo starej kobiety. - Ninie rzadko tędy wozy jeżdżą, tom nie mógł ostawić pani tak na deszczu. - Rzekł mężczyzna prostując się w zydlu jak struna i wypinając pierś przed siebie. Starucha pokiwała nieznacznie głową i jęła się patrzeć przed siebie. - Wilhelm. - Ukłonił się dziad. Kobieta nie odpowiedziała, toteż wzruszył tylko ramionami i zacmokał na Hrabiego. Koń ruszył z wolna niezadowolony z upiornego towarzystwa i dodatkowego ciężaru, który musiał ciągnąć. Wielkie ptaki ginęły, gdzieś w oddali, od piorunów. Żałosne krzyki latawców niosły się po polach niczym zawodzenie umierającego olbrzyma... * Droga mijała całkiem szybko. Na trakcie nie spotkali ani jednego wozu. Ani jednego podróżnika, czy jakiejkolwiek żywej duszy. Kopyta uderzały jednostajnie o ubitą glinę, łeb konia kiwał się hipnotycznie, to w górę, to w dół. Pogoda nieznacznie się poprawiła. Przestał dąć potężny wicher i deszcz niemalże ustąpił. - Taa... - Westchnął dziadyga. - Witamy w Konicach. - Przedstawił wyrastającą na horyzoncie wioskę. - Tamój jedziem i tamój panią szanowną pozwolę sobie opuścić. - Rzekł do dziwnej staruchy, która jednym nawet słowem nie raczyła go zaszczycić. Zbliżające się budynki rosły i rosły, tak samo jak przeświadczenie w głowie i sercu Wilhelma, o tym, że nie powinien był dziwnej nieznajomej przywozić do Konic. W końcu zatrzymali się przy pierwszych, drewnianych domach, przykrytych strzechą. - Ninie czas się żegnać, pani. - Zamamlał staruszek. Kobieta bez jego pomocy zeskoczyła z wozu i z mlaśnięciem wpadła stopami w przydrożne błoto. Skinęła lekko kapturem. - Bywajta, pani! - Zawołał do tajemniczej nieznajomej. - I nie pokazujta mnie się więcej na oczyska... - Mruknął do siebie. Koń zarżał nieco weselej, gdy mógł czym prędzej oddalić się od straszydła. * Tej nocy w Konicach zwierzęta były niespokojne. Konie rżały i parskały. Kurczaki próbowały roznieść w pył swój kurnik, zdałoby się: lis wpadł tam i zamieszania narobił. Nic to jednak z prawdą wspólnego nie miało. Prosiaki rozbijały się po chlewie, po całości taplając się w gnoju i oblepiając sianem. Kwiki budziły gospodarzy, którzy co jakiś czas chodzili sprawdzać cóż takiego się wydarzyło w tych chlewikach. Znajdowali jedynie brudne i przerażone świnie. Po gospodzie chodziły słuchy o jakiejś szpetnej babie, co się włóczy po wiosce i straszy zwierzęta. - Mówię wom! - Wrzasnął młody kowal z zamiłowaniem do gorzały wymalowanym na nosie, w kolorze tak głębokiej purpury, że wielcy księża kardynałowie z samej Romy by się jej nie powstydzili. - Tamój, pod gospodarstwem pana Knotza! - Nu i cóżeś tam obaczył? - Rzucił podejrzliwie, równie barczysty co kowal, karczmarz nalewając gorzkiego piwa do glinianego kubka. - Toć właśnie rzekę, że niechybnie babę starą, a brzydką, że ho-ho! - Zaczął kowal i pociągnął mocny łyk gorzałki ze szklanej butelki. - Ej, ej! - Ryknął karczmarz marszcząc brwi. - Chowaj to, bo cię wywalę na zbity pysk! - Zagroził, ku uciesze kilku zainteresowanych słuchaczy-bywalców. - Nuże, spokój panowie! - Rzekł mężczyzna, który nagle stanął w drzwiach przybytku. Był to rosły chłop z nieco zbyt wydatnym brzuchem i odstającymi policzkami. Gęste wąsy dotykały, niemalże ją zakrywając, górnej wargi. Na drogą koszulę w kolorze wiosennej zieleni naciągniętą miał brązową, wyszywaną kamizelę. Nogi okrywały skórzane nogawice, wszystko podtrzymywał skórzany pas z dużą klamrą. Podkute, jeździeckie buty stukały o drewnianą posadzkę. - Panie Knotz, ten tu Baszko, pijaczyna, opowiada, że widział był straszydło jakie na waszych włościach. - Rzucił niedbale i wzruszając ramionami karczmarz. - Nalejcie mi piwa... albo nie, czegoś mocniejszego, panie Gerardzie. - Zażyczył sobie rycerz, siadając naprzeciw kowala. - A ty Baszko gadaj, no. Kowal zabulgotał i odetchnął ciężko. - Panoczku, szłech znad jeziora. - Zaczął kowal i czknął. - Mijoł żem waszmości dom, zegrody i pole. Wicher targał mnom na prawo i lewo, ażech musioł moja kapota - mówił potrząsając połami znoszonego płaszcza - trzymać kieby mi nie porwało. - Darujcież sobie, mości kowalu, barwne opisy pogody. Coście widzieli? - Ponaglił pan Knotz. Karczmarz postawił przed nim karafkę z gorzałką i kryształowy kiliszek. Korzystając z chwili nieuwagi Gererda, Baszko pociągnął łyk z butli schowanej pod ubraniem. - No i ten... - Czknął po chwili pijany kowal. - Widział żem babę jaką, co się kręciła przy chlewikach. Świnie kwiczały, a obijały się tam jakby jaki wilk pomiędzy nie się wdarł i rzeź urządził. - Znacie ową, coście ją widzieli? - Zagadnął szlachcic krzywiąc się niemiłosiernie powodowany wodą ognistą zaserwowaną mu przez karczmarza. - Dupa, a nie zna! - Machnął ręką Gerard. - Już mu się babska jakie przedstawiają przed oczyma, od tego bimbru, co go pod kapotą trzyma! - Dodał zdenerwowany. - Spokojnie, mości panie. - Mruknął do Gerarda Knotz. - Nuże, mówcież. - Zwrócił się do Baszki. - Paaanie, twarzem był widział i zmroziło mnie, jakbym ducha obaczył! - Zamachał rękami. - Taka straszna? - Taka brzydka! - Popluł się kowal. - Zmarszczek miała więcej niż moja stara, na... - Darujże sobie, darmozjadzie! - Wpadł mu w słowo Gerard. - Pewnoś właśnie swoją starą widział! Zrobiło się małe zamieszanie. Gerard wrzeszczał na Baszkę, że "pierdoli trzy po trzy", kowal ryczał wszystkie ubliżające matce karczmarza słowa jakie znał, Knotz uspokajał obydwóch, a reszta śmiała się i obstawiała, czy dojdzie do rękoczynu. - Dosyć, kurwyż, wasze macierze! - Zaryczał szlachcic, który stracił w końcu panowanie nad sobą. - Dowiem się wreszcie, kto straszył moje zwierzęta?! - Wrzasnął uderzając ręką o stół, aż przewrócił się kryształowy kieliszek. - Demon jaki! - Jęknął Baszko. - Nie wierzyć mi, wasza wola, alech terozki prawdę wom pedzioł. Na najświętszą Dziewicę przysięgom, że była tam i jedno, ino, miała oko, pośrodku pomarszczonej i zbrzydłej twarzy! - Wykrzykiwał jak poparzony. - Mówta, co chceta, ale ja mu wierzę. - Powiedział, dysząc ciężko, pan na ziemiach konickich. - Że demona spotkał? - Zapytał, z niedowierzaniem karczmarz, wracając za ladę. - Że widział. - Uciął krótko pan Knotz. - A ty Baszko... Kowal uniósł wzrok na szlachcica. - ... jutro masz być trzeźwy. Liczę na ciebie, że pomożesz mi diaboła znaleźć i - w razie czego - przepędzić. - Dokończył rycerz. - Jakem żyw. - Ukłonił się Baszko. Knotz wypłacił należność za gorzałkę i opuścił gospodę bez pożegnania. * Cień przesunął się wzdłuż płotu okalającego kościół i probostwo. Minął dom rymarza, jak i warsztat kowala, o którym chodziły słuchy, że świątek, piątek, czy niedziela, ledwie utrzymuje się na nogach i widoku dna w butelce swojej strzymać nie potrafi. Przemknął po błotnistej drodze. W rzeczywistości nie był to bezkształtny cień, a smukła postać, w starym, poszarpanym płaszczu z kapturem, naciągniętym na głowę. Jedynie ów kaptur umożliwiał stwierdzenie, gdzie dziwadło patrzy, jednakowoż nie było też nikogo, kto mógłby je ujrzeć. Postać ogarniała wzrokiem wszystko wokoło siebie. Gdy spojrzała na drogę, niemalże natychmiast, zmętniały wszystkie znajdujące się na niej kałuże. Szybkie spojrzenie na opartą o wejście na piętro stodoły drabinę i kilka szczebli zatrzeszczało pękając od środka, na zewnątrz jednak zachowując nienaruszoną fakturę. Postać bezszelestnie sunęła dalej. Smukła, diaboliczna. Taka, jaką namalowałby, w ekstazie twórczej, malarz, tworząc kolejną wariację na temat danse macabre. Przed domem Wilhelma stał drewniany wehikuł. Ten sam, na którym starzec przyjechał do Konic z nieznajomą. Ten dom i wszystko co znajdowało się wokół niego, a było własnością starego, zostało pominięte przez niszczycielski wzrok demona. Z bocznej dróżki, wartkim krokiem, wyszedł mężczyzna. Nie najmłodszy, z nieco zbyt wydatnym brzuchem i pokaźnym wąsiskiem na nalanej twarzy. Mruczał coś pod nosem. Zatrzymał się, przecierając czoło i dysząc. Otto Knotz czuł ucisk w piersi. Serce kołatało szybko i mocno, jakgdyby miało zaraz wyskoczyć. Mężczyzna czuł jak drętwieją mu ręce. - Iesu Christi, cóże to? - Sapnął i zataczając się lekko, wsparł się o pobliski płotek. Oddech miał płytki i chrapliwy. Uniósł głowę, w oczach miał gorączkę. Niemniej jednak widział. Widział wyraźnie. O rzut kamieniem od niego stało coś co wyglądało jak człowiek. Ubrane w szmaty, błyskało okiem spod głębokiego kaptura. - Mateczo Przenajświętsza... - Jęknął osuwając się na kolana, pod ciężarem mocarnego spojrzenia. - Zatem Baszko... - Nagle dotarło doń, że kowal, choć pijany, mówił prawdę. Chciał uciec, ale stracił kontrolę nad własnym ciałem. Ogarnął go całkowity paraliż. Klęczał w miękkim błocku i wlepiał mętniejący wzrok w straszydło. Nagle pociemniało mu w oczach. Cały świat zawirował i zgasł. Ucisk ustąpił. * - Ottonie. - Odezwał się przyjemny, niski głos. Głos przyjaciela. - Ottonie, słyszysz mnie? Szlachcic otwarł oczy. Leżał w łóżku, w miękkiej puchowej pościeli. Zniknęła zabłocona droga, płotek, ucisk w piersi. Zniknęła dziwna mara, widziadło, które przedstawiło mu się na wzór kostuchy. - Marcin? - Zapytał, choć był niemalże pewien, że znajduje się w domu konickiego proboszcza. - Tak, to ja. - Odparł mężczyzna obleczony w czerń. - Co ci się stało, bracie? - Zapytał, nie próbując nawet ukryć troski w głosie. - Nie uwierzysz mi, Marcinie... - Odetchnął ciężko Otto. - Ja, Martin Weirauch? Z polecenia biskupa wrocławskiego, boży miecz, na siły nieczyste, egzorcysta? - Zaśmiał się łagodnie, by nie rzec: pobłażliwie. - Poza tym był u mnie Baszko. Dziś rano. - Baszko? - Zapytał, nieco zmartwiony, Knotz. - Rano? - Tak, tak, przyjacielu. Jest już dobrze po południu. - Poinformował szlachcica ksiądz. - A co do Baszki... już widzę twoją zmartwioną minę, ale nie martw się. Wyjątkowo był trzeźwy, jako i ja. Z tego zaś tuszę, że sprawa jest poważna. Z resztą akurat jemu się nie dziwię. - Ciągnął kapłan i odchylił się w krześle, które jęknęło w proteście. - Nie wspominając już o tym, że musiało to być coś potężnego, bo takiego rittera jakaś byle kuśka, by nie sprowadziła do poziomu podłoża. - Jeśli to miało być pocieszenie, to daruj sobie. - Odparł z kwaśną miną. - Cóże, do ciężkiej cholery, szwęda się po mojej wsi? - Do wyrazu twarzy doszła jeszcze rezygnacja w głosie. - Nie chciałbym wydawać wyroków nader rychle. - Kiwnął ręką konicki proboszcz i wstał z krzesła, które skrzypnęło z ulgą. Ulgą, której brakowało Ottonowi Knotzowi. - Ale? - Zapytał szlachcic. - Ale podejrzewam, że nawiedziło nas Licho. - Rzucił, jakby od niechcenia Marcin Weirauch. - Licho?! - Otto aż usiadł w łóżku. - Toż to brednie jakieś! Gusła, wymysł chorej, chłopskiej głowy! - Zamachał rękami, co wyglądało wręcz komicznie. - Wierzysz w Boga, Ottonie? - Zapytał niewzruszenie kapłan, patrząc przez duże okno i mrużąc oczy od popołudniowego słońca. - Cóże to za pytania mi zadajesz? - Oburzył się tamten. - Wierzysz? - Zapytał ostrzej. - Tak, ojcze, wierzę. - Nagle poczuł się malutki. Teraz miał przed sobą sługę bożego, nie przyjaciela. - A w anioły? Ottonie, czy wierzysz w niebiańskie istoty? - Kolejne pytanie uderzyło jak grom. - Wierzę. - Zapewnił z nabożnym lękiem Knotz, machinalnie składając ręce. - A zatem winieneś też pamiętać o tym, że jest też i druga strona. - Marcin Weirauch odwrócił się od okna i spojrzał chłodnym, błękitnym wzrokiem prosto w oczy konickiego pana. - Istnieje piekło, gdzie wieczny ogień pali grzeszników, gdzie drą…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dziwy - Fatum cz.1. — czytnik · opowiadania