Komedia · 22 min czytania
Dżony 2.0
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Dżony 2.0, czyli terapia wyostrzania smaku
Żeby naprawdę docenić przyjemne rzeczy, trzeba zaaplikować dawkę obrzydlistwa (oczywiście nie bezpośrednio jedno po drugim!)
Od autora do czytelnika
Jest to delikatnie ocenzurowana wersja opowiadania „Dżony i 997”. W poprzedniej wersji znajdowało się więcej wulgaryzmów i jak mi zarzucali niektórzy czytelnicy - „zbyt dużo niesmacznych opisów”. Choć sam nie lubię cenzury, uważam że w tym przypadku czyni ona lekturę przyjemniejszą. Dokonałem także pewnych poprawek w tekście, które jednak nie zmieniły zasadniczej historii. Z góry dziękuję za wybranie i przeczytanie tego opowiadania, a jeśli przeczytasz je do końca, gorąco polecam nie czytać oryginalnej wersji.
****** ****** ******
Cóż mógłbym rzec Wam o Dżonym?. Dżony, to Dżony. Jak mówią - „Dżony nie pyta czy boli i z dyńki ci jeszcze przypierdoli”. Nosi sprane, niebieskie, obcisłe dżinsy oraz wysokie buty z twardej imitacji skóry. Jego również dżinsowa kurtka tak śmierdzi piwem i tanim tytoniem, że sto Frań nie usunęłyby tego zapachu po stu latach prania. „Dżony nie myśli zanim skopie komuś dupę. Dżony najpierw kopie dupę, potem myśli” - powiadają mieszkańcy miasteczka w którym żyje nasz bohater. A że jest on chodzącą maszyną do kopania tylnej części ciała, nigdy nie narzeka na brak roboty. Znajomi mówią na niego „Dżony”, choć w rzeczywistości nazywa się Sławomir P. i nie mieszka wcale w Teksasie, tylko w jednej z polskich kloak jakim jest Głodówek. Dlaczego tak na niego mówią? Cóż, Sławomir P. od dziecka bardzo chciał być cowboyem. Nigdy nim jednak nie był i już nie będzie, gdyż urodził się trochę za późno, w niewłaściwym miejscu, a Bozia wyposażyła jego mózg w zbyt skromną ilość szarych komórek (tak skromną, że gdyby dorwał prawdziwy rewolwer, pewnie natychmiast zrobiłby surówkę z własnych jąder). Dżony jednak stara się być bohaterem Dzikiego Zachodu jak tylko może. Żuje tytoń (to znaczy, ludziom się tak wydaje. W rzeczywistości przeżuwa flegmy własnej produkcji). Potrafi także się bić (tu się akurat wszystko zgadza – naprawdę jest zdolny porządnie skopać jaja, o ile jest trzeźwy (a ostatnio coś z tym cienko)). W każdym bądź razie, Dżony jest jedynym i prawdziwym Dżonym w Głodówku. Jedynym i prawdziwym strażnikiem zacofanej dziury. Żaden tam cowboy, choć wszyscy go za takiego uważają i do stóp mu padają. Zwykły polski alkoholik, jakich pełno wszędzie. Po prostu polski Dżony. Miasteczko Głodówek potrzebuje takiego człowieka jak on, a on potrzebuje takiego rowu jakim jest Głodówek, gdzie istnieje tylko jeden bar, a jedyną władzę stanowi właśnie Dżony, siedzący swoją dżinsową dupą, na wysokim jak wieża w Pizie stołku przy ladzie.
****** ****** ******
Część 22 / 3
Pewnego dnia, we środę, Dżony miał cacy banię. Czwartkowego poranka jednak, kiedy na swym łożu zmienił pozycję z embrionalnej na siedzącą, niemal natychmiast zwymiotował. Pech chciał, że zrobił to dokładnie do wnętrza swych butów, które stały dumnie w szeregu, tuż obok jego żelaznego łoża. - Ooo kurwa... - wydusił pijackim głosem Odbiło mu się. Znów mu się odbiło. Tym razem z zawartością.
(*ocenzurowano*)
Ale Dżony wstał. Dżony wstał. Wstał Dżony. Dżony wstał jeszcze dwa razy i tyle samo razy upadł. Wstał po raz kolejny, i tym razem się... tym razem się... uuu Dżony... uuu lecisz... tym razem się... uuuuuu trzymał. Kochał swe wspaniałe, żelazne łoże, na którym regularnie uprawiał seks z Renatą R. - znaną też jako „Mortabella” - jedyną kurwą w Głodówku. Mortabella była tuż po pięćdziesiątce, włosy miała ufarbowane na obrzydliwy, pomarańczowy kolor, a jej ogromna mleczarnia dawno już została zlikwidowana na polecenie matki przełożonej klasztoru Sióstr Menopauzanek. Jej wielkie piersi pełniły głównie funkcję organicznych termoforów Dżonego, a ona sama była po prostu wielką kotłownią. Dżony nigdy nie wiedział czy bardziej kocha ją, czy też swe wspaniałe, żelazne łoże o którym była już mowa. Z pewnością jednak Dżony uwielbiał znajdujący się w pobliżu zlewozmywak, dlatego, ponieważ był on najbardziej uniwersalnym sprzętem w jego domu. Przechowywał w nim naczynia, pieprzył się na nim z Renatą R, oddawał weń swą mocz ( zaraz też ją odda, ale raczej na podłogę) oraz (*ocenzurowano*). - Spał nawet w niej, a także się mył pani sąsiadko! - Co pani nie powie, kochanieńka! Dżony nie przewidywał takiej katastrofy tego pieprzonego, czwartkowego poranka. Po prostu nie przewidywał.
****** ****** ******
Kiedy znalazł się w swojej pracy, czyli na wysokim i krzywym jak wieża w Pizie stołku przy barze, wówczas Dżony po prostu nie wiedział czy się zaraz przewróci. - Oooj trzymaj cię Dżony... trzymaaaaam cię... o, widzisz, znów siedzisz prawie pionowo. - Dżony? - właściciel budy i jedynej kurwy w miasteczku, nie miał wesołej miny. - No co... - Zbych znowu jest w mieście. A jak jest Zbych, to wiesz... - Wiem Marek ... wiem Kaziu... - Dżony nie miał siły mówić. Przetarł za pomocą swego szorstkiego języka beżowe zęby, które sterczały mu gdzieniegdzie z przegnitych szkorbutem dziąseł, po czym zrobił łyk ciepłego piwa. - On chyba ma coś dla mnie - rzekł Kazio. Kazimierz M. - bardzo sympatyczny człowiek, przeżył niegdyś naprawdę ciężkie chwile. Na nic się zdało jego wieloletnie leczenie u jedynego w miasteczku lekarza - Przemysława U. – endokrynologa, prawie książkowego Doktora Swędziwora, który częściej się drapał po jajach, niż stawiał właściwe diagnozy. Kurduplowatość Kazia była dostatecznym kompleksem aby po prostu zniszczyć mu całe życie. Już po trzydziestce przytył czterdzieści kilo i obecnie wyglądał jak nadęta kiszka Renaty R. - Tjaaa ... - powiedział Dżony i niebezpiecznie szeroko otworzył jamę ustną. - Yp.
Pół godziny siedzieli. Dżony na swym stołku, a Kazio na niższym taborecie za ladą. Nagle, drzwi się otworzyły i wszedł nie kto inny, jak właśnie Zbych. Tuż za nim, pojawił się nieznany dotąd Dżonemu i Kaziowi mężczyzna w czarnym, długim płaszczu, oraz w równie czarnym kapeluszu z szerokim rondem. Oboje podeszli do baru. Obcy jegomość patrzył się to raz na Kazia, to raz na naszego biednego Dżonego. - Ten - wskazał na pijaka mężczyzna w płaszczu - Chcę tego - powtórzył, przytaknął głową i normalnie Dżony wstałby ze swego stołka, po czym przypierniczyłby ostro, a może i nawet krwawo w czerep jegomościa. Doskonale pamiętał jak pewnej niedzieli, jeszcze w czasach gdy w siódmy dzień tygodnia miał zwyczaj trzeźwy chodzić, mocno się zdenerwował i z dyńki jednemu Bodźkowi przywalił – prawie jak Walduś z serialu, który bardzo lubił. Bogdan C. zasłużył sobie na to, gdyż popatrzył się na Dżonego pod zbyt wyzywającym kątem. Ale we czwartek 24. 06. 2004 roku, o godzinie dziewiątej minut trzydzieści i trzy, pseudocowboy nie poczęstował przybysza swym czołem. Nie zrobił tego dlatego, ponieważ właśnie mu się we łbie kręciło. Dżony nie zaserwował łomotu przybyszowi, gdyż nie widział go wcześniej. Nie roztrzaskał z piąchy szeregu wspaniałych sztucznych zębów przybysza, gdyż gość był obcy, wyraźnie nietutejszy, a obcy znaczy nieznany, a coś nieznanego jak dotąd nie pojawiało się tak nagle, z nikąd w Głodówku. Jak dotąd to Dżony pierwszy odkrywał nieznane rzeczy. Do diabła, to Dżony był królem kloaki i tylko on mógł znać każdego! - Tak, ten będzie dobry. Bierzemy go. Wytrzeźwieje i bierzemy się do roboty – powiedział wysoki mężczyzna w czerni. Kazio - najbardziej inteligentny chłop w miasteczku, czuł że coś się święci, a jak miał takie przeczucie, to zwykle się ono spełniało. Najbardziej nie podobała mu się data tego dnia. Od rana, niemal co chwilę wpatrywał się ciekłokrystaliczny wyświetlacz swego zegarka, na którym oprócz godziny, nie wiedzieć dlaczego, migała mu data: „24 06 2004”. Kaziowi wydawało się także, że zna skądś twarz przybysza w czarnym płaszczu. Kazio („To inteligentna chłopina panie Władku, mówię panu. Powiedział że będą lać, i lali w sobotniej dyskotece”), powycierał strużki wymiocin za pomocą swej ścierki, którą też zresztą miał zwyczaj traktować kufle do piwa. - Pan zostawi! Charakteryzator będzie miał mniej roboty. Sztuczne rzygi są trudne w produkcji, a my dysponujemy małym budżetem - powiedział tajemniczy facet.
****** ****** ******
Część 33 / 3
Po czterech godzinach wszystko już było gotowe: sprzęt rozłożony, a wyglądający na trzeźwego Dżony, stał oparty o barierkę, tuż obok głównej ulicy - jedynej dwukierunkowej jezdni w mieścinie. Jakiś kolejny, nieznany dotąd Dżonemu mężczyzna, podszedł do niego, popatrzył z pogardą, a następnie uśmiechnął się ironicznie. Dżony nie użył swój but na brzuchu gościa, gdyż zmęczony był chłopina.
- Roman Fisztermajer, reżyser. Telewizja Polska – powiedział wysoki człowiek, który stał naprzeciw niego i był równie dziwnie ubrany, jak trzech pozostałych gości za jego plecami. Dżony popatrzył ze zdziwieniem i zadał sobie szereg pytań.
„Telwzja?”
„U nas???”
„W Głodówku??????”
- Program 997 to popularna produkcja Telewizji Polskiej. Jesteśmy tu w celu zrobienia odcinka o zabójstwie Jana D. - starego, bezrobotnego alkoholika. Jego syn - Grzegorz D. poderżnął mu gardło, gdy leżał pijany na trawniku. Po morderstwie, Grzegorz D. uciekł z kraju. Chcemy aby pan zagrał jedną z postaci – powiedział reżyser. Dżony popatrzył z niedowierzaniem na niego, a stojący obok Kazimierz (Kazio rzecz jasna zamknął lokal, a jak! Takie wydarzenie! Telewizja w Głodówku! Rany Boskie!) znowu pełnił funkcję podpory, gdyż czuł że jego kolega - największa pompa ssąca etanolu w miasteczku, a co za tym idzie - największe jego źródło dochodów, może lada moment mieć bliskie spotkanie z gruntem. - Zagra pan Jana D. – powiedział Roman Fisztermajer. Dżony stwierdził, że musi chyba zacząć próbować lepiej rozumować o czym oni wszyscy mówią, ponieważ czuł że coś się święci, że to o nim gadają, a może nawet chcą coś z nim zrobić! Kazio rzekł mu do ucha, że musi powiedzieć "tak". Dżony nie powiedział "tak", ale pokiwał za to głową. - No dobra, chopie! – powiedział Dżony, gdy Zbych i Kaziu go prowadzili. Tak go prowadzili, że po piętnastu metrach wędrówki, w stronę w którą kazał im iść reżyser, wszyscy wywalili się na chodnik. - Zostawcie jak leży - powiedział Roman. Reżyser był najwyższym człowiekiem z czteroosobowej ekipy. Bogaty gość. Bogaty gość i to nie tylko z powodu niesamowicie beznadziejnych, nieprzemyślanych, amatorskich filmów, które produkował (pełnił również funkcje montażysty i scenarzysty). Od niedawna był również bogaty z powodów, które bardzo kontrastują z dobroczynną działalnością programu 997. - Kręcimy teraz scenę z prologu - powiedział Roman - Standardowy fragment z życia Jana D, gdy leży pijany na ulicy Zanim Roman F. krzyknął "Kamera!", stwierdził że coś mu nie gra i podszedł do…