Akcja · 7 min czytania
Eeee... nie mam pomysłu na tytuł
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Chyba się obudziła - usłyszałam szept, tak bardzo podobny do szeptu mojego brata. Wciągnęłam łapczywie powietrze, jakby brakowało mi go przez kilka dni, a gdy wydychałam go z płuc do moich uszu dobiegł chrapliwy świst. Czy to ja? - zastanawiałam się cicho, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Delikatnie rozchyliłam powieki, bojąc się tego, co mogłabym za chwilę ujrzeć. Ból pulsował w każdym kawałku mojego ciała. - Connie? - zwrócił się do mnie Jack. W jego głosie niedowierzanie i zaskoczenie, mieszało się z ciekawością. - Mhm... - wycharczałam w jego stronę - Cz-cześć - udało mi się powiedzieć. Chciałam odwrócić głowę, żeby nie mógł na mnie patrzeć. Cały wstyd i zażenowanie, które się we mnie kryło, wypłynęło na policzki. Czułam, jakby z tego gorąca, za chwilę miała mi pęknąć głowa. Próbowałam się wyprostować, ale gdzieś w okolicy żeber przeszył mnie ostry, piekący ból. - Nie wstawaj! - przestraszył się Jack i ułożył mnie z powrotem w leżącej pozycji - Lekarz powiedział, że masz... no... wiesz, złamanych kilka żeber... - Kilka... to znaczy... ile? - wydusiłam. - Nieważne - chyba starał się zaśmiać, ale zamiast tego jego twarz przybrała niebezpiecznie bolesny grymas. - To już... koniec, prawda? - szepnęłam najciszej, jak potrafiłam. - Tak, Connie - westchnął mój brat bez cienia dawnej radości - To już koniec. - Nie da się już... nic... zrobić? - zapytałam płaczliwie, czując w gardle coś, co prawdopodobnie powodowało owy chrapliwy świst, rozlegający się przy każdym wydechu. - Obawiam się, że nie. Zaczęłam płakać. Łzy moczyły moje policzki i skapywały z brody na nieskazitelnie czystą pościel. Piekły mnie oczy, krtań i gardło, płuca i żebra. Pragnęłam w tej chwili skonać żywcem na szpitalnym łóżku. - Musimy coś zrobić! - zawołałam z mocą, po czym natychmiast zajęczałam z bólu - My... nie możemy przecież... tak tego... zostawić - dodałam o wiele słabiej. - Gdyby to było takie łatwe - odpowiedział Jack lekceważąco. - Ale... oni ich zjedzą - jęczałam - Oni zjedzą naszych rodziców - wyrzęziłam - Zjedzą ich, słyszysz Jack, zjedzą! - wrzeszczałam. - Constance, uspokój się, bo dadzą ci środek uspokajający - warknęł Jack - Potrzebujemy cię, słyszysz? - wścieknął się nie na żarty. - Ale... - zaczęłam znów. - Przestań panikować, dobra? Wyzdrowiejesz, a wtedy wrócimy tam i pomścimy naszych staruszków! Zobaczysz, obiecuję ci to! - Nie chcę, żebyś obiecywał... Nie chcę ich pomścić... Ja chcę ich ratować! - Nie możemy już nic zrobić, nie rozumiesz? - Jack pochylił się nade mną i szepnął mi ze złością do ucha: - NIC. Jeśli tam pójdziemy, nas też ugotują. - To niech ugotują! Wszystko jedno! - czułam, że odzyskuję głos - Wolę umrzeć z własnymi rodzicami, niż żyć ze świadomością, że nie próbowałam! - Przestań, jesteś jeszcze pod wpływem narkozy - rzucił Jack - Schizujesz! - Wcale nie! - rozpłakałam się - Daj mi jakieś przeciwbólowe prochy i wiejemy stąd, słyszysz? Kochasz ich? Kochasz naszych rodziców? - Oczywiście, że ich kocham, głupio się pytasz. Podparłam się na łokciach, zaciskając mocno zęby, by nie czuć bólu. Ujrzałam zmartwioną twarz mojego brata z oczami, wpatrującymi się we mnie z troską. Pokręciłam tylko głową. - Co tu się dzieje? - z przestrachem…