Fantastyka · 8 min czytania
Ego te provoco
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Od autorki: Proszę o wskazanie mi ewentualnych błędów w kwestiach łacińskich. Dziękuję :-)
{i}Ego te provoco.{/i} Te trzy proste, ostre jak brzytwa słowa igrały mu w głowie, niosąc ze sobą zgrzyt kruszonych zębów i trzask wykręcanych stawów. {i}Ego te provoco{/i}, powiedziała. {i}Wyzywam cię.{/i} Przyjął wyzwanie. Pospiesznie schował do płóciennej torby Biblię, srebrny krucyfiks z czerwonym kamieniem pośrodku i kropidło. Buteleczkę z wodą święconą nosił zawsze w kieszeni obszernego płaszcza, jakby bojąc się, że ktoś mu ją odbierze. Opuścił maleńkie mieszkanie blady jak ściana, trzęsąc się ze strachu i z zimna. ― Panie, daj mi siłę, bym mógł przezwyciężyć to zło ― szepnął do siebie i pomaszerował zalaną deszczem ulicą wprost do ponurego domu na samym końcu osiedla. Wszystkie lampy w oknach były pogaszone. Jedynie przez szybę na poddaszu sączyło się purpurowe, mdłe światło. Westchnął ciężko, gdy z odległości kilku metrów od bramy usłyszał krzyk. Poczuł na plecach zimny, obezwładniający dreszcz, mimowolnie przeżegnał się i ucałował srebrny krzyżyk, który wisiał na łańcuszku na jego szyi.
*
W pokoju było duszno; wszędzie unosił się kwaśny zapach wymiocin, po podłodze walały się podarte ubrania i połamane drewniane krzesło. Na łóżku, przywiązana do ramy fragmentami materiału, leżała wychudzona, blada dziewczyna. Miała może ze dwadzieścia lat, a mimo to jej ciało wyglądało jak wycieńczony długimi torturami organizm skazańca. Gdy tylko przekroczył próg, jego uwagę przykuły jej oczy – zimne, rozszerzone z przerażenia, przekrwione. Nie miał wątpliwości, co było tego przyczyną. Prędko wyciągnął z płóciennej torby Biblię i uczynił nad dziewczyną znak krzyża. Wygięła się jak wąż i zasyczała, bełkocząc pod nosem niezrozumiałe słowa. Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że słyszy łacinę. ― Myślisz, że uda ci się mnie pokonać? ― zapytała, już po angielsku. Egzorcysta cofnął się o krok. ― Kim jesteś? ― warknął, zaciskając pięści. ― Powiedz mi swoje imię! Dziewczyna uśmiechnęła się szyderczo. ― {i}Unus, duo, tres, quattuor, quinque, sex*{/i}. ― {i}Designate! **{/i} ― ryknął ksiądz. Po jego szyi spłynęła strużka potu. ― {i}Ego sum quid intra habitat.***{/i} ― Na twarz opętanej wstąpił demoniczny grymas, jej oczy zapłonęły w gorączce. Kapłan nie dawał za wygraną. Jego spojrzenie zwarło się ze wzrokiem dziewczyny, nieobecnym i szalonym. ― {i}Et ego sum quid venit in Nomine Eius ****{/i} ― powiedział, już spokojniej. Ciałem opętanej wstrząsnął wybuch piskliwego śmiechu. Przez chwilę wysoki głos zdawał się rozsadzać księdzu czaszkę, a potem nagle ustał, zamieniając się w niski, zachrypnięty szept. ― Myślisz, że ze mną wygrasz, klecho? ― Palce dziewczyny zacisnęły się w pięści. Szarpnęła nadgarstkami, uwalniając się z trzymających ją więzów. Egzorcysta nie odezwał się, patrząc z przerażeniem, jak wychudzone ciało podnosi się z łóżka i idzie wprost na niego. Dziewczyna złapała go za ramiona i spojrzała mu prosto w oczy. ― Spróbuj ― syknęła mu do ucha. ― {i}Ego te provoco.*****{/i} {i}(o boże to szatan boję się diabła o boże ratuj mnie nie dam rady on jest za silny on mnie zniszczy zabije mnie a potem księdza wypije naszą krew i wyrzuci ciała przez okno) {/i} Nagle zesztywniała i upadła z łoskotem na podłogę. Ksiądz prędko podniósł ją do pozycji stojącej i zamarł, czując się tak, jakby trzymał w ramionach kłodę, a nie ludzkie ciało. ― Evelyn! ― Do środka wpadł wysoki, chudy człowiek w ogrodniczkach. ― Ojcze, co z nią? ― RAZ DWA TRZY CZTERY PIĘĆ SZEŚĆ! ― zawyła. Egzorcysta popatrzył wymownie na mężczyznę. ― Już pan wie, panie Haze. Proszę mi pomóc, sam jej nie utrzymam. Haze smętnie pokiwał głową i delikatnie ujął swoją córkę pod pachami. Przytrzymywał ją w górze, podczas gdy kapłan kreślił na jej czole znak krzyża. ― Proszę robić to, co panu powiem ― polecił. ― Inaczej jej nie odzyskamy. Ojciec Evelyn zadrżał. Poczuł, jak…