Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 21 min czytania

Egzorcyzmy Agnieszki Kubiak cz.I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Czy kojarzycie może te małe, wydające się być całkowicie nieważnymi mieścinki i wsie, którym bez odrobiny żalu pozwalamy przemijać za szybami samochodów i zapominamy o nich sekundę po tym, gdy znikną z naszych oczu? Czy w ogóle zauważacie te położone wzdłuż szos, albo odrzucone gdzieś daleko od nich, porozrzucane pomiędzy ugorami a gęstymi lasami domki, chałupki i stodoły? Wiem, być może w ogóle nie zwracacie na nie uwagi; być może traktujecie je jedynie jako martwe tło, przyprawiające was swą przewidywalną monotonią o senność. Zakładając jednak, że głęboko się mylę i tak naprawdę dobrze wiecie o jakie miejsca mi chodzi, to w związku z tym, rodzą mi się w głowie jeszcze inne pytania. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, jak może wyglądać życie ludzi zamieszkujących takie odludne tereny? Usiłowaliście może dociekać, jak oni sobie radzą, w scenerii złożonej jedynie z zielonej tabliczki z nazwą, obskurnego przystanku autobusowego i nieco kiczowatej, ale posiadającej przy tym jakąś dziwną, magnetyczną moc kapliczki, z zamkniętą w niej smutną Matką Boską? Sądzicie, że da się tam żyć i przy tym nie zwariować? A może tlą się w was jakieś dziwne przeczucia, że jednak może dopiero tam, żyjąc pomiędzy niebem a lasem, można być wewnętrznie czystym i naprawdę szczęśliwym? Ręka w górę, jeśli zdarzyło się wam choć raz takie kwestie rozważać.

Ciekawi was pewnie, czemu w ogóle poruszam ten temat. Mam w tym swój cel, a jakże. Bo żeby móc dokładnie zrozumieć wszystkie wydarzenia, które zostaną tu niebawem opisane, należy najpierw koniecznie wyświetlić sobie w głowie odpowiedni kontekst. Ten kontekst, to przede wszystkim miejsce. Ja sam z kolei, nie chciałbym nikogo zanudzać smętnymi i rozwlekłymi opisami, które i tak przeważnie się omija i czeka się z utęsknieniem na ich koniec. Najmilej powitałbym więc takie oto wyjście z tej sytuacji: umówmy się, że każdy z czytających, zwolni mnie z przykrego obowiązku tworzenia opisu miejsca akcji i po prostu sam, na własną rękę, postara się wyobrazić sobie podobną do powyższego opisu scenerię. Aby nieco was naprowadzić, starałem się przywołać w pierwszym akapicie, tych kilka charakterystycznych szczegółów, na których obecności w waszych wyobrażeniach bardzo by mi zależało. Widzicie je już? Resztę możecie sobie dobrać wedle własnego uznania.

Uwierzcie, jeśli moja prośba nie zostanie przez was wysłuchana i spełniona, to moja dalsza praca nad tą opowieścią będzie poważnie utrudniona; zresztą jeśli nie macie ochoty jej spełniać, to chyba nie ma większego sensu tracić czasu na czytanie – to moja najszczersza rada. Dlaczego? Ano dlatego, że w jednym z takich właśnie anonimowych siedlisk, takich których nie zauważamy i które traktujemy na równi z powietrzem, doszło do pewnych przedziwnych historii, wymagających bardzo rzetelnego spisania i zarazem zrekonstruowania ich najdokładniej jak to tylko możliwe. Dobrze byłoby więc, gdyby ci z was, którzy zdecydowali się jednak na dalszą lekturę, mieli zawczasu solidnie zwizualizowaną, taką właśnie odludną, zapomnianą, odległą wieś, która mogłaby być wszędzie i nigdzie.

Jednak zanim wreszcie rozpocznę właściwą opowieść, muszę poświęcić jeszcze kilka zdań naszym głównym bohaterkom.

Barbara Kubiak z domu Wasilkiewicz urodziła się, spędziła młodość oraz wreszcie weszła w wiek dojrzały, w bardzo surowym otoczeniu. Nie ma chyba zbytniej potrzeby opisywania całego życiorysu Barbary; niech przemówią do wyobraźni czytelnika najprostsze fakty. Wiele lat temu, kiedy Barbara wychodziła za mąż, wcale nie oczekiwała romantycznego związku. We wsi, która była jedynym znanym jej krajobrazem, i która była też jedynie maleńką wysepką pośród oceanu mało żyznych areałów, nie brano ślubów z kaprysu serca. Prości i kostyczni ludzie wydawali swoje pociechy płci pięknej na żer miejscowych rolników i więcej się nimi nie interesowali. Kobieta jeśli zdołała urodzić dziecko i nie przypłaciła tego życiem, musiała troszczyć się potem jedynie o kilka kwestii: by chłop miał co zjeść, by mieć siłę pomagać w polu i po prostu cały czas dbać o dom i nie sprawiać przy tym zbyt dużych problemów. Barbara miała pecha i trafiła gorzej niż się jej na początku wydawało. Mężczyzna za którego ją wydano, szybko znudził się swoim małżeńskim szczęściem i jakby po prostu oszalał. Stało się to wszystko niemal z dnia na dzień. Jeszcze w poniedziałek był taki jak zwykle, czyli milczący i surowy, ale jednak pracowity. We wtorek nie było już po tym wszystkim śladu. Był chłop jak dąb, a zamienił się w istne dziwadło.W ogóle przestał się odzywać, całymi dniami siedział na ławce przed domem, no i co najgorsze, doszczętnie zapuścił gospodarkę. Potem to już tylko, albo leżał cały dzień w łóżku gapiąc się bezmyślnie w sufit, albo wychodził gdzieś i przepadał na kilka dni. Natomiast kiedy tylko udało mu się wreszcie dostrzec obecność swojej żony, od razu przychodziła mu chętka do bitki. Napadały go potężne ataki złości i praktycznie nigdy nie rozstawał się z butelką. Najważniejsze dla naszej historii jest jednak to, że zanim po pijanemu zginął pod kołami ciągnika (prowadzonego zresztą przez nie całkiem trzeźwego kierowcę) zdążył jeszcze spłodzić wraz z Barbarą małą Agnieszkę, ich wspólna córkę. Ot, smutny i typowy los, nad którym nikt na tego typu wsiach się nie lituje, a tylko raczej każdy dziękuje Bogu, że to nie na niego samego trafiło.

Tak więc Barbara została z małym dzieckiem i z całym gospodarstwem na głowie. Rodzice dosyć szybko umarli, teściowie nie chcieli jej znać, a rodzeństwo rozjechało się po województwie. Zwyczajnie nie było nikogo, kto przejąłby się Barbary losem. Należąca do niej chałupa, jakby było mało innych kłopotów, leżała daleko, na krańcach i tak już wyjątkowo maleńkiej wioszczyny. Tak więc rzecz jasna, mało kto miał potrzebę zapuszczać się tam w odwiedziny. Prowadzącą do jej gospodarstwa drogę, stanowiła porośnięta trawą stroma skarpa; pokonać mógł ją jedynie ciągnik albo ciężarówka. Jednym słowem, nikt bez wyraźnego powodu do Barbary nie zachodził, a że potrzeby takiej raczej nie było, to i gości rzadko tam widywano. Do czasu.

Do czasu – bo nie minął nawet rok od śmierci męża, a Barbara zdążyła całkowicie pogrążyć się w alkoholizmie. Popijała już zdrowo za czasów małżeństwa. Jedynie w okresie ciąży, na moment, zwolniła tempo. Potem nie znajdowała już w sobie żadnych hamulców i maleńka córeczka często musiała oglądać matkę w stanie nieprzytomnym: brudną, nieobecną ciałem i duchem, a najczęściej śpiącą na podłodze albo dogorywającą z opartą o stół twarzą. Do domu Barbary, zaczęły schodzić z okolicznych wsi najciemniejsze typy, bardzo pazerne na jej nędzną rentę po mężu. Wtedy to rozpoczęła się w życiu Barbary era straszliwych pijatyk i libacji; pijaki, męty i inne tatałajstwo nie opuszczało jej chałupy, a małe dziecko kręciło się bezradne wokół tego wszystkiego i czasem nie mogąc już dłużej wytrzymać, uciekało daleko w pole, by nie słuchać odgłosów pijackich kłótni i śpiewów.

No właśnie, dziecko, pomówmy chwilę o nim. Agnieszka – jak już wspomniałem wyżej, tak właśnie miała na imię córka Barbary – rosła na dziewczynkę całkowicie zahukaną i nie potrafiącą często wypowiedzieć jednego, prostego zdania. Gdy tylko czegoś się przestraszyła, natychmiast zaczynała strasznie się jąkać, a zdarzało się też, że, zupełnie bez powodu, wpadała w nerwowy szloch. Do szkoły chodziła od czasu do czasu, zawsze w niezbyt czystym ubraniu i zawsze wracała stamtąd roztrzęsiona; dzieci, jak łatwo się domyśleć, nie miały zamiaru oszczędzać pociechy należącej do znanej na całą okolicę pijaczki. Nie wiadomo dokładnie, czy Barbara zdawała sobie sprawę z tego, że jej córka już dwukrotnie nie ukończyła czwartej klasy szkoły podstawowej. Pogrążona w pijackim amoku, z pewnością nie mogła być świadoma tego, że wokół niej samej, a także wokół Agnieszki, coraz bardziej zacieśnia się krąg przyszłych nieszczęść.

Barbara nie mogła być tego wszystkiego zbytnio świadoma, bo od pewnego czasu zaczęła popadać w przedziwne okresy zupełnego odrętwienia. Przesiadywała całymi dniami na rozklekotanej ławeczce (którą zbił za życia jej śp. mąż) i gapiła się tępo w kępy nie koszonej miesiącami trawy. Pod ławką stała zwykle butelka bimbru (albo nie wiadomo czego, bo już nie można było odgadnąć jakie specyfiki Barbara wlewała w siebie u szczytu nałogu), stanowiącego jej jedyne pożywienie. Niejednokrotnie zasypiała tak na tej na ławce, opierając głowę o drewnianą ścianę chałupy i tracąc wtedy całkowicie kontakt ze światem. Paradoksalnie, Agnieszka wtedy czuła się najlepiej. Przestawała być taka nerwowa, próbowała doprowadzać chałupę do porządku, a nawet bawiła się z własnoręcznie wykonanymi lalkami w dom. Kiedy słyszała głośne i warkliwe chrapanie matki, oznaczało to czas przeznaczony tylko dla niej samej. Wtedy czuła się, choć przez chwilę, dzieckiem, a nie umęczonym, znerwicowanym dziecięcym pół-wrakiem. Jednak w końcu matka się budziła i w pobrudzonej odchodami bieliźnie, snuła się do świtu po chałupie i po obejściu, wpędzając córkę z powrotem w niemal klinicznie nerwicowy stan. Raz tylko jedyny, w Barbarze obudziły się resztki rozsądku i macierzyństwa. Stało się to pewnego wieczoru, kiedy weszła do kuchni i zobaczyła swoją blisko trzynastoletnią córkę trzymającą w ręku otwartą butelkę z wódką. Podbiegła do niej szybko, wyrwała butelkę i prasnęła kilka razy otwartą ręką po twarzy. Agnieszka tak się przestraszyła agresywnego widoku twarzy matki, że przez kilkanaście nocy nie mogła w zasadzie w ogóle spać. Do wódki od tamtego wydarzenia, na szczęście już jej nie ciągnęło.

Tak więc poznaliśmy głównych bohaterów i wyobraziliśmy sobie (trzymam was za słowo) miejsce, w którym żyją. Doszliśmy do momentu kluczowego. Od tego dnia, który zostanie tu za chwilę opisany, w życiu ( i tak wyjątkowo już ponurym) Barbary i jej córki, niemalże wszystko zostanie wywrócone do góry nogami. Uściślijmy jednak: właściwy początek historii, którą chcę wam opowiedzieć, miał miejsce nie za dnia właściwie, a pewnej chłodnej jeszcze, ale już jednak wiosennej, kwietniowej nocy.

---

Barbara nie pamiętała, kiedy padła w bardzo długo nie praną, żółtą z brudu pościel; nie mogła tego pamiętać, bo spiła się tego wieczoru niemiłosiernie, i to tak jak lubiła najbardziej, czyli samotnie. Obudził ją płynący z otwartego okna nocny chłód, ale też i targające nią potworne mdłości. Zdołała jedynie przechylić się za łóżko i obficie zwymiotować na podłogę. Wytarła twarz o brzeg prześcieradła i w końcu udało jej się ponownie zasnąć. Nie na długo…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%