Fantastyka · 20 min czytania
EKSPERYMENT MARS
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Moja siostra zginęła tragicznie w wypadku samochodowym koło Katowic. Pijany kierowca ciężarówki wpakował jej się w przód samochodu, po półgodzinnej reanimacji lekarze stwierdzili zgon. Myślałem, że zabiję gościa. Stałem nad trumną i rozmyślałem nad tym cholernym sensem życia, rzadko mi się to zdarzało, ale dzisiaj miałem ochotę kogoś zabić. Cholerny świat. Gdyby nie przyjaciele i żona z pewnością dotknąłbym samego dna, chlałem bez przerwy, ćpałem i zamartwiałem się nad sobą. Dopiero pomoc przyjaciela Maćka załatwiła sprawę. Wylazłem z bagna po paru tygodniach, w pracy zrobiło się gorąco i mogłem wylecieć. Pracowałem w wydziale technologii kosmicznych w UTTC Discover w Katowicach jako doradca do spraw uzbrojenia. Ta amerykańska korporacja poza badaniami Marsa nie zajmowała się niczym innym, klapki na oczach, totalny fanatyzm. Robiłem dla nich świetną robotę, byłem między innymi protoplastą działka pulsacyjnego, które wiązką lasera automatycznie niszczyło nadlatujące obiekty, które mogłyby zniszczyć ziemskie statki kosmiczne badające czerwoną planetę. A draństwa było dużo, miałem wrażenie że cały kosmos wypełniony jest ludzkimi odchodami. Niecałe trzy lata temu, w roku 2034, niewielki odłamek wielkości ludzkiej ręki wpakował się w amerykańską stację badawczą, na której pokładzie znajdowało się siedmiu ludzi. Wszystkich szlag trafił. Polacy potrafili tworzyć wynalazki, o których amerykańskim twórcom nawet się nie śniło. Za połowę wynagrodzenia amerykańskiego naukowca robiliśmy lepszą robotę. I oni o tym wiedzieli. Gotowe projekty, w formie komputerowego szkicu trafiały do USA, gdzie po obliczeniu kosztów i korekcie ewentualnych błędów projekt wchodził w fazę produkcji i leciał w kosmos. Byłem najlepszy i wiedziałem o tym. W życiu nie można być za bardzo skromnym. Ale pewnego dnia moje życie się zmieniło. Szef zadzwonił do mnie, do domu po północy, czasami miewał dziwne pomysły. Należał do tych, co chyba nigdy nie śpią tylko pilnują swego stanowiska, typ totalnego pracoholika. -Stefan, musisz przyjechać do firmy, nie uwierzysz co się stało. Znałem metody tego skurczybyka, zawsze mówił o jakiś dziwnych zjawiskach typu UFO, inwazje z kosmosu czy inne dziwactwa, bylebym przyjechał najszybciej jak to możliwe. I zawsze działało. -Co jest szefie? Cholera, chyba już po północy, a panu się na gadanie zebrało. Głos w słuchawce spoważniał, wiedziałem co to znaczy. Albo mnie wywali, albo opieprzy. -Słuchaj Stefan, goście z USA weszli w posiadanie pewnego urządzenia, ale nie mogę nic więcej powiedzieć. Nie na tej linii. Spakuj się, powiem ci tyle, że wybierasz się do USA. Koniec sprzeciwów, widzę cię za godzinę u mnie. Chciałem mu nagadać, ale się rozłączył. Niech to szlag! Mało w życiu problemów? Miewałem nieplanowane wyjazdy do różnych zakątków świata, ale im mniej takich wycieczek, tym lepiej. Tym bardziej, że żona nie była zadowolona. Wiedziałem, że czeka mnie z nią ciężka rozmowa.
W biurze byłem w ciągu godziny, szef przywitał mnie z przypiętym uśmiechem na twarzy, wyciągnął rękę w moją stronę: -Stefan, jak miło cię widzieć. Zapraszam do swojego biura. Myślałem, że skopię mu tyłek. Wszedłem do biura posłusznie jak owca za pasterzem. Rozsiadłem się wygodnie w fotelu i wyciągnąłem papierosa. Smakował wybornie. Szef usiadł za biurkiem. Zaczął nadawać: -Słuchaj, to co ci powiem nie jest normalne, ale bardziej wiarygodne niż UFO o którym ci niegdyś powiedziałem, żeby zaciągnąć cię do roboty po godzinach. Parę dni temu do działu NASA w Nowym Jorku wszedł pewien gość.. Powiedział że... hmmm, jakby ci to Stefan powiedzieć, żebyś się nie uśmiał... powiedział że znalazł wehikuł czasu. Uśmiałem się, niech to szlag, czego to ludzie nie wymyślą. Mój przełożony poczerwieniał ze złości. -Słuchaj, faceta chcieli umieścić w wariatkowie, ale nalegał żeby zajechali z nim na obrzeża miasta, gdzie podobno ukryty w baraku leżał sobie wehikuł. Ale takich wykolejeńców jest w USA tysiące, więc mu oczywiście nie uwierzono. Zamknęli go w szpitalu psychiatrycznym, pod pretekstem ciężkiej choroby psychicznej, jednak NASA i CIA zajęły się sprawą. Jak się okazało urządzenie istnieje naprawdę. Nie uwierzyłem. Czytałem o takich rzeczach w komiksach, oglądałem filmy, ale są pewne granice. Człowiek ma dość własnych problemów. Walnąłem prosto z mostu. -Szefie, nie wierzę. Mam to w dupie, nigdzie nie jadę, to nie robota dla mnie. Spojrzał na mnie tym wzrokiem jakim przeważnie drapieżnicy patrzą na swoje ofiary. Nalał sobie kielicha. Po chwili znowu zaczął nawijać. -Nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów. Amerykanie wpadli na szalony pomysł. Skoro facet wszedł do agencji NASA, a nie na przykład na posterunek policji, to może wykorzystać ten fakt? Czemu nie? Słuchałem dalej. Wydawał się czymś bardzo podekscytowany. -Pamiętasz Stefan projekt Alfa-11? Amerykanie już od dłuższego czasu przygotowują się do poważnej wyprawy na marsa. Jak na razie wysłano tam kilkanaście wypraw zwiadowczych, każda coś odkryła, każda też zbadała jakąś część planety. Jest dobrze. Problem w tym, że nadal mało wiemy o marsie. Pamiętam początki, początek naszego wieku, wielkie plany, pierwsze próby wylądowania na marsie robotów. Kosztowne wyprawy, ale wszystko do niczego, bo koszta były zbyt wysokie. Na jakiś czas przestano interesować się marsem. Ale tylko chwilowo, bo ludzka ciekawość nie zna granic. Z jakieś dziesięć lat temu znowu wszystko się zaczęło. Wziąłem kolejnego papierosa. Cholera, rak murowany. Patrzyłem na kieliszek wódki, ale nie poprosiłem. Koniec z alkoholem. Zapowiadała się długa rozmowa. -Stefan, słuchasz ty mnie?- przytaknąłem.- Słuchaj, bo chcę żebyś jechał tam z pewnymi wiadomościami w głowie. Na czym to skończyłem... aha. Powiem tak, spece z NASA chcą wykorzystać wehikuł aby przenieść się nieco w przyszłość. Żeby zobaczyć marsa, powiedzmy, w roku 2300. Co ty na to? Nie wierzyłem w ani jedno słowo. Bzdury, jakieś gówniane brednie. Promy kosmiczne lądowały na marsie rutynowo, kilka ekspedycji odkryło nawet coś ciekawego. Poza tym wokół marsa krążyła stacja badawcza, w ten sposób nie trzeba było transportować próbek wprost na ziemię. Po co komu jakieś skoki w czasie? Szef podrapał się po głowie. To był objaw nerwicy, chyba ostatnio miał mnie dosyć. Po chwili dodał jeszcze: -Musisz tam jechać. Chcą zebrać ekipę najlepszych ludzi z najlepszych dziedzin. Będzie pani psycholog, pan lekarz, jakiś specjalista od komputerów, genetyk i ktoś tam jeszcze ze służby bezpieczeństwa narodowego, no i ty Stefan, jedyny wyróżniony Polak, cholera, w życiu bym nie wysłał takiego skurczybyka jak ty na marsa, ale najwidoczniej potrzebują kogoś dobrego. W dziedzinie uzbrojenia kosmicznych maszyn chyba nie ma lepszych od ciebie. Może i byli. Znałem paru gości, którzy od małego konstruowali lasery własnej produkcji i mini bomby wodorowe. Z pewnością wysłanie Polaka było tańsze i mniej ryzykowne niż na przykład takiego Amerykanina. -Zobacz Stefan te urządzenie. Podobno to jedyne na świecie. Ja w to wierzę. To jest dla nas wielka szansa. Pomyśl tylko, lecisz sobie w któryś tam rok, stawiasz stopę na marsie trzysta lat później i widzisz świat o jakim możemy na razie tylko pomarzyć. Wyciągasz stosowne wnioski, po czym wracasz z powrotem z nową wiedzą. Pomyślałem przez chwilę nad tym. W ogóle mi się to nie podobało. Ale polecę, niech to szlag.
W Nowym Jorku byłem szybko. Na lotnisku agenci służby bezpieczeństwa przejęli moje bagaże, sprawdzili tożsamość i zaprosili do limuzyny. Byłem w szoku. Szybkość i skuteczność działania agentów była imponująca. Pojechaliśmy do oszklonego wieżowca z napisem Hereticon Project w centrum miasta. Przez całą drogę nie zamieniłem z byczkami ani słowa. Siedzieli cicho jak automaty. Pan McGrec przywitał mnie z tym samym uśmiechem jak mój własny szef. Od razu zabrało mi się na rzyganie. To już chyba domena ludzi na stanowiskach, te cholerne, fałszywe uśmieszki. Wiedziałem, że zaraz przejdzie do konkretów. -Witaj Stefan. Kopę lat. Na pewno pan Zieliński zapoznał cię nieco z naszym planem. Zieliński to nazwisko mojego szefa. Niech go cholera jasna. Poszedłem z McGreckiem do tajnego laboratorium znajdującego się pod ziemią. Były tu pomieszczenia NASA, wokół kręciło się pełno ludzi w białych kitlach, czasami niektórzy wręczali McGreckowi jakieś papiery, ten je przeglądał, podpisywał i szliśmy dalej. Po drodze ciągle nawijał. -Jak tam Zieliński? Dalej pije wódkę? -Oczywiście- odparłem- to nasza narodowa tradycja. Powiedz mi lepiej coś o tym wehikule, bo nie uwierzyłem szefowi w ani jedno słowo. Zatrzymaliśmy się. Amerykanin spojrzał na mnie jakimś takim dziwnym wzrokiem. Przez chwile wydawało mi się, że był na fazie. Odparł krótko. -Nie, to nie bajka Stefan. To prawda. Urządzenie istnieje, jeszcze kawałek drogi i zobaczysz to, co widziała tylko garstka ludzi na świecie. To super tajny projekt. Wszyscy którzy uczestniczyli w transporcie tego urządzenia zostali po cichu zgładzeni. Zresztą zapraszam- wyciągnął rękę w stronę pomieszczenia na północy korytarza- tam znajduje się nasz wehikuł. Ruszyłem szybszym krokiem, czułem przyśpieszone bicie serca. Przez chwile byłem nawet zdolny uwierzyć w tę bajkę. Wszyscy zostali zgładzeni? Cholera, co to znaczy zgładzeni? Mam nadzieję, że nie będę zwierzyną łowną po zobaczeniu tego urządzenia. Niech to szlag. Drzwi się rozsunęły. Dwóch strażników kazało nam się wylegitymować. McGreck coś im powiedział i posłusznie się odsunęli. Weszliśmy do jasno oświetlonego pomieszczenia, w którym stało coś na kształt piramidy Cheopsa. I nie chodzi mi tu raczej o wielkość, bo to coś nie było ogromne. Niezależnie od tego jak podobna do maszynki do mięsa była ta maszyna, robiła wrażenie. Przez pierwsze pięć minut stałem osłupiały.
Nie wiem czemu, ale poszedłem na ustępstwo. Traktowałem to na początku jako rodzaj zabawy. Było nas sześcioro. Pierwszą osobą była niejaka psycholog, pani Smith. Ładna babka, opanowana i uśmiechnięta. Później przyszła kolej na lekarza, niejaki Rogers, typ dupka o oczach wielkich jak kule bilardowe.…