Inne · 11 min czytania
Élan vital
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mówią, że człowiek to organizm obojnaki złożony z dwóch członów. Każdy oddzielnie jest niepełny i bezwartościowy dla działającego systemu naturalnego. Mówią także, że na obydwie części działa wzajemna siła przyciągania podobna między Ziemią a Księżycem. Każde z tych ciał niebieskich albo się odpycha, albo przyciąga, mimo tego wciąż istnieją z jednego kawałka, są nierozłączne. Mówią, że ludzie dzielą się na połowy, ale te pospolite, nie te dokładne, nieistniejące w naturze. Pierwsza część nazywana jest Vir. Druga to Femina. Każda z tych części charakteryzuje się czymś zupełnie innym, jednak razem tworzą Homo- człowieka. Ziemia oraz Tytan nigdy nie będą do siebie pasować jak dwa puzzle. Tylko i wyłącznie z Księżycem stworzą jedną całość znaną jako Terra. - Animal hoc providum, sagax, multiplex, memor, plenum rationis et consilii, quem vocamus hominem, praeclara quadam conditione generatum est a supremo Deo.- mówi ta kobieta zza stolika jakby pogrążona w transie. „To zwierzę przewidujące, bystre, różnorakie, pamiętliwe, pełne rozumu i rady, które nazywamy człowiekiem, zrodzone zostało w przesławny sposób przez najwyższego Boga.” Podnosi się z fotela i jakimś cudem już znajduje się przy wyjściu, jak gdyby nigdy nic. Wstaję razem z nimi przy dźwięku skrzypiących krzeseł i zapachu indyjskich kadzideł. Zaciągam szal na szyję, po raz kolejny trącając łokciem o posążek Boga Najwyższego, taranując drogę pozostałym. Patrzą na mnie, przepuszczam ich wreszcie przy towarzyszącym dźwięku westchnienia. Schylam się i przechodzę pod zawieszoną nad drzwiami fioletową chustą z cekinami. Potykam się o próg. Patrzę z odległości jak upadam. Widzę siebie z każdych stron jak w spowolnionym tempie. Tym razem łapię się stojącego przed drzwiami stoliczka z pachnidłami. Przechodzę dwa metry, wyciągam klucze do mieszkania, wchodzę do pustego przedsionka. Zapalam starą lampę naftową stojącą między jeszcze nie pomalowanymi ścianami. Nie widzę wiele, tylko powidoki. Pogrążam się w przygotowywaniu kolacji, przypalając coraz to kolejnego papierosa. Kaszlę od czasu do czasu, rozsiewając wokół miliony bakterii. Mężczyzna zamordowany w okrutny sposób w stanie Teksas. Świadkowie twierdzą, iż nie miał najmniejszych szans z napastnikiem dwunastoosobowym. Przełączam kanał na popularny serial telewizyjny, typowo odmóżdżający. Kobieta wyznaje kochankowi miłość jednocześnie szlochając nad tragicznym losem mężatki. - Co za nierzeczywiste bzdury.- mówię sama do siebie. Mężczyzna łapie ją za rękę, przysuwa lekko do siebie i powoli wbija jej nóż między żebra. Zbyt późno zamykam oczy, przechodzi przeze mnie nieprzyjemny dreszcz. Cholerna hemofobia. Odkrywam przysłonięte usta, żebym miała więcej powietrza. Biorę pilot i naciskam na przycisk z dodatkiem zbędnej siły, czego skutkiem jest „zresetowanie” telewizora. Naciskam raz jeszcze, tym razem spokojniej. W mieszkaniu zapada półciemność. Jest ciszej niż podczas jakichkolwiek wykładów. Słyszę tylko swój ciężki oddech. - Cholerna hemofobia.- powtarzam znowu. Nie, to nie mój głos. Nie miałabym takiego choćby za trzy tysiące lat. Otępiałym wzrokiem spoglądam w górę, szukając czegoś, co mogłoby wypowiedzieć te słowa. - W lewo.- Obracam się. Spodziewam się czegoś bardziej nadzwyczajnego- skrzydlatej istoty w białej szacie lub brudnego mężczyzny w kominiarce. Widzę jedynie typowego faceta w obdartych dżinsach, przydługiej niebieskiej koszuli i marynarce. Spuszczam wzrok, jakbym niczego nie dostrzegała i udaję zainteresowanie pilotem. - Nie zachwycam? A myślisz, że chciałabyś rozmawiać z półnagim świecącym blondynem?- Puszczam mimo uszu jego słowa, chociaż serce zaczyna bić coraz mocniej.- Spójrz na mnie. Spoglądam. Nie uzyskuję żadnego efektu oprócz napomknięcia w umyśle o jego przystojności. Ze zwykłego poczucia ostrożności staram się nie rozbierać go wzrokiem. Patrzę nieustannie, wytrzeszczam oczy… - I… co? - Nic.- uśmiecha się.- Przynajmniej teraz zwracasz na mnie uwagę. Przytakuję mimo woli, wciąż gapiąc się w jego nieziemsko siwe oczy. Siada na kanapie podpierając się lewą ręką, krzyżuje nogi w siadzie tureckim. Nie ma butów, ma tylko skarpetki. - O czym myślisz? - O niczym.- Bezsensowna odpowiedź pada z moich ust. Zapyta jeszcze raz, jeszcze raz będę musiała zaprzeczyć, a atmosfera bardziej się zagęści. Nie pyta. Sam sobie odpowiada. - Myślisz o wszystkim, co mogłoby wyjaśnić moje przybycie do ciebie. Nie możesz jednak niczego sobie przypomnieć. Fakt. Nie jestem niepokalaną dziewicą, nie próbuję zabić swojego pierworodnego, nikt nie oczekuje ode mnie żadnej misji. - Nie będę bawił się z tobą w żadne gierki.- I bardzo dobrze.- Jesteś dorosłą kobietą, nie muszę ci więc wyjaśniać niektórych banalnych zagadnień. Przysyła mnie Bóg, ale nie w sposób, jaki sobie wyobrażasz… - Nie wyobrażam sobie żadnego sposobu.- Zaczyna dopadać mnie irytacja.- Jesteś tu. Nie obchodzi mnie, w jaki sposób się tu dostałeś. Gadaj tylko, o co ci chodzi. - Wszystko po kolei. Ani tobie się nie spieszy, ani mnie. Nie próbuj zaprzeczyć. Na nikogo nie czekasz, dobrze o tym wiem.- Pieprzony anioł.- Zanim przejdę do sedna, zafunduję tobie mały wykładzik. Miałaś już ich…