Inne · 9 min czytania
Elegia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ten proces trwał już kilka lat. Proces, który niszczył mnie od wewnątrz. Wiecie, że przerost ambicji jest niebezpieczny? Zwłaszcza u rodziców? Ja wiem. Na własnej skórze się o tym przekonałem. Nic przyjemnego. Do tego całe moje życie jest jednym wielkim pasmem niepowodzeń i przegranych. Nie jestem szczęśliwy. I chyba nigdy nie byłem. Sądziłem że rodzice ustąpią, kiedy pójdę tam do liceum, gdzie oni będę chcieli. Miałem nadzieję, że dadzą mi spokój. Codziennie odbierałem baty za mojego brata który miał dość oleju w głowie, żeby nawiać z domu i już nigdy się nie pokazać. Ale oni nadal wywierali na mnie presje. Według nich powinienem iść na prawo. Co z tego, że nienawidzę prawa i nie chce zostać żadnych cholernym prawnikiem, ani nie chce przejmować firmy po ojcu! Ja chcę zostać aktorem... Związać z teatrem życie. Albo pisarzem... Pisanie jest dla mnie ucieczką. Przemierzam wykreowane przeze mnie idealne światy... Otaczają mnie idealni ludzie... W tych światach kocham i ktoś mnie kocha... Jaka szkoda, że to tylko moja wyobraźnia... A jakby tego było mało... zakochałem się... zakochałem... Boże, jak to boli… Wolałbym mieć serce z kamienia niż odczuwać to, co czuję za każdym razem gdy patrzę w te głębokie, prawie granatowe oczy o migdałowym kształcie... I wiem, że one nigdy nie będą na mnie patrzeć z takim oddaniem, z jakim ja patrzę. Czasami mam ochotę krzyknąć na całe gardło, tonąc w tej granatowej studni bez dna: "Kocham cię! Niech za te słowa zawali się na mnie niebo i niech ziemia się pode mną rozstąpi, ale ja cię kocham!" Nie odważę się... Od kiedy skończyłem lat siedem miałem czas zaplanowany od "a" do "z". Lekcje gry na pianinie, prywatne korki z angielskiego, niemieckiego i ostatnimi czasy nawet z francuskiego. Zero czasu dla siebie. Dla przyjaciół, których i tak praktycznie nie miałem. Taki stan rzeczy trwał długo. Niebezpiecznie długo. Bo w końcu zostałem wysłany do prywatnej, elitarnej szkoły z internatem. Tam poznałem smak przyjaźni, platonicznej miłości. Mimo iż zakuwania było w cholerę i jeszcze więcej, to czułem się bardziej wolny i szczęśliwszy niż kiedykolwiek... Mieszkałem w pokoju z dwoma chłopakami. Patrząc na jednego z nich, na Mateusza, wielokrotnie zastanawiałem się czy możliwe jest, by ktoś miał takie tęczówki jak on. Nieziemskie. Nierealne. O barwie nieba na zachodzie, kiedy wschodzi słońce i spycha noc poza horyzont... Wystawialiśmy w szkole sztukę. Napisaną przeze mnie i moich przyjaciół z kółka teatralnego. Sztuka o śmierci, zapomnieniu, nadziei na lepsze jutro i złamanym życiu. Kiedyś – zasypiając – pomyślałem na wpół przytomnie, że to sztuka o mnie... Nastąpił długo oczekiwany przez wszystkich dzień premiery sztuki. Nasz wielki, przełomowy wieczór. Wszystko zapowiadało się cudownie! Misternie wykonane dekoracje i nasze przebrania, rekwizyty… Zaczęliśmy. Właśnie mówiłem swój monolog, siedząc po turecku na wielkim dębowym stole, kiedy drzwi otwarły się i do sali wpadł jak burza... mój ojciec, zdenerwowany jak jeszcze nigdy. Przeszedł mnie dreszcz i tylko głośny szept z boku przypomniał mi, że urwałem w pół zdania. W tamtej scenie miałem być wzruszony, nie miałem płakać ani rozpaczać… ale mimo to po moich policzkach spływały nieprzerwanym strumieniem prawdziwe łzy... Bałem się. W tamtej chwili... wszystko się skończyło... wszystko... Kiedy sztuka dobiegła końca, ojciec bez słowa zaciągnął mnie do samochodu i zawiózł do domu. Kiedy usłyszałem co mają mi do powiedzenia...to było dla mnie jak wyrok śmierci... Powiedzieli: "Jedziesz do szkoły w Warszawie. Bez gadania." Protestowałem! Ale wszystko na nic... Moja wina. Sam wszystko zniszczyłem... Zaprzepaściłem... Kiedy teraz o tym myślę... Mam ochotę zniknąć, nigdy się nie urodzić... Boże... - Adrian? – za mną rozlega się ostry – nie troskliwy – OSTRY głos ojca. Nie zwracam na niego uwagi. Dalej stoję nieruchomo przy oknie, zaciskając mocno pięści i przeklinając w duchu. - Synu. – powtarza stary. – Dobrze wiesz... - o, jego ton odrobinę zmiękł. – My z mamą... - nużby mnie dotknął! Wyciąga dłoń, żeby położyć ją na moim ramieniu, ale ja odskakuję i warczę: - Nie dotykaj mnie... Tata wzdycha: - Co ja mam z tobą zrobić? - Całkowicie zniszcz mi życie! Niewiele ci już brakuje. – krzyczę nagle. - Co ty...? - Wyślij mnie do Afryki! Nie... do... - Przestań. – mówi ojciec ostrzegawczym tonem. - Już wiem! Biegun Północny! Tam nie ma ani teatru, ani nauczycieli, ani głupich szkół! Tam nie ma nic! Tylko lód i śnieg! Nagle stary zrywa się i uderza mnie