Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 39 min czytania

Elektrownia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Słońce… Anton z każdym dniem tęsknił za nim coraz bardziej. Tęsknił też do czasów, kiedy nie musiał się bez przerwy obawiać, że lampy UV świecące nad miastem mogą zgasnąć. Były największą bronią Stycznia w tych ciężkich czasach. Miasto Styczeń w prawdzie miał sporo zacienionych miejsc, do których promienie nie docierały, ale tam nawet paladyni się nie zapuszczali. Nawet jeśli byli tam jacyś krwiopijcy, to żaden z nich nie był na tyle szalony by wkroczyć pomiędzy zabójcze latarnie. Niestety ostatnio mała, miejska elektrownia funkcjonowała coraz gorzej i tylko kwestią czasu było przerwanie dostaw prądu. Na to nikt nie mógł sobie pozwolić. Niemal od nad samego nadejścia Armagedonu, miasto Antona było jedną z nielicznych, ludzkich osad na ziemi. Armagedonem ludzie nazywali ujawnienie się Świata Mroku. Zamieszkujące w nim wampiry, wilkołaki i inne plugastwo z piekła rodem wypełzło na powierzchnie i stoczyły otwartą bitwę. Ludzie nawet nie zdążyli zareagować. Większość z nich zginęła, przypadkowo wplątana w walkę. Ci co przeżyli, zamieszkali na pustkowiach środkowej Europy i Eurazji broniąc się przed zagrożeniem na wszelkie możliwe sposoby. A było ono ogromne. Ze wschodu Japonia opanowana przez wampiry, z zachodu władane przez Lupinów Stany Zjednoczone. Toczyły teraz nieustanne walki właśnie na pustkowiach. Lampy Antona zapewniały przynajmniej minimum ochrony. Dlatego dwa lata temu postanowił odrestaurować starą elektrownie atomową, stojącą w slumsach miasta. Na szczęście udało się. Elektrownia działa. To znaczy… działała.

***

Drzwi gabinetu otworzyły się. W progu stanęła pani Kasia. -Stefan dzwonił. Będą za godzinę. Twarz Antona rozświetlił szeroki uśmiech. Spojrzał w okno w kierunku slumsów. Patrzył i wiedział, że bitwa, która się tam rozega, zapisze się wielkimi literami na kartach historii tego miasta. Po chwili odsunął szufladę starego biurka i wyjął z niej swojego kolta. -Antoni opanuj się! –Nawoływała pani Kasia. –Nie możesz tego zrobić! -Mogę. –Zaczął staruszek spokojnym tonem. Rzadko się unosił. Pomimo podeszłego wieku i zmarszczek, którymi czas wyrzeźbił jego twarz, wyglądał łagodnie. Jego głębokie, brązowe oczy bardziej przywoływały na myśl obraz troskliwego, nadopiekuńczego dziadka, niż rządzącego twardą ręką burmistrza -jak o nim mówiono w mięście. –Mogę i zrobię. Nie mam zamiaru ryzykować życia mieszkańców, dla widzimisie tego gówniana. -Ten gówniarz to twój syn… -Powiedziała pani Kasia łamiącym się głosem. Łzy niczym krople deszczu, spływały krętymi strumieniami po jej policzkach. Nie zdołały złamać determinacji męża. - I moja córka. –Powiedział ściszonym głosem. Poprawił kamizelkę, wywinął mankiety białej koszuli i opuścił rękawy, po czym ruszył w kierunku drzwi. Trzask drewna o stal futryny był jak gwóźdź do trumny. Małżonka padła na kolana i ukryła twarz w dłoniach. Szloch wypełnił gabinet.

*** Cały teren elektrowni był ogrodzony wysoką siatką zakończoną drutem kolczastym. Na ogrodzeniu wywieszono mnóstwo znaków ostrzegających o zagrożeniu zdrowia i życia. Zaraz za głowiną brama, tuż przed wejściem do budynku biurowca był duży parking. Sądząc po jego rozmiarach, w czasach świetności elektrowni pracowało w niej pewnie kilka tysięcy osób. Teraz jednak wszystko było puste. Nie licząc grupy uzbrojonych bojowników, okupujących tereny sąsiadujące z reaktorem. Ich zadaniem było dbanie o to, by pozostał on wyłączony. Dwóch z nich stało tuż przed wejściem, skąpanych w świetle ultrafioletowym płynącym z lamp wiszących nad wejściem. Anton rozkazał ludziom z małej elektrowni odłączyć cały ten sektor. Zasilanie awaryjne reaktora, bez jego włączenia było zbyt słabe by zasilić wszystkie lampy, toteż buntownicy przekserowali moc tylko na oświetlenie zewnętrzne. Anton wiedział doskonale, że dzień nie nadejdzie. Nie nadszedł od czasów Armagedonu. Nikogo już nie obchodziło, czy słońce jakimś cudem zniknęło, czy może coś zasnuło niebo. Dla Antona najważniejszym atutem był fakt, że bez oświetlenia UV okoliczne wampiry odwalą za niego całą, czarną robotę. Te bezmózgie bestie nie chcą niczego więcej tylko krwi. Nie wiadomo nawet, czy są inteligentne ale w takich sytuacjach okazują się niezastąpione. W interesie buntowników leżało by lampy do kola elektrowni nie przestały świecić. I na razie dobrze im szło. -Uważasz, że Anton się pojawi? –Zapytał wysoki, barczysty i wytatuowany punk. Jego towarzysz uśmiechnął się i zacisnął tylko dłonie na swoim AK47, Jakby na nic innego bardziej nie czekał. -Mamy jego cholerną córkę. Nie puści tego płazem. A Tom i chłopaki tylko na to czekają. –Facet był niski i niepozorny, ale w jego oczach kryla się psychoza. Twarz miał ozdobioną wieloma kolczykami. Wątłe, kościste ciało zasłaniała tylko skórzana, rozpięta kamizelka a nogi chroniły brązowe, podarte spodnie. -A jeżeli Anton poczeka, aż zasilanie padnie i zostawi sprawę wampirom? –Spekulował duży. Wyglądał na nie lada twardziela, ale teraz jego głos brzmiał jak cieniutki szept przerażonego dziecka. -Idioto! –Wrzasnął chudy. –Tam jest jego córka. Nie pozwoli, żeby stado krwiopijców rozerwało gówniarę na strzępy. Poza tym mamy lampy, a żaden pieprzony ścierwojad nie jest na tyle walnięty by… -Przerwał zdanie i zamarł przerażony. Czuł jak jego walące serce podchodzi mu do gardła. Nie mógł się ruszyć. Ręce i stopy miał przybite do drewnianego krzyża. Za jego plecami nie było już elektrowni, ani lamp ultrafioletowych. Były za to setki podobnych krzyży na których wisiały zbroczone krwią ciała. Ich las ciągnął się kilometrami, by zginąć za wysokimi górami skalistymi gdzieś na horyzoncie. Do koła krzyża stały dziesiątki ludzi ubranych w czarne habity. Mamrotali coś w bełkotliwym, dziwnym języku, niczym fanatycy odprawiający jakiś pokręcony rytuał. Mężczyzna zaczął wrzeszczeć jak opętany. Nagle dostrzegł, że każdy z mnichów trzymał w dłoni sztylet. Doskonale wiedział, do czego miały zaraz posłużyć. Krzyk nic nie pomógł. Nie miał go kto usłyszeć. A gwałtowne szarpnięcia zadawały tylko potworny ból przybitym do krzyża kończynom. -Co się dzieje… -Wycedził przez zęby. –Zostawcie mnie… -Wyksztusił jeszcze, zanim pierwszy sztylet otworzył ranę u jego boku. Krew lala się z niej niczym woda z dziurawego wiadra. Nie zdążył jeszcze przestać wrzeszczeć kiedy kolejne ostrza zatonęły w jego ciele. Z każdą chwilą nowe rany rozdzierały jego tors, a życie najwyraźniej nie miało ochoty zeń ujść. I nie uszło. Jeszcze przez kilkanaście dni fanatycy dręczyli go tak bez przerwy, dopóki nie umarł z wycieńczenia i nie dołączył do zbioru krzyży.

*** Duży patrzył na wrzeszczącego towarzysza z niedowierzaniem i strachem w oczach. Nie miał pojęcia czemu, chudy rozkładał teraz ręce tworząc znak krzyża i wrzeszczał tak przeraźliwie. -Stasiu… -Zaczął z narastającym przerażeniem barczysty punk. –Stasiu, co się z tobą dzieje?! –Zebrał się na to, by potrząsnąć kolegą, ale to nie wyrwało Stanisława z transu. Trwał on kilkanaście sekund, po czym z ust chudego wylało się nieco krwi, a ten bez życia padł na ziemię. Byku doskoczył do niego i rozpaczliwie zaczął cucić partnera. -Stasiu! Stasiu wstawaj! Nie rób sobie jaj! Odbiło ci?! –Stanisław nie oddychał. Puls ustał chwilę temu. Byku żadnymi słowami i staraniami nie był już w stanie go ocucić. Bał się. Trudno było się nie bać, ale przecież nie był głupcem. Potrafił zachować zimną krew w każdej sytuacji. W końcu przed Armagedonem był wojskowym. Służył na wielu wojnach i nie raz musiał stawiać czoło strachowi. Kiedy dotarł do niego, że dla przyjaciela nie da się już nic zrobić, wstał powoli i odbezpieczył kałasznikowa. Zaczął ostrożnie wycofywać się w stronę drzwi do biurowca. Najważniejsze to ostrzec resztę. –Pomyślał. Nagle niewiadomo skąd, jego strach zaczął rosnąć. Nogi zrobiły się miękkie, a ciało zaczęło dygotać. Wyobrażał sobie teraz swój lęk jako nadmuchiwany balon, który wbrew rozsądkowi rósł z każdą chwilą. Nie wiedział dlaczego tak się dzieje. Nie myślał o niczym, co mogłoby potęgować jego strach. Tak, jak go w armii uczyli. Ale uczucie przerażenia po prostu rosło. Rosło, aż pękło. Byka ogarnęła paniką. Zaczął zupełnie irracjonalnie histeryzować. Rozpłakał się jak dziecko obawiające się potwora spod łóżka. Puścił karabin i tylko skórzany pas biegnący przez jego klatkę piersiową utrzymał broń przy ciele. Wbrew zdrowemu rozsądkowi rzucił się do ucieczki, opuszczając bezpieczne światło lamp. Kilka chwil później płacz i krzyk Byka ucichły. Z cienia wyleciały dwa sztylety o zielonych, zdobionych rękojeściach. Każdy z nich stłukł jedną z lamp, zaciemniając głownie wejście.

*** Drzwi laboratorium diagnostyki reaktora otworzyły się z hukiem. Do pomieszczenia wbiegł chudy, krótkowłosy mężczyzna w okularach. W pełnym biegu mijał stanowiska diagnostyczne, mało nie taranując biurek. Skręcając koło jednego z nich przewrócił kosz ze śmieciami dorzucając kolejne kartki do stosów papierów walających się po podłodze. O czystość i porządek nikt nie dbał tu od lat, toteż całe płaty rdzy odpadające z metalowych ścian i stare, porozrzucane bezładnie szmaty stanowiły stały element wystroju elektrowni. Kiedy okularnik wychylił się zza winkla, niemal nadział się na zniecierpliwiony wzrok młodego blondyna. Być może on, był przyczyną ostrego hamowania posłańca, ale bardziej prawdopodobne było, że chodziło o duży stół, przy którym chłopak siedział. Nie miał więcej jak dwadzieścia pięć lat. Mimo wieku okrągła twarz wydawała się być bardziej dziecinna niż młodzieńcza. Sprawiała wrażenie łagodnej. Odziedziczył to po ojcu. Mieli podobne do siebie bulwiaste nosy i lekko cofniętą, dolną szczękę. W przeciwieństwie do taty nie ubierał się już tak schludnie. Zamiast eleganckiej kamizelki, bardziej leżała mu brązowa bluza z kapturem, a spodnie w kant ustępowały miejsca czarnym bojówkom. Ubranie to skrywało ciało, którego pozazdrościłby nie jeden foto model. -Przyjechali? –Tom zapytał z niecierpliwością w głosie. Okularnik szybko zaprzeczył ruchem głowy, jakby szkoda mu było czasu na proste „nie.” Głowa nie przestała się jeszcze ruszać, kiedy pośpiesznie i nerwowo wycedził: -Dwie lampy przed wejściem zgasły a Byku i Stasiek nie odpowiadają na wezwania! –Szybkimi i głębokimi haustami łapał oddech. –Zmobilizowałem ludzi, biegają po całej elektrowni, ale mimo to nie możemy tego lekceważyć. –Ugiął lekko nogi i oparł na nich ręce jak maratończyk podczas zasłużonego odpoczynku, poza linią mety. Jego oddech uspokoił się i stał się teraz ważniejszy niż treść wiadomości. Tomek oparł łokcie na stole. Palce obu jego dłoni zetknęły się tworząc piramidę. Końcówkami palców wskazujących pukał się w nasadę nosa. Zawsze tak robił kiedy myślał. Nigdy nie podejmował pochopnych decyzji. Wszystko musiał dokładnie przeanalizować. To kolejna cecha łącząca go z ojcem. Po chwili milczenia westchnął głęboko. Wiedział już, że tę walkę przegrał. Najważniejsze teraz było bezpiecznie się ewakuować. Siebie i małą. Spojrzał na dziewczynkę bawiącą się lalką w koncie pomieszczenia. Miała nie więcej jak dziesięć lat. Długie, jasne włosy prawie w całości zakrywały jej czerwoną, brudną sukienkę. -Wygląda na to, że mamy w środku wampira. Musimy uciekać siostrzyczko. Dziewczynka podniosła głowę i popatrzyła na brata pustym wzrokiem. Od urodzenia była niewidoma. Czasem też mówiła rzeczy, których nikt nie rozumiał. Dlatego też niektórzy w mieście uważali ją za szaloną. Tom jednak kochał swoją siostrę najbardziej na świecie. Porwał ją w prawdzie, ale nigdy nie miał zamiaru zrobić jej krzywdy. Chciał tylko sprowadzić tu Antona i odebrać mu życie. -On nie chce zrobić nic złego. –Powiedziała z przekonaniem w głosie. Pomimo całej braterskiej miłości, jaką chłopak dążył młodszą siostrę, nie miał zamiaru słuchać, kiedy mówi od rzeczy. Zdecydowanym wzrokiem spojrzał na okularnika. Posłaniec znał to spojrzenie. Szef patrzył tak zawsze, kiedy miał plan. -Zmobilizuj wszystkie siły. Niech odetną sektor siódmy. Na jego końcu jest jedno z wyjść na zewnątrz. Kiedy już to zrobisz, skieruj się tam. Ja i Paula będziemy na ciebie czekać. Bojownik nie potrzebował niczego więcej. Nie minęło kilka sekund, jak drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem. Tom sięgnął do dużej, metalowej szafy i wyciągnął z niej strzelbę. Siedem naboi w środku. Jeśli krwiopijca stanie na ich drodze to i tak nie wiele da, ale mimo to z bronią czuł się pewniej. Chwycił małą Paulę za rękę i oboje ruszyli w kierunku reaktora.

*** Ciemność jest pięknem. On jest artystą uwieczniającym jej naturę. Ciemność jest wołaniem. On jest słuchającym. Ciemność jest szeptem. On jest szepczącym w ciemności. Ciemność jest śmiercią. On jest ostrzem sztyletu. Stal spokojnie otulony cienistą kotarą patrząc jak uzbrojeni ludzie mijają go miotając się jak w ukropie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że go nie widzą. Jak mogli by? Nie ma na świecie wielu ludzi, który byliby w stanie dostrzec Malkawianina okrytego Swerą Cienia. W tak mrocznym kompleksie jak ta elektrownia nie było trudno przekonać cienie by pomogły mu przejść niezauważonym. Mężczyźni byli naprawdę śmieszni. Każdy z nich rozglądał się nerwowo. Każdy coś krzyczał, kazał coś zrobić innemu. Inny nie słuchał. Totalny nieład i brak organizacji. Miał jeszcze trochę czasu by napawać się chaosem, który tak bardzo kochał. Biegający niczym mrówki żołnierze, coraz bardziej przypominali mu małe dzieci. Była kiedyś taka piosenka, o dzieciach bawiących się w lesie. Bardzo ją lubił. Doskonale pamiętał jej słowa i tylko uśmiechnął się kiedy zdał sobie sprawę, jak bardzo pasują do sytuacji. - Gdzieś pośród leśnej nocy dzieci tańczyły walca. –Zaczął cichutkim szeptem i ruszył do przodu. Mijał kolejnych, miotających się krzykaczy, szukających czegoś poszukiwaczy, i rozkazujących rozkazywaczy. Wszyscy robili wszystko tak rozpaczliwie, jak by od tego zależało ich życie. - Ich śmiechy szeptał wspólnie tak, jak dzieci lubią. –Śpiewał na tyle cicho by piosenka roznosiła się po najbliższym otoczeniu, lecz nie była słyszalne wśród jego dźwięków i krzyków ludzi. - Ich oczy, ciekawe czego szukały, kiedy ich białe ubranka powiewały z niepokojem. –Nikt go nie słyszał. Szedł spokojnie przed siebie niezauważony, gestykulując palcami w rytm melodii i bawiąc się w najlepsze. Cienie wydawały się specjalnie układać tak, by nie mógł wyjść na światło, a ludzie przebiegający koło niego odwracali wzrok, jakby nie spojrzeć w tamtą stronę. - Ich piosenka zaczyna mieć sens, ale jeśli się w nią wsłuchasz. –Przystanął jeszcze na chwilę, by delektować się widokiem strwożonych ludzi. - Tańczcie, Tańczcie jak motylki, jak cienie odsłaniające się przed mymi oczami. Nagle jeden z bojowników zatrzymał się gwałtownie, uciszając wszystkich dokoła. Wampir ucichł wraz z nimi przykleił się placami do najbliższej ściany, by pozostać bez ruchu. -Słyszeliście to? –Zapytał łysy, wytatuowany punk, inicjator sytuacji. -Co niby? –Zdziwił się któryś z pozostałych. -Piosenkę! Ktoś śpiewał jakąś piosenkę! Każdy z punków znajdujących się w korytarzu wytężył słuch. W powietrzu nie było nic porucz buczenia wentylacji. -Odpierdala ci! –Ktoś nagle przerwał ciszę. –Weź się chłopie w garść bo wszyscy dostaniemy świra przez takie jazdy! Wszyscy pozostali ludzie potraktowali te słowa, jak kojący okład na ból głowy, po czym wznowili poszukiwania. Zostało im sporo miejsc do sprawdzenia. Łysy słuchał jeszcze przez chwile, po czym zrozumiał, że faktycznie się przesłyszał. Pokiwał głową jakby z pożałowaniem, dla samego siebie, po czym dołączył do swojej grupy. - Silne echo musiało wytłumaczyć to coś, co słyszałem. –Kontynuował wampir, jakby nigdy nic. Brakowało tylko, żeby radośnie zaczął sobie podskakiwać. - Teraz słuchaj, jak las mówi poprzez owady i ptactwo. Czy zapach piasku i bestii rozbudzi drzemiące w tobie zwierze? –No i zaczął. Już nawet nie starał się skradać. Niczym bohater „Deszczowej Piosenki”, tańczył sobie i pląsał w cieniu podśpiewując skoczną bajeczkę Był niemal pewny, że jego moc władania cieniem ukryje go przed wzrokiem pokręconych ludzi. Zastanawiał się przy tym, czy faktycznie, kiedy się ukaże, ludzie spanikują do tego stopnia, by tracić ludzkie odruchy i zmienić się w zwierzęta? - To ogromna iluzja której nie możesz być pewien. Kiedy pomyślisz, że jesteś naprawdę sam, poczuj wbity w ciebie wzrok. –Wbił przenikliwe, czerwone spojrzenie w przypadkową ofiarę. Ta zatrzymała się niemal natychmiast, wolno i ostrożnie rozglądając się wokół.. Zupełnie jakby poczuła ciężar tego wzroku. -Ups… -Wampir przerwał pieśń, po czym ukrył głowę w ramionach, tak jak robią to zawstydzone dzieci. Ostrożnie, aczkolwiek krokiem skradającego się cyrkowego błazna oddalił się, by uniknąć wykrycia. Starczy tej zabawy, pomyślał po czym znalazł jakieś bezpieczne miejsce, w którym mógł przystanąć. Miał nadzieję, że w beztroskim tańcu nie oddalił się za bardzo od swojego celu. Najważniejszym teraz było go odnaleźć. Metalowym pazurem, w który zakuty był jego palec wskazujący prawej ręki, otworzył sobie ranę na lewej dłoni. Upuścił z niej kropelkę krwi. Ta po zetknięciu z ziemia wyparowała, jakby nagle osiągnęła temperaturę wrzenia. Do uszu wampira zaczęły dochodzić wszystkie dźwięki z całej okolicy. Słyszał skrobanie uciekających w popłochu szczurów, szepty przerażonych bojowników, kapiącą wodę, buczący gdzieś na drugim końcu elektrowni generator awaryjnego zasilania, bicie serc ludzi przechodzących kolo niego oraz kilka samochodów zbliżających się z dużą prędkością w stronę kompleksu. Anton. Pomyślał. Wciągnął zatęchłe powietrze i zaczął sortować zapachy. Najbardziej wyczuwalny był smród wilgotnej korozji pokrywającej niemal całą konstrukcję budynków. Potem szambo gdzieś na tyłach parkingu. Smród zanieczyszczonej wody kapiącej z popękanych rur. Zapach, spoconych, nie mytych długi czas ludzkich ciał, krew swoich ofiar, szczurze odchody i… słodki, delikatny zapach przywodzący na myśl bez. Dzieciak bez oczu. Jest! Uśmiechnął się w myślach i ruszył przed siebie. *** Udało mu się niepostrzeżenie dostać pod same wrota prowadzące do reaktora. Pewnym było, że dziewczyna jest za nimi. A z nią ktoś jeszcze. Sądząc po zapachu potu, mężczyzna. Wypachniony jakimiś tandetnymi psikadłami. Pewnym dla wampira było, że tam nie dostanie się już tak łatwo. Kolo drzwi kręciło się czterech strażników. Nie umiał przenikać przez ściany. Wbrew obiegowym opiniom żaden krwiopijca tego nie potrafił. Chyba nie obejdzie się bez ofiar, pomyślał i rozejrzał do kola. Bojownicy uzbrojeni byli w karabiny szturmowe. Wbrew legendom o kołkach osikowych, srebrnych kulach, gazie czosnkowym, czy święconej wodzie, nie były to najlepsze sposoby na zabicie wampira. O ile czosnek, kolek osikowy, czy święcona woda raczej niezdarą egzaminu, to srebro jest tak samo śmiertelne jak kilka serii z AK, czego Malkawianin wlał uniknąć. Nie mógł tak po prostu stłuc czerwonych żarówek migających pod sufitem, bo ryzyko wykrycia było za duże. Umysł człowieka pewnego, że w okolicy jest wampir, potrafi wykrywać go znacznie lepiej niż nieświadoma jaźń. Poza tym zbyt gwałtowne ruchy w postaci zamaszystego rzutu sztyletem mogły zdjąć jego cienistą osłonne. Zastanawiał się, czy starczy mu krwi na wykonanie jeszcze jednej sztuczki. W prawdzie użył już raz potężnego Zobrazowania Śmierci, żeby pozbyć się chudego strażnika. Stracił też sporo sił, by za pomocą Pasji spotęgować strach dużego i doprowadzić go do histerii. Niby pożywił się nim i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%