Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 20 min czytania

Elfy z Przeklętej Puszczy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Słońce niedawno zaszło i tylko lekka czerwonawa poświata na zachodzie oraz księżyc rozjaśniały niebo. Na wschodzie widniały gwiazdy. Słaby, ciepły letni wiatr wiał od południa. Powoli zapadała noc i wszystkie dzienne stworzenia kładły się do snu. Ludzie, którzy niedawno przymaszerowali z południa i rozłożyli mały obóz na skraju wielkiego lasu również czynili w tym kierunku przygotowania. Rozpaliwszy ognisko rzut kamieniem od ściany lasu, ciągnącej się równo jak wielki mur od wschodu na zachód, zrzucili z siebie torby z zapasami. Nie rozbijali namiotów gdyż noc zapowiadał się pogodnie i nic nie wskazywało na to, żeby coś się miało zmienić. Dziesięciu ludzi wesoło gawędziło między sobą ściągając jednocześnie z siebie zbroje, układając miecze i tarcze obok posłań, jak to mieli w zwyczaju, choć byli całkowicie pewni, że przynajmniej przez następny tydzień broń nie będzie im potrzebna. Nie wyznaczyli nawet wart. Okolica była całkowicie bezpieczna, wszelkie istoty mogące grozić ludziom już dawno albo zostały wycięte, albo wypędzone w głąb puszczy. Jedynie czasem spotykano gdzieniegdzie małe bandy orków, ale te i tak uciekały na widok nawet pojedynczego człowieka pamiętając jak przed parunastu laty ludzie zdziesiątkowali liczne plemiona trolli, orków, goblinów i wszelkich innych stworzeń tego typu. Jedyne co teraz mogło zagrozić wędrowcom to zabłąkany lis chcący się dobrać do ich zapasów żywności. Miejsce, w którym zatrzymali się rycerze było nader urokliwe, kilka metrów od obozowiska znajdowało się małe źródełko, z którego biła czysta, orzeźwiająca woda. Źródełko to było początkiem wielkiej rzeki zwanej Anarsej ciągnącej się daleko na południe, aż do najdalszych rubierzy ojczyzny wędrowców – Enraji; w tym miejscu Anarsej była jednak tylko małym strumykiem wijącym się leniwie przez usiany pagórkami Step Naktariański; od południa i wschodu obóz otaczał wał ziemi, od północy las - Faris. Wędrowcy ćmili fajki rozmawiając o nadchodzącej wojnie z elfami mieszkającymi w głębi puszczy. Te z resztą pewnie nawet nie przeczuwały nadciągającego niebezpieczeństwa, żyjąc w izolacji od reszty świata nie miały żadnych wieści o niczym, co działo się poza granicami ich siedziby. Nigdy nie wychylały nosa poza swoją część lasu. Teraz miało się to brutalnie zmienić. Ciągnące w ich kierunku wojsko pod wodzą króla Konste'a nie było wprawdzie liczne jak na enrajańskie standardy, bo liczyło zaledwie około półtora tysiąca wojowników, ale było aż nadto silne żeby wyciąć w pień paruset elfów. Na to właśnie wojsko czekali wędrowcy przy ognisku Kilku wędrowców miało już kontakt z tym leśnym plemieniem podczas ostatniej wyprawy wojennej wymierzonej przeciwko orkom nękające Enraję regularnymi napadami, a mającymi swe siedziby w Farisie. Wtedy jednak nie walczono z elfami – nie chciano przysparzać sobie kolejnych przeciwników, a i elfy nie odnosiły się wrogo do Enrajan. Czasem nawet pomagały ludziom w kolejnych mniejszych czy większych potyczkach. Widocznie również miały dość śmierdzących orków i trolli... i oczywiście nie miały pojęcie, że ludzie z którymi mają do czynienia zgładzili już niejeden elfi lud. Wojna się skończyła i ludzie odeszli z Farisu. Pewnie też nigdy by do niego nie wrócili gdyby nie dowiedzieli się niedawno, że w lesie znajdują się bogate złoża srebra. Niespełna rok temu elfi wyrzutek skazany przez swych ziomków na banicję zawędrował do enrajańskiego miasta Sarit. Mieszkańcy znani ze swojej gościnności i sympatii do elfów oczywiście ciepło go przyjęli... do miejscowego cyrku w charakterze obiadu dla wygłodniałego niedźwiedzia. Nieszczęśnik zdołał jednak odwlec swoje spotkanie sam na sam z misiem na cyrkowej arenie rozgadując się o złożach cennego kruszca znajdujących się w lesie. Wysłano małą grupę najlepszych zwiadowców, którzy potwierdzili słowa elfa. W głębi lasu, w pobliżu głównej siedziby elfów znajdowało się mnóstwo skał mieniących się srebrnymi żyłkami. Wieść o złożu rozeszła się po całym państwie i w naprędce zorganizowano wyprawę mająca na celu zajęcie terenów leśnych elfów. - Hahaha... w końcu rozruszamy trochę kości i przy okazji nieźle zarobimy... - podsumował rozmowę jeden z wędrowców - Szkoda, że nie wiedzieliśmy o złożu jak wyżynaliśmy orków... upieklibyśmy dwie pieczenie na jednym ogniu. - Zarobić, owszem zarobimy... ale czy rozruszamy kości... na wielką raczej się bitwę nie zanosi.... - odpowiedział inny – Spiczaści nigdy nie bili się dobrze... równie dobrze moglibyśmy iść zapolować na króliki! Haha! - wszyscy wędrowcy odpowiedzieli śmiechem. - Bitwa czy nie, ale i tak się zabawimy! Jak nie używając jednego miecza to drugiego! - HAHAA!!! - znowu odpowiedzieli śmiechem wszyscy wojownicy, poza jednym, najmłodszym z nich, który chyba nie zrozumiał o co chodzi starszym towarzyszom. - Czułem, że i tak kiedyś ich wykończymy, tak jak wszystkie inne... – ktoś skwitował. Enrajanie nigdy nie przepadali za elfami. Swego czasu najazdy na elfie plemiona były powszechna formą szkolenia młodych wojowników. Nie brali też jeńców spośród “spiczasntych”, jak w Enraji nazywano elfy, gdyż były one stosunkowo słabe i w niewoli szybko umierały. Nie nadawały się więc na niewolników. Czasem tylko chwytano elfki i darowano je możnym jako nałożnice. Nad krainą zapadł juz zmrok rozjaśniany jedynie przez płomień ogniska i blask księżyca wznoszącego się coraz wyżej. Rycerze zakończyli ostanie rozmowy i ułożyli się do snu. Cichy szum lasu i szmer wody działały na wędrowców usypiająco, a zmęczenie dawało o sobie znać więc szybko posnęli. Przez cały dzień maszerowali do źródła będącego miejscem spotkania z królem. Miał on być tutaj wraz ze swoim wojskiem jeszcze dziś przed zmierzchem ale widocznie coś mu pokrzyżowało plany. Najprawdopodobniej było to zmiłowanie do suto zakrapianej zabawy właściwe dla wszystkich Enrajan – od chłopów po możnowładców. Wędrowcy z jednej strony byli nieco zawiedzeni, że nie zobaczą się dziś ze swoim królem, z drugiej jednej dawno już nie mieli okazji się wyspać więc cieszyli się, że w końcu będą mogli odzyskać siły. Nie było im jednak dane długo wypoczywać... Gdy wojownicy ledwo zapadli w sen powietrze przeszył krótki, głośny gwizd po czym z ogniska buchnęła chmura srebrnoszarego dymu, który jeszcze długo utrzymywał się w powietrzu. Wojownicy zerwali się na równe nogi łapiąc miecze i tarcze. Natychmiast dostrzegli słabo świecącą smugę srebrnoszarego dymu biegnącą prostopadle od lini lasu zaczynającą się między drzewami a kończącą w ognisku. Spostrzegli także lotkę strzały wystającą z paleniska oraz drzewiec szybko trawiony przez ogień. Wojownicy zastygli w bezruchu próbując dostrzec coś w ciemności lasu lecz nie mogli nic dojżeć. - Heej! Kto tam jest!? - zawołaj jeden z wojowników lecz nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Zrobił kilka kroków naprzód i zawołał ponownie. - Jestem Janakte Anar, przyboczny księcia Iktara, bratanka króla Konste'a, władcy Enraji! Jak zaraz nie powiesz czemu nas niepokoisz to będziesz miał ze mną do czynienia! - tym razem nadeszła odpowiedź nie pozostawiająca wątpliwości co do intencji tych, którzy ją posłali: cichy świst strzał wystrzelonych spomiędzy drzew. Jedna z nich zatrzymała się w ramieniu Janakte'a, druga w jego boku, trzecia utknęła w ramieniu młodego wojownika stojącego obok ogniska, czwarta przeszyła szyję wojownika stojącego za młodzieńcem. Z gardła młodzieńca wydobył się okrzyk bólu, z ust stojącego za nim towarzysza wydobył się tylko cichy jęk i krew. Janakte przez chwilę chwiał się na nogach ale szybko się opanował, ułamał lotki strzał tkwiących w jego ciele, podniósł tarczę i krzyknął do towarzyszy: - Uformować mur!!! Chronić księcia!!! Janakte zrobił szybko kilka kroków w tył i uklęknął tyłem do rannego w ramię młodzieńca, zasłonił się tarczą, reszta wojowników zrobiła to samo. Rycerze klęcząc za opartymi o ziemię tarczami tworzącymi teraz zwarty półokrągły mur zaczęli między sobą nerwowo wymienić swoje teorie na temat “Kto u licha do nas strzela?!”, ale żadna z teorii nie wydawała się prawdopodobna. “Kto to u licha może być? - myślał Janakte – Orki? Niemożliwe, od ostatniej wojny żaden z nich nie atakował ludzi, boją się nas bardziej niż nienawidzą, nie bawią się też w podchody... z resztą, umiejętność strzelania z łuku jest im równie obca jak mydło. Spiczaści? Też nie, skąd by mieli wiedzieć o naszej wyprawie, po za tym nie zaważyłem ostatnim razem żeby używały strzał ostrzegawczych. Więc kto?“ Rozmyślania przerwał świst strzał: łucznicy celowali w czubki głów wojowników wystających sponad tarcz. Wojownik klęczący po prawej Janakte'a odchylił się w tył i po chwili padł na ziemię z drzewcem wystającym z czoła. Innemu strzała rozdarła skórę nad uchem – mężczyzna jęknął z bólu i opuścił broczącą krwią głowę tak nisko jak to było możliwe. - O cholera! - krzyknęli z wrażenia pozostali rycerze. Takiej wprawy w posługiwaniu się łukiem nie posiadał żaden z wcześniej spotkanych wrogów. Przez jakiś czas oszołomieni wojownicy pozostawali na swoich miejscach, dopiero po chwili zsunęli się wypełniając wyrwę w murze. W porę żeby osłonić się przed kolejną salwą, tym razem chybioną. - Heej!!! Wy tam!!! Jak się teraz poddacie to może wam to darujemy!!! - krzyknął Aska, żartowniś drużyny, wychylając głowę zza tarczy. Nieco dziwaczne poczucie humoru Aski nieraz pomagało kompani w trudnych chwilach, jednak czasami było niezrozumiałe dla towarzyszy, tak jak to było właśnie w tym przypadku. Łucznicy chyba też nie zrozumieli dowcipu – Aska za długo wychylał się zza tarczy, co było błędem - ostatnim w jego życiu. Zanim zdążył schować się z powrotem strzała trafiła dokładnie w jego usta zamykając je na zawsze. Wojownik powoli osunął się na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Elfy z Przeklętej Puszczy — czytnik · opowiadania